Śnieg nam potrojony halny razem z tatrzańskim lasem wywiał, zatem nawet jakoś tak bardzo nie żal, że bardziej domowo i towarzysko się zrobiło. Ale jednak siedzieć za długo się nie da i te upały trzeba wykorzystać - najlepiej rowerowo :) Zatem szybki, niedzielny, rowerowy spacer po makowskich okolicach Myślenic nam się przydarzył. No jakże miło, sympatycznie i bezbłotnie było! Kamiennik w końcu zdobyty i dwa przyjemne, nowe zjazdy zostały zjechane. Jak na koniec grudnia, to zaskakujące ciut :)
Na kiermaszu świątecznym kupiłam sobie wałek do ciasta. Choinkę na rowerze przewiozłam bezproblemowo i bez zbędnych kombinacji. Ciasteczka wprawdzie cienkie, ale za słodkie i poprzypalane. A lampki choinkowe trafiło, bezpieczniki też. Skończyła się pewna epoka wydarzeniem bez precedensu! Ciasto z grysikiem upiekłam ja! Sama ręcami swymi! A dekorację mam niekobiecą podobno i monobałwana dedykowanego! Święta?!?! No chyba Święta! Bożego Narodzenia - tak dla przypomnienia.
Piękny weekend tatrzański się zapowiadał i właśnie taki był. Po kilku zawiłościach logistycznych upchnęliśmy pięć par nart, butów narciarskich, plecaków i inne szpejstwo wraz z pięcioma duszami do auta - wyczyn! Piękna pogoda i wielkie focze apetyty. W sobotni dzionek ruszyliśmy na Kondratową i potem w kierunku Kopy przez Przełęcz Kondracką naprowadzeni na fajny śnieg przez tych co wcześniej wstali ;) Doszliśmy na Kopkę Kondracką i spod niej zjechaliśmy w bajkowych warunkach do samego schroniska, potem siup na szybką zupę w Jurcie i na dobicie dwie godzinki walki z lodem na Harendzie. Wieczór i nocleg spędziliśmy w towarzystwie kursu co z autokarówką podtatrzańską się zmagał. Na niedzielę plan był wielce ambitny, prawdziwa tatrzańska wyrypa! Cel Czerwone Wierchy. Zrobiliśmy pętlę z Kościeliskiej przez Przysłop Miętusi, Czerwony Grzbiet na Małołączniak, potem Krzesanica, Ciemniak i zjazd czerwonym szlakiem z powrotem do Kościeliskiej. Mega! Koniecznie musimy wrócić do Kobylarzowego Żlebu! Podchodziliśmy nim i cały czas marzyliśmy o zjeździe tamtędy! Piękny jest! Na górze nas nie rozpieściło pięknym widokiem. Chmura naszła i tylko chwilami uchylała rąbka widokowej tajemnicy. Zjazd z Ciemniaka z niezwykłym potencjałem. Nie mogliśmy go do końca wykorzystać, bo na górze było kiepsko ze śniegiem, była mgła, robiło się ciemno i moje czwórki zaczęły odmawiać współpracy. Wrócić tam trzeba! W sumie to jazda po lesie po ciemku wcale nie jest taka ekstremalna jak myślałam ;) W ferworze walki niestety mój jeden kijek pozazdrościł bananowi i zmienił kształt.
Finałem fantastycznego weekendu były ćwiczenia z jazdy samochodem. Wszyscy pasażerowie przeżyli, włącznie z właścicielką samochodu, a ja przejechałam od rogatek Zakopanego do rogatek Krakowa, choć zajęło to trochę więcej czasu niż zwykle.
Jak co roku od kilku sezonów był to weekend od dawna zarezerwowany na 11. Krakowski Festiwal Górski, choć milion pincet sto dziwincet innych wydarzeń miało mieć miejsce w tym samym czasie. Ale nie, jak już zwożą te góry wielkie i ogromne do Krakowa, to można się na jeden weekend poświęcić i zostać. Nawet pogoda miała ułatwić siedzenie w górskim kinie i zniechęcić do działań na zewnątrz, ale w niedzielę coś jej się pomyliło i pięknym słońcem w pięknym śniegu przyświeciła. Ech, no, na foki by się poszło.
Podobało mi się: golasy, Bargiel i spółka i foty, panowie od Antarktydy i przepięknej produkcji obrazkowej bez ściemy, że to tak przy okazji cykane, Bielecki i Małek oczywiście, no i bonus w postaci wygranych okularów :) Rozczarowałam się trochę panelem frirajdowym i jakąś taką generalnie "słabszą" atmosferą.
Dodatkowym przerywnikiem była sobotnia impreza PRL-owska. Gdzie się podziały tamte prywatki... i takie tam ;) Była też okazja spektakularnie otworzyć zimowy sezon rowerowy - trzy konkretne gleby na mieście, nie muszę mówić, że na środku skrzyżowań ;)
No aż się należy osobny post ;)
Koncert absolutnie fantastyczny! Hektolitr potu i konkretny trening skoczności. Dało radę bez glanów - stawy skokowe całe. Na takich koncertach jestem wielce zadowolona, żem duża i mam silne przedramiona ;) Wyskakana na maxa!