Pogoda przez cały tydzień zapowiadała, że w weekend ogłoszą lawinową czwórkę. No i ogłosili! A tu piękne słońce, mróz i bez wiatru. Idealnie! Tylko co tu robić przy takim zagrożeniu lawinowym? Jakto co? Kasprowy-frirajdowy! No to pojechalim, burżujsko kolejką wyjechalim i na Gorczyczkowej się bujalim. Nie tylko my się bujalim pozatrasowo, więc wszystko co świeże było totalnie rozjechane, ani centymetra kwadratowego dziewiczego śniegu. Zaskakująco szybko zmienił się śnieg wciągu dnia: od leciutkiego puszku w okolicach 9.00 rano, po siadły i mokrawy o 15.00.
Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jedna wredna i cwana gałązka, która udawała zielone, a była brązowa. Stanęła mi na drodze i zaatakowała bezczelnie, bo śmiałam przejechać obok niej. W efekcie musiałam odświeżyć znajomości z ortopedami w szpitalu na Galla. Powtórka z rozrywki niestety. Znów śródręcze, znów lewe, znów gips na pięć tygodni... Tym razem złamałam piątą kość dłoni, do kompletu, do czwartej i trzeciej sprzed dwóch lat :/
Naukowo zostało udowodnione, że moje wszelkie wypadki w górach wybitnie zależą od towarzystwa ;)
Cóż zrobić? Nic tylko się zrastać! Żegnamy kwietniowe, tatrzańskie firny... Będę je oglądać tylko na zdjęciach... Ale długi weekend majowy w Alpach musi być!
Po trzech tygodniach przerwy i nieróbstwa perfekcyjnie uzasadnionego, wróciłyśmy do narciarskich wtorków. No i opłacało się, bo odkryłam piątą Amerykę w tym sezonie! Jeszcze nie wiem czy to ta właściwa, ale mam nadzieję, że tym razem tak. Sekret chyba tkwi w stawaniu na palcach :)
Weekend sezonu? Przynajmniej dotychczasowego - tak! Śniegu spadło mnóstwo i jak tu tego pięknego faktu nie wykorzystać? Tylko gdzie korzystać, skoro lawinowo się zrobiło bardzo. Lekiem na takie sytuacje jest niezastąpiona Chochołowska. Jedyny problem w tym, że aby się dostać do raju, trzeba przebyć te obrzydliwie nudne kilometry w te i nazad też. No ale czego się nie robi by dostać się do raju? A jak niespodziewanie drogę Ci skraca miły pan w ułazie, to szczęśliwość jest jeszcze pełniejsza. Cóż powiedzieć? Puuuuch! Taki prawdziwy, po pachy! Puch! Na Grzesiu puch, ale niekwestionowanym MVP wyjazdu był Krowi Żleb, pod Trzydniowiańskim. Bajeczna bajka lawinowo stabilna - można chcieć więcej? Może tylko, żeby ta bajka była tak trzy razy dłuższa :) Pływanie, przepiękne pływanie w puchu wysokiej klasy. Dla uzupłenienia przyjemności wieczór sabotowany Sabotażystą, szarlotką chochołowską i innymi specjałami oraz spotkaniami na skiturowym szczycie ;) A, Nie wspomniałam o całodniowo święcącej lampie, dużej mocy. Dzień drugi fantastyczny podobnie, rozpoczęty turą przez Trzydniowiański na Czubik z widokami w pakiecie. Zjazd mieszany, czyli mniej porywający z lawinową przygodą ostrzegającą. Tak na potwierdzenie ogłoszonej trójki, wyjechała spod nas deska, naszczęście niegroźna dla nas zupełnie, ale do myślenia trochę dająca. Potem jeszcze dwie wisienki na nasz tort bezowy dołożyliśmy w postaci kolejnej nowej lini w grzesiowym lesie i trzeciego już, miodowego orania Krowiego Żlebu. Więcej z tego puchowego alarmu wycisnąć się nie dało - godnie i syto! :D
A w międzyczasie dwie siatkarskie porażki, a w zasadzie trzy. ZAKSA przegrała oba mecze w finale Ligi Mistrzów i wróciła bez medalu niestety. A serwery Ressovi prawie eksplodowały, co uniemożliwiło zakup biletów na półfinałowy mecz z Delectą, czyli za tydzień do Rzeszowa nie jedziemy :(
Sobota została przeznaczona na zaległości rodzinno-domowe. Niedziela w zasadzie, prawie też, bo miał się odbyć rodzinny spacer z fokami, ale pogoda trochę pokrzyżowała nam plany. Zatem cóż robić z tak parszywie deszczowym weekendem? Kupić dostęp do Polsatu Sport i zasiąść przed monitorem :D Szkoda, że nie w jakiejś hali, ale niech już będzie.
Piątek: pierwszy półfinałowy mecz play-off ZAKSA vs Jastrzębski 0:3 - hmmm... co ta ZAKSA wyrabiała?! Jastrzębski ładnie całkiem grał, ale sposób w jaki Kędzierzyn położył się na boisku (w trzecim secie zwłaszcza) lekko mnie zszokował. No ale podobno już myślą o Final Four LM za tydzień...
Sobota: grają baby - pólfinały Pucharu Polski, półfinały LM. Widziałam mecz Impelu z Atomem 2:3 - nawet całkiem to ładne było. Szkoda mi Muszyny, co przegrała z Dąbrową.
Niedziela: baby grają finały - Ligę Mistrzyń wygrał VakifBank Stambuł, finał z Rabitą Baku, jak rok temu, tak samo. Puchar Polski wywalczyły dziewczyny z Dąbrowy, po pięciu bardzo różnych setach pokonały Atom Trefl Sopot. Nie przepadam za damską siatkówką, ale na oba mecze patrzyłam - urozmaicenie przy odkurzaniu w sam raz.
Gdzieś tam w międzyczasie Skra wygrała z Treflem w ramach walki o piąte miejsce, wcześniej Politechnika Warszawska poradziła sobie z Effectorem.
Deser: Resovia vs Delecta (pierwszy mecz play-off drugiej pary półfinałowej).
Resovia... no żesz... Deleccie trzeba przyznać - jest przyjęcie, jest gra środkiem, jest wygrana... Ładna gra obu stron! W poniedziałek wisienka na torcie - drugi taki mecz :)
Raz na pół roku lubię takie weekendy.
Nic tylko jutro trzeba iść graaaać! :)
Nic tylko jutro trzeba iść graaaać! :)
Tak, wiem, że mówiłam, że żadnych zawodów. Ale jak już raz złamałam tę zasadę, to drugi raz też można było :) Zostałam wyciągnięta na Puchar Polarsportu do Zawoi. Chyba najłatwiejsze i najbardziej wyluzowane zawody skiturowe w całym cyklu PPA.
Założenia były trzy:
1. nie zrobić sobie krzywdy (sezon w pęłni - kolana powinny działać)
2. ukończyć zawody i zostać sklasyfikowaną
3. zmieścić się w pierwszej 200 ;)
Wszystkie trzy cele zostały zrealizowane, ostatni nawet lepiej, bo padła pierwsza 150 - miejsce 146 :D Fajnie było, zmęczyło się dziecko trochę.
A w niedzielę zamiast w słoneczne Tatry, pojechaliśmy na chmurne Pilsko. Ale zjazdy po fajnym, betonowym lesie wyszły sympatyczne.