A w zasadzie wtenlas i browar. Mówili, że Browar Tyski jest jeszcze lepszy od Żywca, jeśli o trasę zwiedzania chodzi, więc się nakręciłam, że trzeba zobaczyć. Zwiedzanie fabryk generalnie jest fajne bardzo, zasuwające po taśmociągu butelki i duże ogromne zbiorniki z piwem też są super, ale chyba jednak Żywiec jest lepszy z większą i bardziej spektakularną ekspozycją historyczno-produkcyjną. W każdym razie browar zwiedzić i świeżutkiego tyskacza wypić jak najbardziej warto.
Mimo ładnej pogody z każdej strony atakowały nas szrenie, lody lub inne odwilże. No i gdzie tu się wyfoczyć w takich warunkach? No jak gdzie? Na wszelkie warunkowo-śniegowe smutki zawsze poradzi jakże w sumie nudny, ale niezastąpiony Kasprowy. Zatem pojechalim, wyfoczylim, zjechalim. Ładnie było! Twardo było, a poza trasą lody i mizeria... Nic tylko czekać na wiosenne firny na razie pozostaje.
Taki nie do końca planowany i nie do końca mądry wypad na Grzesia. Pogoda piękna, lampa wzorcowa, tylko grzesiowego, klasycznego puchu brak, za to szreni łamliwej ilości dowolne... Cytując klasyka: jasna cholera i czarna rozpacz narciarza tatrzańskiego...
Lubię Śląsk! Bo tam różne, duże maszyny są i fabryki, kopalnie i inne takie industrialne fajerwerki ;) Tym razem krajoznawstwo uprawiało się w Zabrzu - Muzeum Górnictwa, maszyna parowa i rozdzielnia prądu kopalni Luiza. Miał być jeszcze Browar Tyski, ale będzie innym razem.
Od kilku sezonów na zimę czekamy z utęsknieniem, wielkim utęsknieniem. I to na wszystkie jej elementy – od świątecznych przyjemności począwszy, przez długie wieczory z książką pod ciepłym kocykiem, po niby oczywisty i zimowo nieodzowny śnieg, puch, wszędobylską białość. Towar deficytowy ostatnimi czasy... Pamiętam taką zimę, kiedy ze Śnieżnicy w Beskidzie Wyspowym schodziliśmy cztery godziny w śniegu po pachy, autentycznie – po pachy. Każdy krok to było przekopywanie się przez ponad metrową zaspę i zajmował dobre kilka minut. Ach! To były czasy! Teraz tam to nawet nie ma co nartami do lasu zaglądać...
No to jak z prawdziwą zimą w naszych górach słabo, to przynajmniej o zimowych wyczynach można poczytać na naszych łamach. Mam nieodparte wrażenie, że w zeszłym roku pisałam podobne zdanie.
Ech! Zimo! Bądźże zimą!
Dla tych, którzy zimy aż tak nie kochają i nie tęsknią za każdym płatkiem śniegu, też znajdą w numerze pewne interesujące treści. Konne wędrówki po gruzińskich bezdrożach czy niezmiennie inspirujące słowackie spacery, mogą być dobrym pomysłem na wiosenne czy letnie eskapady. Polecamy! Oczywiście tych, którzy niecierpliwie czekają na ciąg dalszy pierszowojennych wydarzeń nad Soczą uspokajamy – druga cześć relacji z frontu jest.
Wyglądam za okno i chciałabym zakrzyknąć słowackim zwyczajem: pada z oblaka! Chwilowo nie mogę, bo akurat świeci słońce, więc tylko: byle do zimy...
Kurs SKPG Kraków 2001-2003! To były piękne czasy! Niezapomniane dwa lata z życiorysu! Ludzie, góry, wyjazdy, imprezy... Ach! Minęła kupa czasu i nagle pewnego jesiennego dnia przyszedł maila: trza się spotkać! (dzięki Jaśku!) No i się udało! Cudem jakimś! Po 11,5 roku prawie składem, choć jednak niepełnym, to bardzo szerokim! Kurs0103 żyje i ma się dobrze!
No nie mogłam odpuścić takiego spotkania! Dlatego prosto ze szpitala, po wyciąganiu łokciowych i obojczykowych drutów, popędziłam na Stare Wierchy! Fantastyczna impreza, jak za starych, dobrych, kursowych czasów! Do zobaczenia jak najszybciej znowu!












































