Udało się zwlec rańcem bladym! Nie wiem jakim cudem, ale się udało. Zaatakowaliśmy Piątkę. Śniegu duuużo, ale mokry i ciapowaty. Jazda przyjemna chyba tylko do 10.00, my w schronisku byliśmy w południe... Potem poczłapaliśmy na Zawrat. Tura klasyczna, ale śniegowo średnia. No cóż, wiosna... Da radę coś jeszcze majowo pofoczyć? Się zobaczy...
Akcja totalnie od czapy i nawet trochę z niedowierzaniem w jej powodzenie. No bo przecież jakże to? Śnieg sensowny w kwietniu w Bieszczadach? No tak! Się znalazł, a my go łapnęli i rozjechali :) Nawet świeży nam w nagrodę spadł! Więc dwie linie na Wielkiej i Małej Rawce padły, a do tego mniejsze linie na Caryńskiej dołączyły.
Szybka akcja poweselno-świąteczna, czyli nagła teleportacja do śnieżnego raju! Poweseliliśmy się świątecznie na tubo-bojdowym weselu, to prawie rańcem w wielkanocny poniedziałek pokulaliśmy się do żabnicy, by zaatakować Rysiankę i odnaleźć superlinie pod Lipowskim Wierchem. Turę rozpoczęliśmy koło południa, ale hulańce dnia poprzedniego są tu pewnym usprawiedliwieniem. Udało się znaleźć kosmiczny polan i galaktyczny las. Śnieg cudowny! Taki warun ostatnio był dwa sezony temu. Bajkowy, inny świat! Dwa zjazdy i krzakowo-pociemkowy bonusik w potoku! Extra!





























































