Zostałam zmiecione ze stoku przez spidrajdera i wplątana w linki od skrzydła, złamałam kijka, zepsułam zamek od gaci i mam wielkiego siniaka na ramieniu. Czy ja już mówiłam, że uwielbiam jeździć na nartach? :) Wieczorny narcioch po pracy to jest to!
Akt desperacji! Śniegu po prostu nie ma, nie wiem gdzie się schował. To znaczy wiem: na północ od Kielc - tam zaspy, zawieje i paraliże, a w górach lipa! Jedyne miejsce, które już sławą tej zimy się okryło, to Salatyn. Cóż robić, mimo wiejącego halnego, trza napierać!
Już na parkingu przy wyciągach w Dolinie Rohackiej wiało mocno... Na podejściu pod Salatyn kładło, ja trzy razy poleciałam, na myśl o zjeździe ogarniał nas pewien niepokój... Ale! Było cudnie! Naprawdę przyjemny śnieg i sympatyczny zjazd! Potem jeszcze raz do połowy i na dół. A w ramach bonusu i nagrody za ciężką pracę potaplaliśmy się w ciepłych kałużach w Oravicach :)
Niedzielne przedpołudnie spędziliśmy bujając się na, w końcu otwartym, stoku w Myślenicach. Fajna jazda, ale kto to widział, żeby na początku lutego jeździć w weekend po trasie?!?! Ja chcę dwa metry puchu w lesie wreszcie! Zimo! Zlituj się! I przyjdź!
Nie no, wbrew pozorom zima jest chyba, nie? Co się robi w zimie? Kolęduje się w zimie, jeździ się na nartach w zimie. Chyba właśnie jakieś takie zajęcia powinny być. No to dla przypomnienia w ten weekend właśnie wybraliśmy się kolędować do Gorczańskiej Chaty i jeździć na nartach w Kluszkowcach. Jedno i drugie wyszło nadspodziewanie sympatycznie :)
Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek powiem następujące zdanie: lubię jeździć po muldach!
Nie przypuszczałam, że kiedykolwiek powiem następujące zdanie: lubię jeździć po muldach!
Z Sylwestrem tym razem jakoś rozlaźle było. Nie wiadomo co i gdzie, bo nie wiadomo co w pracy, kiedy wolne i jakoś tak w ogóle bezsensu. W każdym razie na długi wyjazd od Świąt do Trzech Króli szans nie było żadnych. Propozycji i pomysłów kilka się pojawiło, ale wszystko jakieś niezdecydowane. W efekcie stanęło na tym, że zbiórka w Nowym Sączu i jedziemy na Wschód! Najpierw na przedsylwestrową imprezkę do młodszego kursu do Męciny, potem na narty błotne na stok na Magurze Małastowskiej, a potem na Radocynę - posiedzieć, pobazować :) Radocyński wieczór sylwestrowy był po prostu fantastyczny! Aż żal było wyjeżdżać. A to głównie przez niespodziewane spotkanie sylwestrującej w wiacie ekipki. No ale do kursu trzeba było wrócić, Nowy Rok powitać, a dnia następnego znów śniegu szukać - tym razem w Słotwinach. Generalnie cała idea Sylwestra jest trochę przereklamowana, ale jakże było sympatycznie!
Po trzech tygodniach przerwy i nieróbstwa perfekcyjnie uzasadnionego, wróciłyśmy do narciarskich wtorków. No i opłacało się, bo odkryłam piątą Amerykę w tym sezonie! Jeszcze nie wiem czy to ta właściwa, ale mam nadzieję, że tym razem tak. Sekret chyba tkwi w stawaniu na palcach :)
Czyli wyjazd pod tytułem: nie umiem jeździć na nartach i nie mam najmniejszej ochoty słuchać instruktora! Będę robić po swojemu i już! A jeździć dalej nie będę umieć....
Czyli wyjazd pod hasłem: trzy baby siedzą na wyciągu i łapią doła, jak to nie umieją na nartach jeździć, rady mądrych instruktorów nie skutkują, a ćwiczenia zadane nie wychodzą...
No ale mimo wszystko pojeździłymy :)
To się staje już nudne ;) Powszednie zupełnie, cotygodniowe. Narciochy! Narciochy! Narciochy! W Kraku odwilż szaleje, a tam w śnieżnickim, ciemnym lesie inny, piękny świat!
No cudnie! Wszystko cudne! Sceneria cudna! Szadź na wszystkim cudna! Na moich rzęsach też! Warunki fajne i karnet odkupiony za bezcen! Taki oto wieczór narciarski na Śnieżnicy :)
A najbardziej cudne to są moje buty - w nich nie da się nie jeździć na przodach! A narty robią co ja chcę, zanim zdążę pomyśleć co ja chcę!
A jutro kierunek ukraiński...
Normalnie szaleństwo burżujstwem poganiane :)
Kolejny wtorek, kolejne narciochy. Zbóje nam Myślenice zamknęły, to nas do Koninek poniosło. A tam nie dość, że sympatyczna jazda ćwiczebna, to jeszcze sypieeeeeeeeeee!
Narciarskie odkrycie sozonu: to nieprawda, że kolanka razem!
Jak znajdę tego, kto mi jakieś 20 lat temu wmówił, że jest wręcz odwrotnie...
Jak znajdę tego, kto mi jakieś 20 lat temu wmówił, że jest wręcz odwrotnie...
Warunki do chrzanu, pogoda taka se, sobota rodzinna i ogólny leń.
Jak już tak żywcem nie ma śniegu, to może na rower?
Ostatecznie pojechałyśmy jednak na narty, na Śnieżnicę. W drodze do biadoliłyśmy nad zatrważającym brakiem śniegu i żałowałyśmy, że jednak nie rower. W drodze z cieszyłyśmy się, że rowery zostały w domu, a my pojeździłyśmy w fajnym, świeżym śniegu :)
Pada z oblaka! W końcu coś :)
No czasem można, czasem się chyba należy odrobina burżujstwa. Z okazji przedświąt sprezentowaliśmy sobie najpierw kilka godzin stokowego bujania w Jurgowie z widokiem na Tatry co najmniej wspaniałym, a potem ciepło-zimne moczenie gnatów w bukowińskich termach.
Widok straganu z dmuchanymi kołami i skrzydełkami do pływania rodem z wybrzeża polskiego Bałtyku w zimowej scenerii Bukowiny Tatrzańskiem był delikatnie kuriozalny i zaskakujący.
Zwieńczeniem burżujskości były zniewalające pierogi i sos grzybowy w regionalmenj karcmie, przy dźwiekach kapeli góralskiej oczywiście...
Następne takie burżujstwo za czas jakiś... dłuższy ;)
Narcioch! Narcioch! Narcioch Myślenicki!
To taki bardzo sympatyczny zwierz, którego w tej odmianie można spotkać tylko w tygodniu, wieczorowa porą, po pracy w Myślenicach. A spotkania ze zwierzem tym dostarczają wyjątkową porcję radochy!
To taki bardzo sympatyczny zwierz, którego w tej odmianie można spotkać tylko w tygodniu, wieczorowa porą, po pracy w Myślenicach. A spotkania ze zwierzem tym dostarczają wyjątkową porcję radochy!
3,5 godziny jazdy w wyśmienitych warunkach, po pustym stoku! A to dopiero początek! :D
Trzy, dwa, jeden... staaaaart! Narciochy! Sezon oficjalnie uważam za otwarty!
Nic, że na stoku w Koninkach, a nie w terenie, nic, że w deszcu, ale pojeździliśmy na nartach! :) To jest ski!
A kultura? W piątek koncert Hey, w sobotę koncert symfoniczny i fortepianowy pod batutą Ingolfa Wundera oraz impreza u Uszatej, w niedzielę kamera otworkowa w moim pokoju - mam dachy na suficie!
Fota od Uszatej. Moich fot nie ma, bo zapomniałam karty.
...w drugie Święto ruszyć się trzeba! Na narty rzecz jasna! Rodzinnie oczywiście!
Rodziny wprawdzie nie udało się do fok przekonać, ale zjazdowo dało radę podziałać. Na Mosornym mało ludzi, dobry śnieg. Tylko poco ten deszcz? W każdym razie narty przewietrzone, a sernik zjedzony w mniejszych ilościach.
Narty start! Sezon narciarski uważam za otwarty! Dla ścisłości powtórzę: narciarski - foczy jeszcze nie.
Nie ma ja głupie wypady od czapy - trzy godziny jazdy, cztery godziny jazdy, trzy godziny jazdy. Ta jazda środkowa to na nartach, po białym, sztucznym białym, bo góry raczej jeszcze w scenerii sierpniowej.
A, no na Chopoku byłam, znaczy tuż pod, za jedno euro i dzień urlopu :)
A siatkarze nasi kochani na dzieńdobry ograli Włochów w Pucharze Świata!
Po sobotnim zjazdowym Szczyrku przyszła pora na niedzielny foczy Kasprowy! To druga próba w tym sezonie. Przed świętami nas wywiało z kotła, teraz pełnia szczęścia. Ale w końcu pojawił się jakiś śnieg! I to w najlepszym wydaniu - PUCH!!! Świeżutki, cudowny puszek! Wszędzie indziej jeszcze mało, więc Goryczką na Kasprowy, jeden zjazd Gąsienicą i potem fantastyczny zjazd Goryczką!
Puch jest cudowny, fantastyczny, po prostu wspaniały! I choć jeszcze nie umiem za bardzo po nim jeździć, to już uwielbiam! Udało się poczuć plywanie! :)
Sypie!!!! Dla niedowiarków obrazki.
A tak tylko wspomnę cicho, że następne puchowe zabawy będa już na nowych, i co ważne, szerszych dechach! Juhu!
To nieprawda, że Trzej Królowie przybyli na wielbłądach! To były foki!
Długi weekend styczniowy podarowano nam z zaskoczenia, więc jakiś fajerwerków wyjazdowych nie udało się szybko zorganizować. Zresztą i tak wszędzie kiepsko ze śniegiem. Nic to! Z foki trzeba było zapodać.
Pierwszy dzień foczo-zjazowy w Szczawnicy z wieczornym przeczłapem na Durbaszkę. Drugiego dnia mała walka pozatrasowa nad Jaworkami, co doprowadziło do tego, że jeden uczestnik imprezy od nas uciekł i we dwie z Anią podreptałyśmy dalej na Niemcową, we mgle i po ciemku, gubiąc się w lesie kilka razy. Ale zjazd spod Rogacza do chaty ciemną nocą był ciekawy. Rankiem sobotnim miały być zjazdy po łące przed chałupą, jako to drzewiej bywało, ale śniegu niedobór znaczny. Zjechałyśmy do Piwnicznej połowicznie, a potem się zaczęło czołganie w Pasmo Jaworzyny. Narty trzeba było sporo wytargać, mgła się szybko zasnuła, szlak oczywiście zgubił, a i padać zaczęło! W styczniu deszcz?! Dokulałyśmy się mokre, ale nawet niezmaltretowane na Cylre - miejsce cudne i urocze - gdzie nas nakarmiono pierogami, upieczono w piekarniku i rudymi kotami sympatycznie poszczuto. Ranek niedzielny, a tu słońce! Na Jaworzynę zatem! Kawał drogi w dobrym czasie, a po drodze: Tatr i morza mgieł kątemplucie, obiad na Łabowskiej, ratowanie dżdżownicy, trzy sarenki i trzy duże, jelenie zady, sprint na Runek, wywieszony jęzor na Jaworzynę, mglisty zjazd i fuks transportowy - jednym słowem wielka nagroda za trudy wcześniejsze.
Śniegu już nie ma :( Chwilami wydawało nam się, że ktoś specjalnie dla nas rozłożyl biały dywanik szerokości metra, który jak tylko przejedziemy zostanie zwinięty.
Refleksja tury: stworzeń tatrzański beskidzkiego nie pojmie ;)
Obrazków kilka charakteru w żaden sposób nieoddających.
Długi weekend styczniowy podarowano nam z zaskoczenia, więc jakiś fajerwerków wyjazdowych nie udało się szybko zorganizować. Zresztą i tak wszędzie kiepsko ze śniegiem. Nic to! Z foki trzeba było zapodać.
Pierwszy dzień foczo-zjazowy w Szczawnicy z wieczornym przeczłapem na Durbaszkę. Drugiego dnia mała walka pozatrasowa nad Jaworkami, co doprowadziło do tego, że jeden uczestnik imprezy od nas uciekł i we dwie z Anią podreptałyśmy dalej na Niemcową, we mgle i po ciemku, gubiąc się w lesie kilka razy. Ale zjazd spod Rogacza do chaty ciemną nocą był ciekawy. Rankiem sobotnim miały być zjazdy po łące przed chałupą, jako to drzewiej bywało, ale śniegu niedobór znaczny. Zjechałyśmy do Piwnicznej połowicznie, a potem się zaczęło czołganie w Pasmo Jaworzyny. Narty trzeba było sporo wytargać, mgła się szybko zasnuła, szlak oczywiście zgubił, a i padać zaczęło! W styczniu deszcz?! Dokulałyśmy się mokre, ale nawet niezmaltretowane na Cylre - miejsce cudne i urocze - gdzie nas nakarmiono pierogami, upieczono w piekarniku i rudymi kotami sympatycznie poszczuto. Ranek niedzielny, a tu słońce! Na Jaworzynę zatem! Kawał drogi w dobrym czasie, a po drodze: Tatr i morza mgieł kątemplucie, obiad na Łabowskiej, ratowanie dżdżownicy, trzy sarenki i trzy duże, jelenie zady, sprint na Runek, wywieszony jęzor na Jaworzynę, mglisty zjazd i fuks transportowy - jednym słowem wielka nagroda za trudy wcześniejsze.
Śniegu już nie ma :( Chwilami wydawało nam się, że ktoś specjalnie dla nas rozłożyl biały dywanik szerokości metra, który jak tylko przejedziemy zostanie zwinięty.
Refleksja tury: stworzeń tatrzański beskidzkiego nie pojmie ;)
Obrazków kilka charakteru w żaden sposób nieoddających.
Trzy okołosylwestrowe dni w leśniczówce w Zubrzycy. Organizator nic nie zapewnia, bo nie ma organizatora, czyli jak NIE zorganizować imprezy sylwestrowej, żeby wyszła fantastycznie. Dużo ludzi, niskie i wysokie temperatury, śnieg i lód, narciochy i tępe krawędzie, wino i wiśniówka w drewutni, dziwne klimaty, pomieszane towarzystwo i chropowate dźwięki starego gramofonu.
Ot, nowego roku witanie!
Wszystkiego górskiego w Nowym Roku tym!









