No w końcu się udało dotrzeć do Kielc! Bo Kielce są strasznie daleko (wszystko co na północ od Krakowa jest strasznie daleko przecież) i wyprawa tam to przedsięwzięcie skomplikowane w organizacji i realizacji też! No ale udało się wreszcie! Zawitałam w odwiedziny do szanownej, dopiero co powiększonej, rodziny Oss :) Może teraz wyprawy tam będą mi częściej wychodzić?
No czasem można, czasem się chyba należy odrobina burżujstwa. Z okazji przedświąt sprezentowaliśmy sobie najpierw kilka godzin stokowego bujania w Jurgowie z widokiem na Tatry co najmniej wspaniałym, a potem ciepło-zimne moczenie gnatów w bukowińskich termach.
Widok straganu z dmuchanymi kołami i skrzydełkami do pływania rodem z wybrzeża polskiego Bałtyku w zimowej scenerii Bukowiny Tatrzańskiem był delikatnie kuriozalny i zaskakujący.
Zwieńczeniem burżujskości były zniewalające pierogi i sos grzybowy w regionalmenj karcmie, przy dźwiekach kapeli góralskiej oczywiście...
Następne takie burżujstwo za czas jakiś... dłuższy ;)
Narcioch! Narcioch! Narcioch Myślenicki!
To taki bardzo sympatyczny zwierz, którego w tej odmianie można spotkać tylko w tygodniu, wieczorowa porą, po pracy w Myślenicach. A spotkania ze zwierzem tym dostarczają wyjątkową porcję radochy!
To taki bardzo sympatyczny zwierz, którego w tej odmianie można spotkać tylko w tygodniu, wieczorowa porą, po pracy w Myślenicach. A spotkania ze zwierzem tym dostarczają wyjątkową porcję radochy!
3,5 godziny jazdy w wyśmienitych warunkach, po pustym stoku! A to dopiero początek! :D
Trzy, dwa, jeden... staaaaart! Narciochy! Sezon oficjalnie uważam za otwarty!
Nic, że na stoku w Koninkach, a nie w terenie, nic, że w deszcu, ale pojeździliśmy na nartach! :) To jest ski!
A kultura? W piątek koncert Hey, w sobotę koncert symfoniczny i fortepianowy pod batutą Ingolfa Wundera oraz impreza u Uszatej, w niedzielę kamera otworkowa w moim pokoju - mam dachy na suficie!
Fota od Uszatej. Moich fot nie ma, bo zapomniałam karty.
Dwa i pół dnia ciężkiej akcji górskiej...
10. Krakowski Festiwal Górski.
10. Krakowski Festiwal Górski.
Było wszystko w stężeniu takim, że ciężko wybrać i ciężko ogarnąć. Wspinanie takie, siakie i wszelaki, wielkie zdobywanie letnie i zimowe, no i narciochy poza trasą na różnych poziomach abstrakcji. A przede wszytkim filmy, filmy, filmy...
Generalnie zmęczyłam się, a wyróżnione filmy mnie trochę rozczarowały, cała reszta git!
Zimno już, dzień krótki, sezon trzeba kończyć... To może blisko w Makowski, tak na lajcie, na kilka godzin. Mhmm, w sobtnim półśnie półświadomie zgodziłam się na niedzielny wypad w... Sudety, na rowery, ku chwale i na cześć, do roboty znaczy, szlaki trakować. Sie człowiek zgodził, to człowiek jedzie. Pobutka 4.30, 5.00 odjazd, 8.00 jakieś pola, zaśnieżone pola!!! I każą wysiadać i na rower wsiadać... Faaajnie było! Jazda po śniegu wcale taka zła nie jest, zamarzniętą przerzutkę rozmraża się herbatą, a zamek Książ to trzeba przyjechać osobno pozwiedzać dokładnie. Tylko czemu te stopy tak strasznie marzną w butach rowerowych?
Sezon konkret: 29 enduro-dniówek plus 5 sakwiarskich :)
Sezon konkret: 29 enduro-dniówek plus 5 sakwiarskich :)
Jak się chce połączyć wszystko w jednym to... czasami wychodzą fajne rzeczy :)
Plan był ogólnie rowerowy, tylko kwestie imprezowe ulegały pewnym modyfikacjom. W sobotę ruszyliśmy w Pasmo Jałowieckie, tylko nie tak standardowo wzdłuż, ale trochę od zada, góra-dół, czego efektem byly dwa fajne zjazdy: z Jałowca i Lachów Gronia oraz odrobinka niedosytu co do długości całości. Do kompletu ćwierć najt rajd z Lasu na Gibasy z bonusem i padniętym światłem. A potem huczne trzydzieste urodziny Baranki pod znakiem kawówki, dwóch gitar, tony ciasta i zielonego sagana. Po jakże pięknym, gibasowym poranku trzeba było ruszyć w dalszą, rowerową drogę, która na Leskowiec i potem sympatycznym, długim zjazdem do Czartaka prowadziła.
Ciepło, słonecznie i niebłotniście pod koniec listopada - jestem pod wrażeniem!
Rowerowa prawda nr 632
Zawsze zakładaj okulary, nawet jak nie przewidujesz zjazdu, bo zjazd Cię zaskoczy, a jeszcze bardziej zaskoczy Cię gałąź i skończysz z limem pod okiem.
Rowerowa prawda nr 632
Zawsze zakładaj okulary, nawet jak nie przewidujesz zjazdu, bo zjazd Cię zaskoczy, a jeszcze bardziej zaskoczy Cię gałąź i skończysz z limem pod okiem.
Tak zwany reset, powrót do korzeni ;) Już po raz dziesiąty! Tym razem w Koninkach.
22 blachowanych beskidzkich, 6 blachowanych tatrzańskich! Rewelacyjny kabaret! Git impreza! Wesoły wesoły pociąg! I kosmiczny mecz Tatry-Beskidy z wynikiem 10:1 dla Beskidów!
Kilka zbiegów okoliczności sprawiło, że w sobotę ujeździłam się jak dzika, zaliczyłam solo debiut najt rajd i zjechałam na Chatę na afrykańskie slajdowisko. Natomiast w niedzielę dla odmiany w ramch narodowego święta było chatowe nic (znaczy coś) robienie. Kibel się postawił, woda się nie pojawiła, się popiłowało, a ja się narąbałam (drewna) ku chwale Niepodległej! Swoją drogą dawno drewna nie rąbałam... to zamiast roweru, żeby nie było, że jakieś niepodległe lenistwo czy coś!
W zeszłym roku było 11 rowerów na 11 listopada, w tym roku było 8 rowerów na 2 listopada, a wszystko to już tradycyjnie prawie u Uszatej w Teo-włościach. W programie błota wszelakie i życie towarzysko leniwe.
Błoto nas zasysało, wciągało, ślizgało, rowery tańcowały, napędy się zalepiały, a chain suck'i atakowały. Ale udało się zjechać Cergową - ja chce jeszcze tylko na sucho! Udało się też ubłocić w okolicach Zawadki Rymanowskiej i wywiać na asfalcie w Myscowej. Zwieńczeniem rowerowej różnorodności była miła złoto-jesienna i odziwo bezbłotna jazda przez kawałki Pasemka Czerszli i Margoni.
Prócz uciech dwukołowych były jeszcze gry planszowe, zdjęciowe wspomnienia z wakacji i pożar...
Przyszła! Taka nieśmiała i pewnie zaraz zwieje, schowa się na chwilę jeszcze, zanim zadomowi się na dobre. O zimie mowa. Wybrała sobie termin walny i miejsce właściwe, bo to dziś właśnie świętowaliśmy nadejście trzydziestej wiosny w ulubionych, zakopiańskich progach :)
Ostatni taki weekend w Tatrach! Teraz już tylko czekamy na śnieg :) No i w ramach przedsezonowych spotkań skiturowych, w ramach tego czekania na śnieg, zebrała się konkretna ekipa i poszlimy w Tatery. Wysoko-bielsko-słowackie okolice z bazą w Plesnivcu. 20 stopni, piękne słoneczko, ani chmurki, ani zefirka - na pewno mamy koniec października? Wyjazd skiturowy, więc musiało być pozatrasowo - co dokładnie nam wyszło w związku z tym nie zdradzę ;) Była graniówka i był dziczek, jagnięcina z jastrzębiami opłakana rzewnymi łzami ;) Były też stada kozic.
A od czwartku w Tatrach będzie sypał śnieg...
Czasem człowiek ma trochę dość i z utęsknienim patrzy na deszczowe prognozy pogody i wcale się nie cieszy jak deszczowy weekend robi się nagle ciepły i słoneczny. No trudno! Kołdra staje się wtedy największym sprzymierzeńcem i z lubością człowiek pod nią zostaje na całe dwa dni.
A żeby pod tą kądrą za nudno nie było, to sobie czlowiek w końcu znajduje kanał, na którym można oglądać PolsatSport w jakości HD i zalicza dwa mecze w ramach Klubowych Mistrzostw Świata (SKRA Bęłchatów!!!) oraz jeden ligowy pojedynek z ZAKSĄ i Zagumnym w roli głównej. W międzyczasie jeszcze się przewijają wspomnieniowe urywki z czerwcowego meczu LŚ w Spodku.
A to wszystko dlatego, że się trzeba przygotować ;) Jutro powrót do gry!!!
Spa też było, ale co tam się będę rozwodzić nad nieistotnymi szczegółami ;)
Jak myślimy o górach wysokich, to przed oczami stają nam
ośnieżone, zimowe szczyty. Jak po głowie chodzą nam nasze karpackie pagóry, to w myślach pojawia się obraz jesiennie kolorowej, bieszczadzkiej buczyny.
Wychodzi na to, że jesień, to taka najbardziej karpacka pora roku. Ale my jesteśmy trochę na bakier z oczywistymi skojarzeniami i o Karpatach w tym numerze nie będzie za wiele. Pospacerujemy trochę po słowackiej Polanie i tyle. Rude buki muszą sobie Państwo pooglądać w Beskidach sami – gorąco zachęcam do natychmiastowego pakowania plecaków. A tu zapewnimy górską rozrywkę w trochę dalszym, wyższym i mniej kolorowym wydaniu.
Na pierwszy ogień pójdzie garść górskiego żelastwa. Zapraszamy na żelazne drogi. I wcale nie chodzi o podróż koleją, tylko całkiem konkretne wspinanie – o via ferratach jest mowa, i to tych trochę trudniejszych.
Dla odmiany jedziemy też w podróż na wschód. Do Gruzji zaprowadzą nas nowe szlaki, do Czarnogóry przyciągną skały Durmitoru, a do Albanii... No właśnie! Co nas ciągnie do Albanii? Nie wiem! To coś nie do końca zdefiniowanego, ale w ciągnięciu jest
bardzo skuteczne. Warto się o tym przekonać i dać po raz kolejny zaciągnąć w tą górsko frapującą część świata, choćby tylko na
naszym papierze.
Gdyby komuś było mało, byłby niezbyt zmęczony tymi dalekimi wędrówkami, to zawsze można sobie jeszcze po naszych pagórach pobiegać...
Czas na to idealny!
Jak już tak człowiek robi foty w ilościach hurtowych, to by się człowiek jeszcze czegoś w temacie nauczył. No to się uczy i takie tego wstępne efekty są:
Studio, lampy i że niby reklamówkowo ma być - nie mój klimat ale woda fajna.
Po mojemu bardziej to streetphoto - trochę czegoś na kształt reportażu, trochę dokumentalnie i moje ulubione nieostrości.
Zabawy kamerą wielkoformatową i ciemnia!
Zabawy kamerą wielkoformatową i ciemnia!
Piękne słońce, ciepełko, pierwsze bukowe kolory jesieni, kapitalna widoczność! Hmmm, front idzie. Ale zanim przyszedł, należało wykorzystać idelane okoliczności przyrody i się przejechać tam skąd Tatry widać. No i padło na tyle razy oglądaną, ale nigdy dotąd nieodwiedzoną, grupę Wiaternego Wierchu. Bardzo miłe rowerowanie (nawet podjazd był miły!), niespodziewane, spektakularne kąpiele błotne (w moim wykonaniu oczywiście), krzaking i zniewalająco-powalające widoki na Tatry i Pieniny z oddmiennej strony. Wszystko to w barwach już prawie ultrajesiennych. Zwieńczeniem tych delicji była delicja przyziemnie jadalna, czyli wyprażany syr ze słowackim piwem :)
A front ulewny przyszedł w niedzielę.
Rowerowa prawda nr 237:
Jak przjeżdżasz przez śliską groblę między dwiema dużymi i głębokimi kałużami, rób to na niskim przełożeniu. W przeciwnym razie prawdopodobieństwo wylądowania w jednej z tych kałuż drastycznie wzrasta ;)
Rowerowa prawda nr 843:
Z regulowaną sztycą to jest dopiero enduro-życie! ;D
Boli mnie łydka, a w zasadzie to dwie. I boli mnie kręgosłup od skakania, i mam posiniaczone przedramiona... Nie, nie grałam w siatkowkę :( AKURAT byłam na koncercie :) A pod sceną było fajnie i się dziecko wyskakało, jak dawno :D
Jak się dzieje, to wszystko w jednym czasie. Tak właśnie było w ten weekend - trzeba było być w trzech miejscach na raz. A jak trzeba było, to się było :)
W sobotę wspominana już wyprawa do Częstochowy na Superpuchar. Do tego wczelowa impreza gajówkowa po latach, więc też żal opuścić tak zacne wydarzenie. Zatem musiała nastąpić szybka teleportacja z Częstochowy na Orawę - 22.30 zameldowaliśmy się na imprezie. A o 7.00 się z niej wymeldowaliśmy by wylądować w Zakopanem i podłączyć się do tatrzańskiego wyjazdu kursowego. Sarnia Skała zdobyta bez tlenu! W pakiecie szwendolenie po Krupówkach i odwiedziny w jakże uwielbianych zakopiańskich progach.
Jesień w górach już! (tak na marginesie)
Długo wyczekiwane starcie: Resovia - Mistrz Polski kontra Skra - zdobywca Pucharu Polski. Zatem jazda do Częstochowy!
Dylemat komu tu kibicować pozostał. Mimo żółto-czarnego wdzianka chyba bliżej mi było do biało-czerwonych.
Resovia trcohę zaskoczyła. Spodziewałam się zajadłej walki w pięciu setach, a tu szybkie trzy pod dyktando Skry, więc superpuchar pojechał do Bełchatowa. Na boisku cudował Wlazły w towarzystkie Winiarskiego. Po drugiej stronie próbował podobnie tańcować Bartman, ale aż tak niesamowity to nie był ;)
W przerwie między podziwianiem pięknej siatkówki, a zachwycaniem się pięknymi tyłkami siatkarzy, namówiona przez Annę K. wmieszałam się w tłum gimnazjalistek i... mam mega lans fote z Anastasim!!!!!! :D
Generalnie mecze ligowe mają trochę inny klimat niż te na szczeblu międzynarodowym. Łatwiej dostać bilety w drugim rzędzie i jest więcej swobody w spacerowaniu w okolicach boiska. No prawie na to boisko można wleźć i wsadzić obiektyw w centrum gry :) Pełen luz, a nasi wspaniali siatkarze normalnie na wyciągnięcie ręki!
A przedpołudniem, zanim doczekaliśmy się sportowej uczty, trzeba było spróbować krajoznawczej przystawki. Pospacerowaliśmy sobie po Częstochowie i zdobyliśmy Jasną Górę, a co!
Dylemat komu tu kibicować pozostał. Mimo żółto-czarnego wdzianka chyba bliżej mi było do biało-czerwonych.
Resovia trcohę zaskoczyła. Spodziewałam się zajadłej walki w pięciu setach, a tu szybkie trzy pod dyktando Skry, więc superpuchar pojechał do Bełchatowa. Na boisku cudował Wlazły w towarzystkie Winiarskiego. Po drugiej stronie próbował podobnie tańcować Bartman, ale aż tak niesamowity to nie był ;)
W przerwie między podziwianiem pięknej siatkówki, a zachwycaniem się pięknymi tyłkami siatkarzy, namówiona przez Annę K. wmieszałam się w tłum gimnazjalistek i... mam mega lans fote z Anastasim!!!!!! :D
Generalnie mecze ligowe mają trochę inny klimat niż te na szczeblu międzynarodowym. Łatwiej dostać bilety w drugim rzędzie i jest więcej swobody w spacerowaniu w okolicach boiska. No prawie na to boisko można wleźć i wsadzić obiektyw w centrum gry :) Pełen luz, a nasi wspaniali siatkarze normalnie na wyciągnięcie ręki!
A przedpołudniem, zanim doczekaliśmy się sportowej uczty, trzeba było spróbować krajoznawczej przystawki. Pospacerowaliśmy sobie po Częstochowie i zdobyliśmy Jasną Górę, a co!
W końcu! Rower, Worek Raczański, pasmo graniczne i chatka na Zagroniu! No, plan perfekcyjny. Jednak mimo swej perfekcyjności, nie został zrealizowany fragment: pasmo graniczne - odcinek od Krawców Wierchu do Rycerzowej pozostanie nadal niezdobytą, białą plamą. Ale zamiennik był dobry, bardzo dobry, rewelacyjny! Po prostu lepszy :)
Podsumowując wydarzenia weekendu: mniam trawers w Worku Raczańskim, mniam widok i sernik na Wielkiej Raczy, mniam rozpoczęcie rowerowego dnia od kawy i kremówki, mniam drożdżowe ze śliwkami na Krawców Wierchu, mniam zjazd z Krawców Wierchu granicą, mniam leżenie na Rysiance, mniam zjazd żółtym do Ujsołów :)
Po raz kolejny potwierdzam, że Żywieckie jest pod rower najfajowszy!
A! Rowerowa prawda nr 743:
Zawsze zakładaj rękawiczki! Nawet na krótki, lajtowy zjazd, bo krwiożercza, dzika róża czai się za zakrętem!
No właśnie, pojeździć sobie, wybitnie nie pojeździłam. Wybitnie weekend wział się i rozwalił.
Ale była okazja założyć czerwone szpilki i poćwiczyć reporterkę. Pouprawiałam życie rodzinne, wyspałam się i weszłam w posiadanie kolejnych butów ;)
Beskid Mały jest zdecydowanie niedoceniany! Pięknie tam! Rowerowo tam! I nawet konkretnie zmęczyć się można :)
A w ramach luźnych przemyśleń:
Nie lubię Elixirów, bo hamulce te chyba nie do końca pamietają do czego zostały stworzone.
Nie lubię pana w serwisie, który mi wcisną metaliczne klocki, mimo że pięć razy powtórzyłam, że chce organiczne.
Nie lubię siebie, że tego nie zauważyłam.
W efekcie hamulec działa nieprecyzyjnie, jakimś dziwnym trafem blokuje się tylne koło, wtedy kiedy na pewno tego nie chcę, co skutkuje poślizgiem i glebą :/
Wniosek: należy w końcu zacząć jeździć bez używania hamulców ;)
A w ramach luźnych przemyśleń:
Nie lubię Elixirów, bo hamulce te chyba nie do końca pamietają do czego zostały stworzone.
Nie lubię pana w serwisie, który mi wcisną metaliczne klocki, mimo że pięć razy powtórzyłam, że chce organiczne.
Nie lubię siebie, że tego nie zauważyłam.
W efekcie hamulec działa nieprecyzyjnie, jakimś dziwnym trafem blokuje się tylne koło, wtedy kiedy na pewno tego nie chcę, co skutkuje poślizgiem i glebą :/
Wniosek: należy w końcu zacząć jeździć bez używania hamulców ;)
Wakacje! Takie najprawdziwsze! Najukochańsze :) Nie zamieniłabym na nic innego! Gorc!
Najpierw Gorcstok z kuchennej perspektywy - jak zwykle stanowisko: wrzątkowy :) Tym razem piękna pogoda, ciepłe noce, dużo dobrych ludzi i świetni wykonawcy - muzyka bez przerwy przez 48 godzin :)
Gdy już w niedzielne popołudnie baza opustoszała, zaczęło się prawdziwe bazowanie. Kameralne, wieczorne gitarzenie, grzanki z pieca, leżenie na hali z widokiem na Tatry i inne bazowe przyjemności. Przeprowadzilismy pierwszy gorcowy kurs rozpalania ogniska i palenia w piecu. Było też standardowe, kulinarne dogadzanie - ziemniaczana zupa pt. "co znaleziono na bazie", samorozmnażająca się pomidorówka, racuchy i glut. I tak w doborowym towarzystwie dotrwaliśmy do zwijania...
W zasadzie powolne zwijanie zaczęło się już w śrdoę. Tak sobie w ramach popołudniowej rozrywki składałyśmy po jednym namiocie. Działania konkretne rozpoczęliśmy w piątek. Mimo niewielkiego, porannego deszczu i bardzo kameralnej ekipy w sobotę koło południa siedzieliśmy już na spakowanych "walizkach" i czekaliśmy na wóz zwózkowy. Ech, smutno :( Jak ja nie lubie zwozić bazy i zostawiać takiej pustej hali... To był dobry sezon :)
Zjeżdżamy na Chatę, rozpakowujemy wóz, układamy szpej w magazynie i zamykamy na całe dziesięć miesięcy... Zostało tylko poimprezować na zakończenie i poopalać się w niedzielnym słońcu przed chatą...
Bardzo dziękuję wszystkim dobrym ludziom, którzy w tym sezonie włączyli się w gorcowe działania! Bazowym, praktykantom, rozbijającym, zwijającym, pomagającym, odwiedzającym!
Szczególna cześć i chwała należą się Marysi i Sebastianowi, bez których najzwyczajniej w świecie nie dałabym rady ogarnąć tego majdanu!
Zapraszamy w przyszłym roku! Będziemy świętować 45-lecie bazy i 20 Gorcstok :)
Najpierw Gorcstok z kuchennej perspektywy - jak zwykle stanowisko: wrzątkowy :) Tym razem piękna pogoda, ciepłe noce, dużo dobrych ludzi i świetni wykonawcy - muzyka bez przerwy przez 48 godzin :)
Gdy już w niedzielne popołudnie baza opustoszała, zaczęło się prawdziwe bazowanie. Kameralne, wieczorne gitarzenie, grzanki z pieca, leżenie na hali z widokiem na Tatry i inne bazowe przyjemności. Przeprowadzilismy pierwszy gorcowy kurs rozpalania ogniska i palenia w piecu. Było też standardowe, kulinarne dogadzanie - ziemniaczana zupa pt. "co znaleziono na bazie", samorozmnażająca się pomidorówka, racuchy i glut. I tak w doborowym towarzystwie dotrwaliśmy do zwijania...
W zasadzie powolne zwijanie zaczęło się już w śrdoę. Tak sobie w ramach popołudniowej rozrywki składałyśmy po jednym namiocie. Działania konkretne rozpoczęliśmy w piątek. Mimo niewielkiego, porannego deszczu i bardzo kameralnej ekipy w sobotę koło południa siedzieliśmy już na spakowanych "walizkach" i czekaliśmy na wóz zwózkowy. Ech, smutno :( Jak ja nie lubie zwozić bazy i zostawiać takiej pustej hali... To był dobry sezon :)
Zjeżdżamy na Chatę, rozpakowujemy wóz, układamy szpej w magazynie i zamykamy na całe dziesięć miesięcy... Zostało tylko poimprezować na zakończenie i poopalać się w niedzielnym słońcu przed chatą...
Bardzo dziękuję wszystkim dobrym ludziom, którzy w tym sezonie włączyli się w gorcowe działania! Bazowym, praktykantom, rozbijającym, zwijającym, pomagającym, odwiedzającym!
Szczególna cześć i chwała należą się Marysi i Sebastianowi, bez których najzwyczajniej w świecie nie dałabym rady ogarnąć tego majdanu!
Zapraszamy w przyszłym roku! Będziemy świętować 45-lecie bazy i 20 Gorcstok :)
Wyjazd przepięknych zjazdów, trudnych trawersów, dobijajacych wypychów i koniecznego asfaltu. Generlanie konkret, męczacy konkret :)
Pociągowa akcja od Pasma Polic, po prawie Pilsko. Oficjalnie stwierdzam, że Żywiecki ma chyba największy rowerowy potencjał - długo i szybko :)
Jestem absolutnie zachwycona pasmem granicznym, odcinek od Mędralowej do przełęczy Glinne jest świetny. Nie licząc kilku wypychów na Jaworzynę, Beskid Krzyżowy, Beskid Korbielowski i Studenta, ale licząc zjazdy z nich. Jak dodamy do tego pędzenie z Miziowej zielonym i resztkami czarnego do Krzyżowej, to robi się już ultra pięknie. Zaskakująco fajna jest też końcówka zielonego spod Policy do Zawoi - niespodziewane, kręte single miło atakują tam człowieka. Techniczne wyzwanie stanowią natomiast dwa trudne trawersy - Policy zielonym i od granicy na Miziową czerwonym. Oj, korzeniaście, kamieniście - zdecydowanie przyszłościowo. Lekko kwaskowatą wisienkę na torcie był asfaltowy odcienek z Jeleśni do Suchej, ale cóż, jakoś do pociągu trzeba się było dostać.
Podsumowanie wychodzi całkiem nieźle: 91 km w sumie, w tym 27 km asfaltem niestety. Życiówka prawie normalnie ;)
Pociągowa akcja od Pasma Polic, po prawie Pilsko. Oficjalnie stwierdzam, że Żywiecki ma chyba największy rowerowy potencjał - długo i szybko :)
Jestem absolutnie zachwycona pasmem granicznym, odcinek od Mędralowej do przełęczy Glinne jest świetny. Nie licząc kilku wypychów na Jaworzynę, Beskid Krzyżowy, Beskid Korbielowski i Studenta, ale licząc zjazdy z nich. Jak dodamy do tego pędzenie z Miziowej zielonym i resztkami czarnego do Krzyżowej, to robi się już ultra pięknie. Zaskakująco fajna jest też końcówka zielonego spod Policy do Zawoi - niespodziewane, kręte single miło atakują tam człowieka. Techniczne wyzwanie stanowią natomiast dwa trudne trawersy - Policy zielonym i od granicy na Miziową czerwonym. Oj, korzeniaście, kamieniście - zdecydowanie przyszłościowo. Lekko kwaskowatą wisienkę na torcie był asfaltowy odcienek z Jeleśni do Suchej, ale cóż, jakoś do pociągu trzeba się było dostać.
Podsumowanie wychodzi całkiem nieźle: 91 km w sumie, w tym 27 km asfaltem niestety. Życiówka prawie normalnie ;)
Dyskusja na temat, jaka jest istota enduro wywiązała się w poniedziałek. We wtorek stwierdziliśmy, że w środę trzeba definicje sprecyzować w terenie. Konfrontacja z nie najłatwiejszymi ścieżkami w Beskidzie Wyspowym doprowadziła nas do wniosku, że zupełnie o co innego nam chodzi w górskim rowerowaniu ;)
Wspaniała Rosja! I prawie wspaniała Brazylia! Przepiękny, przewrotny mecz! O to chodzi w siatkówce! Zawsze może być inaczej niż się wydaje! :)
1. Rosja, 2. Brazylia, 3. Włochy
Biorąc pod uwagę, że Włochom wtłukliśmy w grupie, Brazylię ograliśmy 4/5 razy w tym sezonie, a to Rosjanie satnęli nam na przeszkodzie, to jak ktoś powie, że nie jesteśmy w czołówce światowej siatkówki, to zatłukę! ;)
PS. Po chłodnej analizie mojej wypowiedzi, doszłam do wniosku, że właśnie tak się rodzi agresja stadionowa... ale, żeby nie było, nikomu krzywdy robić nie zamierzam :)
1. Rosja, 2. Brazylia, 3. Włochy
Biorąc pod uwagę, że Włochom wtłukliśmy w grupie, Brazylię ograliśmy 4/5 razy w tym sezonie, a to Rosjanie satnęli nam na przeszkodzie, to jak ktoś powie, że nie jesteśmy w czołówce światowej siatkówki, to zatłukę! ;)
PS. Po chłodnej analizie mojej wypowiedzi, doszłam do wniosku, że właśnie tak się rodzi agresja stadionowa... ale, żeby nie było, nikomu krzywdy robić nie zamierzam :)
Dalekam od jarania się wielkimi wydarzeniami sportowymi, tylko daltego, że są wielkie. Małyszomania, Tour de Ski i Euro skuteczniej mnie odstraszały, niż pociągały do wielkiego kibicowania. Wyjątek jest jeden - siatkówka, męska siatkówka, w wykonaniu polskiej reprezentacji głównie.
Z racji tego, że Olimpiadę mamy, że niby wielkie święto sportu wszelkiego, to tak sobie postanowiłam pokibicować ciut. W dyscyplinach dwóch, jak się okazało pechowych dwóch... Kibicowanie według mnie ma jakikolwiek sens, jak się coś o dyscyplinie wie, więcej wie, a najlepiej, jak się ją uprawia, albo uprawia coś w jej okolicach.
No więc z okazji, że uprawiam siatkowkę i coś na kształt kolarstwa górskiego (daleko mi do XC w czystej postaci, ale powiedzmy, że to zbliżone jest do roweru w górach), postanowiłam na IO śledzić wyczyny w tych dziedzinach.
Finały tych dwóch dyscyplin zbiegły się z taką se pogodą i ogromną potrzebą, uwaga!, spędzenia całego weekendu w domu (poprzedni taki miał miejsce w grudniu zeszłego roku, więc chyba mi się należało już). Zatem prócz beztroskiego odsypiania, powolnego picia kawy, mycia okien i odrabiania zaległości gazetowo-czytelniczych, zasiadłam przed kompowym ekranem by oglądać wyścigi XC i siatkówkowe finały. Medali naszych brak... Włoszczowska połamana jeszcze przed rozpoczęciem IO, siatkarze nasi wspaniali też już nie walczą, ale popatrzeć było miło i ekscytująco. Zwłasza jak Rosjanie z Brazylijczykami tkłukli się nawzajem w pięknym, przewrotnym, siatkarskim pojedynku....
W ramach weekendu domowego wyrosła mi na podłodze mięciutka, zielona trawa! I jest już ultra zielono-czerwono! Nawet okładka ostatniego bB wpisuje się idealnie w dezajn mojej przestrzeni ;)
Aaa, wydawało mi się, że mam czyste okno, ale to złudne było...
12 sierpnia miałam tu wklejać takie samo zdjęcie, jak 8 lipca po finale Ligi Światowej. Nie wkleję. Naprawdę wierzyłam, że jest to możliwe, że chłopaki dadzą radę to wygrać, naprawdę. Nie dali. Tym razem, teraz, nie. Rosjanie w ćwierćfinale turnieju olimpijskiego byli dużo lepsi. Przypomniał mi się mecz z Memoriału Wagnera w 2011 roku, choć ranga zupełnie inna. Przypakowani, ogromni siatkarze rosyjscy i nasze chłopaki. Wtedy dostali tak samo...
Szkoda mi ich, bo teraz psy na nich powieszą, że beznadziejni, że nie umieją grać, że bezsensu, że miał być medal, że co to ma być, że wstyd, że żenada, że porażka, że...
NIEEEE!!! Odczepić się od nich! Kawał ciężkiej, dobrej roboty! I za to cały czas należy uwielbiać naszych siatkarzy! Ja uwielbiam! Zawsze!
Panowie, mimo wszystko gracie piękną siatkówkę! Dzięki!
Gorce mam objeżdżone na dziesiąta stronę. Wiadomo, nie wszystkie szlaki jeszcze zjechane, ale te w zasięgu koleji, już tak. No ale co tu zrobić, jak na lubański Dzień NaLeśnika trzeba się dostać, a towarzystwo rowerowo-samochodowe się akurat w świat rozjechało. Nie ma, że boli - znów do Pyzówki, przez błonta na Stare Wierchy i Turbolot. Potem było arcymiło przez chwilę z Kiczory na Knurowską i arcydługaśnie Pasmem Lubania. Na konkurs naleśnikowy się spóźniłam, ale porcje naleśników dostałam :) Nocleg na Lubaniu był ekperymentalny - testowałam nowy patent namiotowo-rowerowy, czyli wpaniałą, ultrakompaktową płachtę biwakową - patent rowerowo ma przyszłość, nawet w deszczu ;)
Po porannym, niedzielnym deszczu przystawiłam się do zjazdu z Lubania. Od dawna chciałam w końcu spróbować pokonać ten najstromszy odcinek ze szczytu. No prawie się udało, ale czysto i ładnie zdecydowanienie nie było - jeszcze kilka razy... Fajny, różnorodny zjazd niebieskim do Ochotnicy i do Gorcowego asfaltem do końca, a potem dobijający wypych na Gorc (ech, szałas na polance przy skrócie się posypał). Znów na Gorcu! Jak ja lubię tam być! No i właśnie z tego lubienia szanse na złapanie pociągu do Kraka spadły do zera. Kilka pomysłów się pojawiło, jak tu z rowerem do domu wrócić, włącznie z powrotem w poniedziałkowy, blady poranek - wówczas załadownie rowerka do PKSu jest bardziej realne niż w niedzielny wieczór. Jednak rozsądek zwyciężył i z bólem serca bazę trzeba było opuścić i na sporym spidzie do Nowego Targu przez Turbolot się pokulać. Zjazd zielonym do Kowańca, zwłaszcza na ostatnim odcinku, jest całkiem ekscytujący. Pozostało tylko wcisnąć się do jakiegoś Szwagra, co z baaardzo ubłoconym rowerem nie jest proste. Pierwszy kierowca wysłał mnie na drzewo, ale za to serdecznie pozdrawiam przesympatycznego pana kierowcę ze Szwagra o 19.00 z NT, który na widok mojego totalnie ucioranego rowerka powiedział: nie ma problemu i z uśmiechem otworzył bagażnik :)
Po porannym, niedzielnym deszczu przystawiłam się do zjazdu z Lubania. Od dawna chciałam w końcu spróbować pokonać ten najstromszy odcinek ze szczytu. No prawie się udało, ale czysto i ładnie zdecydowanienie nie było - jeszcze kilka razy... Fajny, różnorodny zjazd niebieskim do Ochotnicy i do Gorcowego asfaltem do końca, a potem dobijający wypych na Gorc (ech, szałas na polance przy skrócie się posypał). Znów na Gorcu! Jak ja lubię tam być! No i właśnie z tego lubienia szanse na złapanie pociągu do Kraka spadły do zera. Kilka pomysłów się pojawiło, jak tu z rowerem do domu wrócić, włącznie z powrotem w poniedziałkowy, blady poranek - wówczas załadownie rowerka do PKSu jest bardziej realne niż w niedzielny wieczór. Jednak rozsądek zwyciężył i z bólem serca bazę trzeba było opuścić i na sporym spidzie do Nowego Targu przez Turbolot się pokulać. Zjazd zielonym do Kowańca, zwłaszcza na ostatnim odcinku, jest całkiem ekscytujący. Pozostało tylko wcisnąć się do jakiegoś Szwagra, co z baaardzo ubłoconym rowerem nie jest proste. Pierwszy kierowca wysłał mnie na drzewo, ale za to serdecznie pozdrawiam przesympatycznego pana kierowcę ze Szwagra o 19.00 z NT, który na widok mojego totalnie ucioranego rowerka powiedział: nie ma problemu i z uśmiechem otworzył bagażnik :)
Cóż za emocje! Bo Góry po Robocie rozpoczęły się na Przełęczy Spytkowickiej dokładnie z pierwszym gwizdkiem meczu Polska - Argentyna (w siatkówkę na Olimpiadzie). Lapidarna relacja czytana z ekranu telefonu w takich okolicznościach przyrody była niezwykle emocjonująca - nasi siatkarze pięknie wygrali oczywiście! A my pięknie się przespacerowaliśmy przez ostępy Pasma Podhalańskiego, rekord długości wycieczki pobijając. Miły wieczór i poranek w bazie namiotowej "Madejowe Łoże" w Podwilku i powrót do roboty ze słonecznym widokiem na Babiszcze. Lubię to! ;)
Podobno zasady są po to, żeby je łamać. A łamie się je po to, żeby się przekonać, że jednak mają sens ;) Brzmi poważnie, choć całkiem poważnie nie było. Zarzekałam się okrutnie, że w żadnych zawodach, rowerowych też, startować nie będę, z zasady właśnie. Ale popracowano nade mną trochę i postanowiłam zobaczyć jak to wygląda i czy faktycznie takie strasznie trudne, i czy faktycznie tylko mega wymiatacze są w stanie to przejechać, a ja będę rower sprowadzać. Zatem wybrałam się na Enduro Trophy do Bielska. Rano, po przyjeździe na start, moja pierwsza myśl była: co ja tu w ogóle robię?! Potem już było bardziej pozytywnie. Baaardzo sympatyczna atmosfera, całkiem fajne trasy, które były dla mnie zupełnie przejeżdżalne, żar lejący się z nieba i regeneracyjne lenistwo między oesami :)
Podsumowując: nie było tak strasznie, przeżyłam, nic sobie nie zrobiłam, przejechałam całość, nie musiałam sprowadzać roweru, nie byłam ostatnia - normalnie sukces na całej linii ;)
W niedzielę był bonusowy oes ze Skrzycznego. Piękny! Trudny! Dużo trudniejszy zjazd niż te na zawodach. I do tego pierwsze w moim życiu jeżdzenie z rowerem na wyciągu. Całokształt imprezy miał pływający finał w Jeziorze Międzybrodzkim :)
Podsumowując: nie było tak strasznie, przeżyłam, nic sobie nie zrobiłam, przejechałam całość, nie musiałam sprowadzać roweru, nie byłam ostatnia - normalnie sukces na całej linii ;)
W niedzielę był bonusowy oes ze Skrzycznego. Piękny! Trudny! Dużo trudniejszy zjazd niż te na zawodach. I do tego pierwsze w moim życiu jeżdzenie z rowerem na wyciągu. Całokształt imprezy miał pływający finał w Jeziorze Międzybrodzkim :)
Góry! Tak! Rower! Tak! Góry i rower! Jeszcze bardziej tak!
Albo:
Rower! Tak! Góry! Tak! Rower i góry! Jeszcze bardziej tak!
Wbrew pozorom, to spora różnica. Jedni zaczynają od gór. Chodzą po nich na różne sposoby, eksplorują, zwiedzają. Ale gdy wszystkie szlaki, drogi, ścieżki, a nawet bezdroża zaczynają być znane, to pojawia się myśl: co by tu nowego w tych górach zrobić? A jak przez przypadek wzrok padnie na stojący w kącie rower, którym czasem się jeździ do sklepu po bułki, to od razu otwiera się zupełnie nowy, górsko-rowerowy świat. Oj, szybko wciąga! Szybko inwestuje się wtedy w rower, szybko studiuje się tajniki techniki jazdy i szybko poprawia kondycję. A na dobrze znane szlaki spogląda się pod zdecydowanie innym kątem.
Bywa też zupełnie na odwrót i chyba jest to nawet częściej spotykane. Rower, rower, rower, od maleńkości rower. Zaczyna się od szaleństw z chłopakami na osiedlu, a jak osiedlowe górki stają się zbyt małe, to zaczyna się poszukiwanie czegoś większego i w efekcie trafia się w góry – tak w bardzo dużym uproszczeniu.
Ci pierwsi zazwyczaj więcej wiedzą o górach samych w sobie. Ci drudzy zazwyczaj są lepsi technicznie, ale generalnie wszyscy mają podobny cel – rower i góry, góry i rower!
No ale nie samym rowerem w górach człowiek żyje (choć czasem trudno mi w to stwierdzenie uwierzyć). Proszę się nie martwić. Dla tych, którzy z dwoma kółkami mają niewiele wspólnego, też coś się znajdzie w tym numerze.
Mamy pewną słabość do gór Słowenii, więc zapraszamy w masyw Sniežnika i do lektury nowych przewodników po słoweńskich wzniesieniach. Albanii ciąg dalszy, Słowacja, Sudety, trochę historii, trochę współczesności – inwestycji i rozwiązań technicznych.
Jak zawsze cały wachlarz możliwości, jak na środek lata przystało!
Albo:
Rower! Tak! Góry! Tak! Rower i góry! Jeszcze bardziej tak!
Wbrew pozorom, to spora różnica. Jedni zaczynają od gór. Chodzą po nich na różne sposoby, eksplorują, zwiedzają. Ale gdy wszystkie szlaki, drogi, ścieżki, a nawet bezdroża zaczynają być znane, to pojawia się myśl: co by tu nowego w tych górach zrobić? A jak przez przypadek wzrok padnie na stojący w kącie rower, którym czasem się jeździ do sklepu po bułki, to od razu otwiera się zupełnie nowy, górsko-rowerowy świat. Oj, szybko wciąga! Szybko inwestuje się wtedy w rower, szybko studiuje się tajniki techniki jazdy i szybko poprawia kondycję. A na dobrze znane szlaki spogląda się pod zdecydowanie innym kątem.
Bywa też zupełnie na odwrót i chyba jest to nawet częściej spotykane. Rower, rower, rower, od maleńkości rower. Zaczyna się od szaleństw z chłopakami na osiedlu, a jak osiedlowe górki stają się zbyt małe, to zaczyna się poszukiwanie czegoś większego i w efekcie trafia się w góry – tak w bardzo dużym uproszczeniu.
Ci pierwsi zazwyczaj więcej wiedzą o górach samych w sobie. Ci drudzy zazwyczaj są lepsi technicznie, ale generalnie wszyscy mają podobny cel – rower i góry, góry i rower!
No ale nie samym rowerem w górach człowiek żyje (choć czasem trudno mi w to stwierdzenie uwierzyć). Proszę się nie martwić. Dla tych, którzy z dwoma kółkami mają niewiele wspólnego, też coś się znajdzie w tym numerze.
Mamy pewną słabość do gór Słowenii, więc zapraszamy w masyw Sniežnika i do lektury nowych przewodników po słoweńskich wzniesieniach. Albanii ciąg dalszy, Słowacja, Sudety, trochę historii, trochę współczesności – inwestycji i rozwiązań technicznych.
Jak zawsze cały wachlarz możliwości, jak na środek lata przystało!
Miastowe dziecko na wieś na wakacje pojechało. Na leżaku pod orzechem poleżało, jabłka pozbierało, lisa, sarne, kury i koguta widziało, do lasu poszło, na pole też, buty sobie nowe kupiło, pary trzy, na zabytkowym rowerze pojeździło - generalnie sobie poleniuchowało w ropczyckich włościach Anny K. :)
25. Góry po Robocie, 1. Góry po Robocie na rowerze. Cel: Gorc!!! Lało na podjeździe, lało na zjeździe... na dodatek ktoś totalnie zmasakrował spory kawałek niebieskiego od Nowej Polany - jedno wielkie, rozryte błocko :( Można by przypuszczać, że totalna beznadzieja, ale zupełnie dziwnym trafem naprawdę dobrze się bawiliśmy :) Zapewne nie wszystko z nami w porządku, skoro mamy radochę z wypychu rowerów
w strugach deszczu
po błotnych koleinach, z jeżdżenia po kałużach, z mokrych butów, z wieczornego, bazowego clubingu ogniskowo-kuchennego, z wstawania o 4.30 rano i zjeżdżania śliskimi ścieżkami w deszczu lejącym się na głowę :)
Że niby przewidywany armagedon pogodowy zmienił nam Fatro-Niżno-Tatry na Sądecki. Wyszedł z tego kawałek całkiem solidnego enduro. Składało się ono z: podjeżdżalnego podjazdu doliną Roztoki i miłego zjazdu czerwonym przez Kordowiec, atakującej dzikiej róży, mniej podjeżdżalnego podjazdu na Cyrlę, cyrlowych pierogów i kwiatków oraz zjazdu na zamek Ryterski z całkiem interesującymi momentami, no i z teleportacji do bazy w Złockim. Dodatkowo należało dodać: analizę cerkwi i wody mineralnej w Szczawniku, sprawny podjazd do Bacówki nad Wierchomlą, szukanie trasy DH i ćwiczenia na niej, dobry wypych na Łabowską, obiad tamże w ramach nagrody, jazdę w deszczu na Jaworzynę Krynicką, chmury i Tatry podeszczowe, miły zjazd w błocku i totalne upapranie. A to wszystko to nic bez ekipy!
W sumie to udało mi się zjechać kilka rzeczy, o których tydzień temu bym nawet nie pomyslała.
A, i nowa opona została przetestowana solidnie - chyba nawet mi się wydaje, że tym razem czuję różnicę ;)
Ten kto wymyslił Góry po robocie był genialny! Tym razem wypad huczny, bo z okazji pięciolecia imprezy! Wylądowaliśmy w bazie na Gluchaczkach i próbowaliśmy zdobyć Mędralową, ale nam dolało.
Długie w noc gitarzenie, niebo gwiaździste. Na szczęście neizrealizowana koncepcja wschodu na Babce i śniadanie w górskich okolicznościach przyrody dwie godziny przed rozpoczeciem pracy.
Lubię taką śródtygodniowość :)
Za każdym razem jak rozkręcam jakąś piastę, zastanawiam się dlaczego smar teflonowy jest różowy? Czy ktoś mi w końcu to wytłumaczy? (W zasadzie mogłabym to samo pytanie zadać w kontekście płynu do mycia roweru).
Przy okazji dowiedziałam się jak wygląda w środku piasta z kontrą. I, co lepsze, udało mi się ją poskładać w jedną całość, kręcącą się całość. Próbowałam też wycentrować kolejne w mojej historii koło i po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie jest to moje ulubione rowerowe zajęcie.
Radocynizm był wzorcowy!
Można było pojeździć na rowerze. Można było się upiec w upale. Można było sobie oparzyć łydkę na rowerze. Można było się potaplać w Nieznajowej. Można było pogitarzyć do świtu. Można było wypić piwo przed wiatką. Można było sobie zrobić zdjęcie z Misiem. Można było sobie kupić fuksjową koszulkę. Można było zjeść pierogi u pani Wiolii. Można było się ucieszyć. Można było śpiewnąć "sto lat!". Można było potańcować boso na trawie i na stole też. Można było poleżeć w cieniu cerkwi. Można było zjeść lody pod sklepem po sumie. Można było...
A wszystko to można było z okazji 25-lecia Bazy Namiotowej w Radocynie!
Trudno opisać, co wyrabia ta ekipa!
Cześć im i chwała za piękną siatkówkę!
Cześć im i chwała za piękną siatkówkę!

Mam nadzieję, że 12 sierpnia będę mogla zamieścić tu podobne zdjęcie!
Takiego rozbijania bazy na Gorcu jeszcze nie było! Same niesamowitości! Upalna pogoda! 23-osobowa, cudowna Ekipa! Baza rozbita na wysoki połysk! Same nowe namioty! Nowe podesty! Nowe śpiwory! Nowy komin! Nowe drzwiczki do pieca! Od nowa postawiony piec! Prysznic! Prawie SPA!
Dużo nowości, ale Gorc jest niezmiennie fajny! Zapraszamy na bazę! :)
Szanowny Aktyw miał się aktywić tym razem w Ojcowie, więc trzeba było jechać. A na Jurę najlepiej jechać rowerem. Udało się zyg-zakiem przejechać wszystkie dolinki i fajnie zjechać niebieskim do Ojcowa, a i schody spod zamku w Ojcowie też. Obrady Aktywu się niestety znacznie przedłużyły i nie dało rady wrócić do Kraka jeszcze w sobotę, więc wyspowy plan na niedzielę upadł. Był tylko jurajski powrót i Kryspinów z nocną wycieczką rowerową po okolicach Krakowa na zakończenie.
W sumie to ta nasza Jura, to łatwa jest, taka szutrowo-asfaltowa trochę, ale nie zmienia to faktu, że ładnie tam!
Po ogarnięciu kosmosu zeszłego tygodnia w piątek wieczór załadowaliśmy się i rowery w auto i ruszyliśmy w Bieszczady! Nasze ruszanie skończyło się na obwodnicy Tarnowa, gdzie samochód totalnie odmówił współpracy. Po kilku godzinach auto znalazlo się w tarnowskim warsztacie, a my kombinowaliśmy, jak w środku nocy wrócić z rowerami do Krakowa.
Wróciliśmy. Po kilku godzinach spania trzeba było ratować weekend - pojechaliśmy na rowerki w Beskid Mały. Wyszła miła i przyjemna, w zasadzie popołudniowa pętelka przez Leskowiec. Gdyby nie to, że zdychałam na podjazdach z niewyspania, byłoby po prostu super.
Na niedziele niespodziewanie i spontanicznie wyklarowały się Gorce w dużej ekipie. Kawałek Pasma Lubania fajnie przejechamy w masakrycznym upale, w towarzystwie koszmarnych much. Przy okazji zaliczyłam dwa loty przez kierownice - jeden udało się wyczynić na równiutkim asfalcie - a wydawało mi się, że takie rzeczy są niemożliwe ;)
Wyjazd pod znakiem zewsząd atakujących snejków i ciągłego łatania. Okazuje się, że snejk może zaatakować nawet rower stojący pod sklepem ;)
No, żeby było mało, to jest kolejna awaria: rozwalony SPD... ech... co jeszcze?
SZLAK TURYSTYCZNY
"Przestrzenny ciąg turystyczny służący do linearnej penetracji rekreacyjnej inicjującej interaktywne związki pomiędzy turystą a środowiskiem geograficznym, zachodzące w strefie percepcji krajobrazu multisensorycznego.”
J. Styperek, Linearne systemy penetracji rekreacyjnej, Poznań 2002, s. 25.
"Przestrzenny ciąg turystyczny służący do linearnej penetracji rekreacyjnej inicjującej interaktywne związki pomiędzy turystą a środowiskiem geograficznym, zachodzące w strefie percepcji krajobrazu multisensorycznego.”
J. Styperek, Linearne systemy penetracji rekreacyjnej, Poznań 2002, s. 25.
W ramach zapoczątkowanej rok temu tradycji, na długi weekend bożocielny pojechaliśmy na spływ kajakowy. Tym razem na Pilicę. Od Maluszyna do Sulejowa. Cztery dni kajakowych atrakcji. Fuksiarska pogoda, cudowne okoliczności rzecznej przyrody, sternik Misio, turlanie w piachu, czterokajakowe tratwy piwne, akrobatyka kajakowa, sielsko i leniwie. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że nie ma spływu bez wywrotki, da się płynąć kajakiem na stojąco, da się zrobić jaskółkę w płynącym kajaku i, że w jednym kajaku mieści się pięć osób.
Spływanie jest fajne, zwłaszcza, że jest trochę inne niż normalne działania weekendowe ;)
Na szczęście ominął nas początek Euro, a przypadkiem nie ominął nas mecz Polska - Barazylia w ramach siatkarskiej Ligi Światowej, choć tym razem nie było aż tak pięknie.
W sobotę mój organizm zrobił to, co robi niezwykle rzadko - najzwyczajniej w świecie się zbuntował... Nie wstałam na pierwszy, drugi, trzeci, piętnasty pociąg... Za to wstałam o piętnastej. A miał być tak pięknie rowerowy dzień... Za to niedziela była zdecydowanie bardziej twórcza. Święto cykliczne - wielkie święto rowerowe i wielki przejazd przez Kraków. 1500 rowerzystów - jest moc!
A popołudniu Liga Światowa w katowickim Spodku! Na rozgrzewkę mecz Kanady z Finlandią, zakończony sukcesem tych drugich. A potem nieziemskie widowisko w wykonaniu naszych i Brazylijczyków. Pięć setów na kosmicznym poziomie siatkarskiej abstrakcji! Niesamowite ataki, gwoździe w parkiecie i majstersztyk siatkarskiego kunsztu! Tak szybko nie da sie atakować, po prostu się nie da! Jak tu ostre zdjęcie zrobić tak szybkich piłek? Wygraliśmy! 3:2! Drugi raz z rzędu nasi wspaniali siatkarze ograli Brazylię! To co działo się w Spodku jest nie do opisania! Na takim meczu trzeba być!
Straciłam głos ;)
Straciłam głos ;)
Naliczyłam dzisiaj
w moim domu
10 łańcuchów rowerowych: 7 leżakujących, 2 założone i 1 założony, chwilowo rezydujący. W tym: 3 pracujące dla Speca, 1 pogięty do Speca, 2 pracujące dla Zielonego, 2 zużyte do Zielonego, 1 nie wiadomo skąd do Zielonego (raczej zużyty) i 1 pracujący dla rezydenta w przeglądzie.
A w muzeum pojawił się nowy eksponat - piękny pakiet potrzaskany.
Ufff, szybko i sprawnie mam nowy suport. Na dodatek wiem już jak wygląda w środku pakiet, jak się ściąga korby i że prawą stronę dokręca się bardziej. Opona też już prawie jest, na razie zastępcza, ale rozpoczynam myślenice nad czymś fajnym. Może bezdętkowa?
W ramach zaległości muszę się przyznać, że wydarzyła się rzecz, do której miało nigdy nie dojść ;) Zielony wylądował w serwisie! Straszne! No ale czasem konieczne. Dzięki temu w końcu została wymieniona tylna przerzutka - starej nie byłam w stanie sama odkręcić. No i też jest nowe wnętrze suportu - tego nie moglam wymienić sama z braku odpowiednich kluczy, a i tylna opona też nowa. Oba rowerki to samo prawie miały robione - zaraźliwe czy co? Mam nadzieję, że to już koniec przygód serwisowych... Przynajmniej na chwilę dłuższą...
A w międzyczasie jeszcze dwa inne rowerki przeszły przez moje ręce, ale tylko w celach przeglądowych.
Tatry kusiły, foki ciągnęły, ale prognozy pogody zasiały zwątpienie...
Sobota była dniem dobroci dla rodziny - ogromne zaległości miałam ;)
Niedziela rowerowa rzecz jasna! Od dłuższego czasu ochotę miałam wielką, żeby przejechać Małe Pieniny. W połączeniu z Pasmem Radziejowej wyszła bardzo malownicza i całkiem męcząca trasa - podjeżdżalna i z ciekawymi zjazdami. Szczególna uwaga należy się zielonemu szlakowi z Prehyby do Szczawnicy - na początku szeroki, szybki zjazd, potem bardzo trudny singiel-wyzwanie, a potem szlak się gubi, a fajna droga ściąga w kierunku Szlachtowej.
Przy okazji tejże wycieczki nasunęło mi się kilka kulinarno-rowerowych przemyśleń:
- makaron jest zdecydowanie lepszym prowiantem na drogę niż kanapki,
- domowe pierogi z borówkami na Obidzy są fantastyczne,
- fantastyczna jest również pani tamże, która zdradziła nam fajny przepis na podpłomyki,
- duuuże lody w Szczawnicy przy dźwiękach orkiestry dętej, to zasłużona nagroda za naszą dzielność i wytrzymałość!
Coś ten sezon zaczął się sprzętowo-pechowo: w zeszły weekend kask dokonał żywota, tym razem posypał się suport i rozcięłam oponę. Jak tak dalej pójdzie, to pół roweru wymienię...
Sobota była dniem dobroci dla rodziny - ogromne zaległości miałam ;)
Niedziela rowerowa rzecz jasna! Od dłuższego czasu ochotę miałam wielką, żeby przejechać Małe Pieniny. W połączeniu z Pasmem Radziejowej wyszła bardzo malownicza i całkiem męcząca trasa - podjeżdżalna i z ciekawymi zjazdami. Szczególna uwaga należy się zielonemu szlakowi z Prehyby do Szczawnicy - na początku szeroki, szybki zjazd, potem bardzo trudny singiel-wyzwanie, a potem szlak się gubi, a fajna droga ściąga w kierunku Szlachtowej.
Przy okazji tejże wycieczki nasunęło mi się kilka kulinarno-rowerowych przemyśleń:
- makaron jest zdecydowanie lepszym prowiantem na drogę niż kanapki,
- domowe pierogi z borówkami na Obidzy są fantastyczne,
- fantastyczna jest również pani tamże, która zdradziła nam fajny przepis na podpłomyki,
- duuuże lody w Szczawnicy przy dźwiękach orkiestry dętej, to zasłużona nagroda za naszą dzielność i wytrzymałość!
Coś ten sezon zaczął się sprzętowo-pechowo: w zeszły weekend kask dokonał żywota, tym razem posypał się suport i rozcięłam oponę. Jak tak dalej pójdzie, to pół roweru wymienię...
Wszystkie sensowne argumenty przemawiają za tym, żeby już skończyć sezon turowy, ale...
Ale co tam argumenty! Miłość to miłość! Narty na plecy i w plażowych warunkach wystup na Zadni Granat. A potem zjazd z niego upragniony! Póki jeszcze śnieg gdzieś leży, to my go znajdziemy i zjedziemy! :)
Sezon 2011/2012 - 24 dniówki skiturowe!
Kończymy? Tego jeszcze nie wiadomo...
Piękne i bardzo konkretne rozpoczęcie sezonu. Mocnego sezonu - taki jest plan!
Wyspowy klasyk rowerowy: na Jasień i w kierunku Mogielicy, a potem bardzo fajny i całkiem wymagający zjazd do Jurkowa. Jest dobrze! Kamerdolce są sympatyczniejsze i mniej straszne niż w zeszłym roku.
A będzie jeszcze lepiej! Koncepcja intensywnie naukowa - ćwiczyć technikę i zjeżdżać coraz trudniejsze rzeczy :)
Wyspowy klasyk rowerowy: na Jasień i w kierunku Mogielicy, a potem bardzo fajny i całkiem wymagający zjazd do Jurkowa. Jest dobrze! Kamerdolce są sympatyczniejsze i mniej straszne niż w zeszłym roku.
A będzie jeszcze lepiej! Koncepcja intensywnie naukowa - ćwiczyć technikę i zjeżdżać coraz trudniejsze rzeczy :)
Wariackie, majowe Moko. Zwariowana ekipa, zwariowana pogoda, zwariowane warunki.
Sobotni, upalny poranek i z buta pod Wrota Chałubińskiego. Miękko, firnowato. Piękny zjazd w totalnym mleku i zbieg do schroniska już w deszczu. A jeszcze mnichowe okolice tak kusiły... Cóż pozostało - piwo, głupawa i do spania.
Niedzielny, mroźny poranek i z buta nad Czarny Staw. W planie były Niżne Rysy, ale po raz drugi nie dały się zdobyć. Twardo! Strasznie twardo! Czekany w łapy i bardzo czujny zjazd znad Buli. Dopiero końcówka nad Stawem była przyjemna - zjechana dwa razy. Potem do schroniska na zupkę i znielubiany odwrót asfaltowy. Jak już doczłapaliśmy na parking, to udało nam się udowodnić, że w środku jednego auta da się upchnąć pięć osób i dziesięć nart. Finał tego wariactwa na zapiekankach u Endziora bardzo mi się podobał :)
Kończymy sezon? NIE!!!

Nic nie trzeba więcej pisać.
Słowienia turowo-rowerowa - nie! Tury w masywie Monte Rosy - nie! Tury w Dolomitach - nie! Ukraina z buta - nie! Beskidzko-rowerowo - nie! Tatrzańsko-turowo - nie!
Rowerowo-sakwiarska Słoneczna Italia - tak! Jak zawsze bardzo niespodziewanie i spontanicznie.
Wyjazd obalania mitów:
Słoneczna Italia nie zawsze bywa słoneczna, czasem leje i jest zimno, nawet jak w Polsce trzydziestostopniowe upały panują.
Sakwiarstwo wcale nie jest takie bezsensu, asfalt nie zawsze bywa fuj, a mój kręgosłup aż tak bardzo nie nie cierpi rowerowania.
Włosi wcale nie są wyluzowani i ciągle się o coś czepiają.
Można pojechać w zachodnią cześć Europy i nie wydać ani ćwierć euro na noclegi.
Da się spać na plaży i nie zapłacić mandatu.
W Wenecji wcale nie ma dużo kotów.
Da radę podjechać 500 m w pione na odcinku 4,5 km i nie paść.
Jedyne czego nie da się obalić, to stwierdzenia, że Zielony to najwspanialszy rower na świecie! :)
Rowerowo-sakwiarska Słoneczna Italia - tak! Jak zawsze bardzo niespodziewanie i spontanicznie.
Wyjazd obalania mitów:
Słoneczna Italia nie zawsze bywa słoneczna, czasem leje i jest zimno, nawet jak w Polsce trzydziestostopniowe upały panują.
Sakwiarstwo wcale nie jest takie bezsensu, asfalt nie zawsze bywa fuj, a mój kręgosłup aż tak bardzo nie nie cierpi rowerowania.
Włosi wcale nie są wyluzowani i ciągle się o coś czepiają.
Można pojechać w zachodnią cześć Europy i nie wydać ani ćwierć euro na noclegi.
Da się spać na plaży i nie zapłacić mandatu.
W Wenecji wcale nie ma dużo kotów.
Da radę podjechać 500 m w pione na odcinku 4,5 km i nie paść.
Jedyne czego nie da się obalić, to stwierdzenia, że Zielony to najwspanialszy rower na świecie! :)
Połowę wyjazdu lało...
- Co jeszcze nam się nie uda na tym wyjeździe?
- A czy cokolwiek nam się uda?
I od tej pory zaczęło udawać się wszystko :)
Wyjazd szkoleniowy SNW KW Kraków w Alpy Ötztalskie, czyli prawie tydzień działań lodowcowych, lawinowych, a przede wszystkim turowych. I trochę konkretnego zdobywania :)
Moje pierwsze prawdziwe, alpejskie foczenie. Rewelacyjna szkoła jazdy, rewelacyjne zjazdy, puch, firn i fuj-gipsu też ciut, góry wspaniałe, świetne szkolenie lodowcowo-lawinowe i potwornie drogie schronisko.
Kupa wiedzy do przetworzenia i pochłonięcia. Warte to było tej kosmicznej kasy ;) Zajęcia prowadził Zbyszek. Polecam bardzo, bardzo: www.bergprofis.de
Kolejny klasyk do kolekcji - Kozi Wierch Szerokim Żlebem. Fajna góra, ma potencjał turowy ogromny :) W prawdzie tym razem w chmurach, śniegu i przy wietrze, ale zjazd świetny. Tak na rogrzewkę przed gorami wyższymi.
Królowa. Dostojna, wielka, niedostępna, wymagająca, piękna, kapryśna, humorzasta. Królowa. Taka poważna z surową, lekko niezadowoloną miną, spoglądająca z wyższością z zakurzonego portretu. A może inaczej. Królowa. Namalowana dziecięcą rączką na kartce papieru, kolorowymi kredkami, z długimi, żółtymi włosami, w różowej sukience i z karykaturalną koroną na głowie. To w sumie raczej królewna.
Ani jeden, ani drugi obraz do Królowej Beskidów zdecydowanie nie pasuje. Mimo że wzniosła, groźna i teoretycznie niedostępna, to Jej Królewska Mość jest przecież zupełnie górska, beskidzka, czyli nam zwyczajnie bliska.
Jak bardzo Babia Góra jest bliska turystom, w tym numerze obszernie udowadniają pracownicy Babiogórskiego Parku Narodowego. Można powiedzieć – nie taka ta Baba straszna, jakby się mogło wydawać, ale jak to baba, ciekawa i nieprzewidywalna, pociągająca... do górskich wędrówek.
No tak, ale nie samą Babią Górą człowiek żyje, zwłaszcza wiosną, kiedy to w natłoku górskich propozycji oczopląsu można dostać, a z niezdecydowania pozostaje tylko zamknąć się w domu i szczelnie zasunąć zasłony, żeby słońce nie docierało. Na szczęście Jest kilka sposobów, by uratować się przed taką sytuacją. Mam nadzieję, że nasze słowacko-albańskie propozycje w połączeniu z kilkoma innymi dodatkami, pomogą opanować nadchodzącą klęskę górskiego urodzaju.
Dzień dobry, wiosno! Witamy w górach!
Co w wiosennym numerze? Znajdziesz tu.
Ani jeden, ani drugi obraz do Królowej Beskidów zdecydowanie nie pasuje. Mimo że wzniosła, groźna i teoretycznie niedostępna, to Jej Królewska Mość jest przecież zupełnie górska, beskidzka, czyli nam zwyczajnie bliska.
Jak bardzo Babia Góra jest bliska turystom, w tym numerze obszernie udowadniają pracownicy Babiogórskiego Parku Narodowego. Można powiedzieć – nie taka ta Baba straszna, jakby się mogło wydawać, ale jak to baba, ciekawa i nieprzewidywalna, pociągająca... do górskich wędrówek.
No tak, ale nie samą Babią Górą człowiek żyje, zwłaszcza wiosną, kiedy to w natłoku górskich propozycji oczopląsu można dostać, a z niezdecydowania pozostaje tylko zamknąć się w domu i szczelnie zasunąć zasłony, żeby słońce nie docierało. Na szczęście Jest kilka sposobów, by uratować się przed taką sytuacją. Mam nadzieję, że nasze słowacko-albańskie propozycje w połączeniu z kilkoma innymi dodatkami, pomogą opanować nadchodzącą klęskę górskiego urodzaju.
Dzień dobry, wiosno! Witamy w górach!
Co w wiosennym numerze? Znajdziesz tu.
Miłkiem wyzłocony kraj,
Wstęgą Nidy przekreślony
Na szlak wzywa,wzywa nas,
Dźwiękiem wiślickiego dzwonu
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Niebo przesłonięte trzcin,
Tańcem z wiatrem zarzeczonym
W niebie kolegiaty klin,
Dzieli świat na cztery strony
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Dyptam chwyta ptasi krzyk,
Babie lato wiążąc w sieci
Snuje się po polach dym,
Nadnidziański sen o lecie
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Wstęgą Nidy przekreślony
Na szlak wzywa,wzywa nas,
Dźwiękiem wiślickiego dzwonu
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Niebo przesłonięte trzcin,
Tańcem z wiatrem zarzeczonym
W niebie kolegiaty klin,
Dzieli świat na cztery strony
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Dyptam chwyta ptasi krzyk,
Babie lato wiążąc w sieci
Snuje się po polach dym,
Nadnidziański sen o lecie
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Wojtek Bellon
Dzień święty święcić! Święta święcić!
Święcić! Wyświęcić! Prześwięcić!
Co święcić? Jak święcić? Gdzie święcić?
Nieświęta.
Święcić! Wyświęcić! Prześwięcić!
Co święcić? Jak święcić? Gdzie święcić?
Nieświęta.
Lawinowa trójka, rosnąco na dodatek, sypie, wieje, zimno, fuj. Ha! Nic bardziej mylnego!
Wszyscy straszyli prognozami, lawinami, a my i tak uderzyliśmy do Chochołowskiej. Najpierw, żeby nie człapać tą dłuuugą doliną, przespacerowaliśmy się Lejową i zjechaliśmy przez Kominiarską Niżną do Chochoła. I już myśleliśmy, że na tym się skończy, bo syf, lawiny i leń. Ale popatrzywszy na kilka uhahanych twarzy po zjeździe z Grzesia, udaliśmy się również w tamtym kierunku. Oj, warto było! Obróciliśmy dwa razy. Zjazd w cudownym puchu przez przejrzysty las, długi zjazd.
W niedziele dopadało 25 cm cudnego, świeżutkiego śniegu. Po sobotnich śladach nie było ani śladu ;) Grześ został zaatakowany kolejne trzy razy. Już mi nawet puchowe pływanie z kicaniem zaczyna wychodzić! Chyba trzeba będzie szerokie potwory zapodać na przyszły sezon ;)
A na wieczorny deser byli dawno niewidziani znajomi i pokaz argentyński. Nie mogło być lepiej! Tak z pozoru beznadziejny weekend udało się tak fantastycznie wykorzystać! Tak na złość tym, co zostali pod kocykami w domu ;)
Nieszczęśne KNAA musiało akurat się zdarzyć w przepiękny, wiosenny weekend. Tyle dobrze, że w górach, a nie na dalekiej północy czy niżu jakimś.
Niby już miało być tylko foczenie tatrzańskie, ale jak już w te Gorce trzeba było iść, to i narty by człowiek jednak wziął. I bardzo dobrze człowiek zrobił, że wziął, bo foczo było dobrze, choć dla koneserów ;) A przy okzaji odkryły się w Gorcach miejsca dotąd nieodkryte, a takich już mało. Pokazały się przebiśniegi i krokusy. W ogóle jakoś tak leśnie - przyjaźnie było. Tylko foki ciut popłakują w kąciku, liżąc swoje podrapane lekko futerko.
Teatr w piątek: klasyka i lalki - "Don Kichote"
Kino we wtorek: kicz sentymentalny - "Stawka większa niż śmierć"
Wystawa w czwartek: etnografia współczesna - "Przejścia i powroty"
Muzeum w sobotę: historia nowoczesna - "Podziemia Rynku"
Kino we wtorek: kicz sentymentalny - "Stawka większa niż śmierć"
Wystawa w czwartek: etnografia współczesna - "Przejścia i powroty"
Muzeum w sobotę: historia nowoczesna - "Podziemia Rynku"
Zupełnie spontanicznie wylądowałam w łódzkiej Atlas Arenie na finale siatkarskiej Ligii Mistrzów. Wszystko dlatego, że nikt w niedzielę foczyć nie chciał. W czwartek okazało się, że jeszcze są pojedyncze bilety, kupiłam i pojechałam. Warto było! Takich emocji, takiej siatkówki, takiego meczu, takiej atmosfery, to ja jeszcze nie miałam okazji doświadczyć. Piękna siatkówka na najwyższym poziomie!
I odczepcie się wszyscy od SKRY! Zagrali fenomenalnie! Bardzo wyrównane spotkanie dwóch silnych drużyn. Zenit Kazań jest w ich zasięgu!
A, bym zapomniała. Wcześniej był mecz o trzecie miejce. Trentino Volley łatwo, szybko i przyjemnie wtłukło Arkasowi Izmir, prawie bez emocji.
Aha, pozdrawiam PKP i przypominam, że Kraków i Łódź to dwa duże miasta Polski. W sumie to przydałoby się jakieś normalne połączenie. Ale co tam, pozawiedzałam przynajmniej mityczną stację w Koluszkach i byłam trochę nieprzytomna w poniedziałek w pracy ;)
Babia! Od Slanej Vody, żeby legalnie było. Pogoda - lampa wzorcowa. Ekipa - ogromna! Pierwszy raz foczyliśmy w dziesiątę, a doliczając ekipę śląską - w trzynastkę. Na szczycie z okazji spotkania na drugim końcu świata argentyńskie frykasy - pyszne wino, prawie prosto z Mendozy i yerba mate, prosto z Mendozy. No bo z ekipą śląską, to się poznaliśmy w Argentynie właśnie i po powrocie oczywiście trzeba się było wybrać na wspólna turę :)
Zjazd bez szału niestety, bo śnieg miękki i łapiący straszliwie, więc chyba już raczej beskidzki, foczy sezon kończymy i teraz już tylko w Tatrach (i Alpach) działać będziemy! Do czerwca!
W Tatrach i Fatrach totalne betony, to jedziemy na nasze beskidzkie podwórko. Efekt - przepiękna tura w okolicach Pilska. Sporo człapania, zabawy w słowackim firnie, bujanie stokowe, przejazd na Rysiankę i genialny zjazd z Romanki. Po drodze wszystkie rodzaje śniegu od lodowego betonu po milusi firn. Wszystko!
Wróciłam! Cała, zdrowa i uradowana :)
Wszelkie zakładane cele zostały zdobyte: Mrcedario 6770 m n.p.m. zdobyte! Aconcagua 6962 m n.p.m. zdobyte! I w bonusie Cerro Negro 5600 m n.p.m. zdobyte!
No właśnie nie wiem czy takie boskie, bo w zasadzie to w takim przelocie to trudno stwierdzić. Ale na pewno wielkie Buenos, szybkie Buenos, przytłaczjące Buenos, głośne Buenos i wiatr od morza...
Przy dużym oknie stał wentylator, taki zwykły, stary, na długiej nodze. Był strasznie zakurzony, wręcz brudny, nie kręcił się. Za nim, na szybie była naklejona papierowa, trochę pomięta i spłowiała flaga Argentyny. Zawsze tu pusto. Proste, obskubane stoliki, wino na pułeczkach, puchary, brudnoróżowe ściany, białe flizy obklejone, sfatygowanymi reklamami lodów i pepsi. Słabe światło, boczne wejście do zapaździałego hoteliku, całe w naklejkach. Sztuczne kwiatki też chyba były i stara lodówka, no i telewizor, i mecz. Duży, gruby, dość młody, z wyglądu sympatyczny gość z obsługi w krótkich spodenkach i w poplamionym fartuchu po kolana, ze szmatą do wycierania stołów w ręce. Stały bywalec kiwający się nieobecnie nad szklanka piwa. Rodzinka z dzieckiem w wózku. Wierni kibice w pierwszym rzędzie. Starsza pani, co tu chyba rządzi. I my, zdziwieni obcokrajowcy.
Menu było napisane białą, szkolną kredą na tablicach, na zewnątrz. I były zielonkawe musztardówki.
No i znowu nam się udało!!! Aconcagua zdobyta!
Mieliśmy niesamowicie wielką kupę szczęścia do pogody, tak wielką, że trudno sobie wyobrazic!
Wszystko to zasługa mojego hardkorowego Anioła Stróża od zadań specjalnych ;) Koleś jedną ręką uchylił nam na jeden jedyny dzień okienko pogodowe na jakieś trzy centymetry, a drugą ręką trzymał za fraki wiatr, żeby nam specjalnie nie przeszkadzal. Dzieki temu 26 lutego Marcin i ja stanęliśmy na szczycie Aconcagua!!! Ania i Grzesiek mieli atakować następnego dnia, ale wiatr był już tak silny, że nie było to niestety możliwe.
Dodatkową atrakcją były dwa dni w namiocie na 6000 m n.p.m. przy wietrze wiejącym jakieś 80-100 km/h, totalnych chmurach i śniegu. Nie dało rady iść ani w górę, ani w dół, w ogóle nie dało rady wyjść z namiotu. Człowiek się zastanawiał czy namiot potarga już czy dopiero za chwile. W międzyczasie dowiedziałam się dokładnie ile i jakiego ksztaltu jest plamek na ściankach sypialni mojego namiotu ;)
Mieliśmy niesamowicie wielką kupę szczęścia do pogody, tak wielką, że trudno sobie wyobrazic!
Wszystko to zasługa mojego hardkorowego Anioła Stróża od zadań specjalnych ;) Koleś jedną ręką uchylił nam na jeden jedyny dzień okienko pogodowe na jakieś trzy centymetry, a drugą ręką trzymał za fraki wiatr, żeby nam specjalnie nie przeszkadzal. Dzieki temu 26 lutego Marcin i ja stanęliśmy na szczycie Aconcagua!!! Ania i Grzesiek mieli atakować następnego dnia, ale wiatr był już tak silny, że nie było to niestety możliwe.
Dodatkową atrakcją były dwa dni w namiocie na 6000 m n.p.m. przy wietrze wiejącym jakieś 80-100 km/h, totalnych chmurach i śniegu. Nie dało rady iść ani w górę, ani w dół, w ogóle nie dało rady wyjść z namiotu. Człowiek się zastanawiał czy namiot potarga już czy dopiero za chwile. W międzyczasie dowiedziałam się dokładnie ile i jakiego ksztaltu jest plamek na ściankach sypialni mojego namiotu ;)
Namiot przetrwal jakimś cudem - pean pochwalny dla Marabuta się należy - straty minimalne, jak na warunki.
Wielki fuks! Kamienny Strażnik nas wpuścił do swojego Królestwa!
Wielki fuks! Kamienny Strażnik nas wpuścił do swojego Królestwa!
Most skalny, naturalny, na krowiej rzecze, żólty cały. Obok kramy z pamiątkami, duuużo pamiątek. Sweterki z lamy i tykwy do yerby, i biżuteria. Knajp kilka, w jednej bardzo sympatyczny pan, co załatwił nam muła. Nieczynna linia kolejowa i główna droga do Chile. Turyści, trzy gatunki - ci zwykli krajoznawczy, ci co właśnie zeszli z góry i ci, co do góry idą, na Aconcagua. Poniżej miejscowości mule parkingi i cmentarz andynistów, powyżej - wejście do parku i początek drogi do bazy, no i wiatr.
Mercedario poszło nam szybko, zostało trochę czasu, to przenieśliśmy się do sąsiedniej doliny i wyczłapaliśmy na Cerro Negro, czyli czarną rozpacz piargową, ale jakie kolory wokół! Góry, jakby je ktoś pastelami obsypał i pędzlem rozmazał. A ze szczytu widok na całą grupę Ramady z Mercedario w roli głównej - miód!
Przepiękne i kolorowe! Bardzo kolorowe! Różniaste, aż się chciało zbierać garściami te cuda i po kieszeniach upychać, tylko ciężko by ciut potem w plecaku było, dlatego wolałam zdjęcia robić ;)
Z obozu było widać grupę czerwonych skał w mocno wciętej dolinie. Było wolne popołudnie, to trzeba się było tam wybrać, bo ładne, a jakie kruche...
Jak człowiek siedzi w obozie i sie ruszyć nigdzie nie może, to mu się trochę nudzic zaczyna. Wtedy łazi z aparatem w łapie i się trochę uważniej przygląda temu co bliżej ziemi. I nawet tam, gdzie nic nie powinno rosnąć, znajduje coś co rośnie i jeszcze na dodatek ładne jest :)
Udało się nam!
Pogoda była piękna, słoneczko i białe kumuluski dodające uroku zdjeciom. A co najważniejsze viento blanco chyba też poszedł na urlop i nie mieliśmy okazji zaznać co znaczy prawdziwy, andyjski wiatr. Bardzo szybko się aklimatyzowaliśmy. W zasadzie nic nikomu nie było, więc śmigaliśmy między obozami.
W efekcie 9 lutego Marcin i ja stanelismy na szczycie Mercedario 6770 m n.p.m.!!!
Jakie góry! Jakie widoki! Panoramy kosmiczne!
Pogoda była piękna, słoneczko i białe kumuluski dodające uroku zdjeciom. A co najważniejsze viento blanco chyba też poszedł na urlop i nie mieliśmy okazji zaznać co znaczy prawdziwy, andyjski wiatr. Bardzo szybko się aklimatyzowaliśmy. W zasadzie nic nikomu nie było, więc śmigaliśmy między obozami.
W efekcie 9 lutego Marcin i ja stanelismy na szczycie Mercedario 6770 m n.p.m.!!!
Jakie góry! Jakie widoki! Panoramy kosmiczne!
Mendoza była naszym przystankiem. Po dwóch dobach podróżowania dotarliśmy w końcu do tego miasta. Trafiliśmy do fantastycznego hostelu Saviliano i mogliśmy spokojnie zająć się organizacją górskiej logistyki. Po 2,5 tygodniach w górach i po pierwszych zdobyczach wróciliśmy tu świętować, odpoczywać i przygotowywać górską część drugą. Potem wróciliśmy już tylko świętować i wracać.
Zawsze było tu normalne łóżko, prysznic, rogaliki na śniadanie, wiecznie zajęty, wolny jak nieszczęście internet, pyszne melony, ulice krzyżujące się pod kątem prostym, dobre wino tańsze od coca-coli, niezastąpiony kałużo-basen i zakręcony koleś na recepcji :)
W Mendozie były prawdziwe wakacje w ciepłych krajach...
- Raczej nieprędko.
- Jedziemy! 6 godzin wystarczy, żeby zobaczyć, tylko zobaczyć Paryż...
- Jedziemy! 6 godzin wystarczy, żeby zobaczyć, tylko zobaczyć Paryż...
W daleki świat, do Ameryki Poludniowej, do Argentyny, w Andy, Mercedario i Aconcagua! O ja... Zobaczymy co będzie... Kciuki trzymać, żeby było dobrze!
Wracam w marcu.
Weekend przed długim i dalekim wyjazdem. Normalny człowiek siedzi w domu i się pakuje. No niby też miałam taki plan, ale przecież jak można go realizować, skoro w górach ponad metr swieżego śniegu. Nie da się! Na Luboń Wielki mnie ciągło, taka klasyka foczego gatunku ze słynną przecinką. Jeszcze foty owej przecinki zobaczyłam i ciśnienie niebezpiecznie wzrosło.
Po wewnętrznych negocjacjach stanęło na tym, że sobota focza, niedziela niefocza. Duża ekipa się zebrała, nawet były focze debiuty. Na Luboń wyleźliśmy zielonym, słonko się pojawiło, zima w pełni, fantastik! Rozpoczęliśmy poszukiwania przecinki, która sławę wśród fokolubnych ma znaczną. Nie wiem, jak to zrobiliśmy, ale ściągnęło nas w prawo za bardzo i przecinki nie znaleźliśmy, ale po lesie jazda była pyszna. Zjazd na dół w okolicach żółtego, w całkiem fajnym, przejrzystym lesie, śnieg cudny, końcówka przy latarkach. Na koniec wizyta u rabczańskiego ziemianina Misia i kaloryczna nagroda za trudy foczego dnia ;)
A teraz się trzeba pakować... nie lubię, fuj...
Horror party - i jak tu być strasznym w tiulowo-koronkowej sukience i szpilkach? Znów inspirujący okazał się rower, a właściwie jego dwa łańcuchy w roli krwawej biżuterii. Ha! Jaka była potworna impreza! Straaach się bać takiego balowania!
W końcu spadł! Dużo go spadło! Bardzo dużo! Puch! Biały puuuuuuch! Dużo puchu! Szybki, przedbalowy, foczy wypad na Kasprowy, czyli śniegowa niesamowitość! Jazda w puchu powyżej kolan i zjazd na nartach do samego dworca w zasypanym Zakopanem.
Tym razem nic sobie nie zrobiłam i na bal wróciłam.
W międzyczasie ogłosili "czwórkę"...
Ha! Przejęła się! Postraszyłam i tylko weekend wystarczył, żeby zima przypomniała co potrafi. Wprawdzie tylko w górach, ale o to nam przecież właśnie chodzi!
Dla tych, którzy patrząc na miejską zaokienność w zimę nie wierzą, mamy kilka zupełnie niezimowych, górskich propozycji. Pomogą one wszystkim tym, którzy już zaczynają myśleć o wiosennych, długich weekendach i jeszcze dłuższych, letnich wakacjach. Dla każdego coś miłego – blisko u sąsiadów albo dalej w nieznanej Europie, w niewysokich Alpach albo wspinaczkowo. Spędzający ten czas w głębokich fotelach z kubkiem gorącej herbaty zapewne też znajdą coś dla siebie, tak tylko do poczytania. Oczywiście Ci, którzy w bojowych nastrojach są zdeterminowani szukać śniegu nawet na drugim końcu świata, odnajdą trochę białego szczęścia również na naszych łamach. Podpowiadamy, że ten koniec świata ze śniegiem wcale nie jest aż tak daleko, bo w Norwegii, a przy okazji sięgamy do historii i opowiadamy skąd się wzięły detektory lawinowe. Nie zapominamy również o bujających w obłokach i poruszamy tematy lotnicze.
Na koniec przypominam: zima jednak jest! Tylko taka odrobinę nieśmiała, lekko nieprzewidywalna i humorzasta, ale jest! Zatem odkurzamy rakiety śnieżne, narty śladowe, turowe, foki, raki, czekany, kurtki puchowe czy ciepłe polary i z szerokim uśmiechem na twarzy wychodzimy jej na spotkanie, bo audiencja u szanownej, białej pani w tym roku chyba będzie dość krótka.
Bawcie się dobrze w zimowym karnawale!
Narciarze w zasadzie byli ujarani, ale zacznijmy od początku.
W planie był kamerlany, babski wypad na skitur w Masyw Śnieżnika, w Sudety dla odmiany. W efekcie wyszedł drugi z rzędu, foczy wyjazd w Bieszczady, bo tylko tam była szansa na jakikolwiek śnieg. Wprawdzie próbowano nas zniechęcić, wróżąc odwilż totalną, ale jedyne co stopniało, to liczba uczestników imprezy. Śniegu zdecydowanie przybyło i to najlepszej jakości puchu. Pozwoliło to zaliczyć kilka bardzo przyjemnych zjazdów w bieszczadzko-leśnych okolicznościach przyrody. Na połoninach wiało i łamało się pod nartą, ale w bukowym lesie był już tylko puchowy ubaw po pachy, zwłaszcza gdy przyszło do pokonywania na nartach atakujących nas znienacka dość głębokich jarów.
Oczywiście chcemy więcej! Zdecydowanie więcej!
Obowiązkowo należy wspomnieć, że absolutnym hitem sezonu jest nowa, wyjątkowo elegancka kolekcja gogli marki Biedronka. Wyśmienicie chronią przed wiatrem, śniegiem i atakującymi gałęziami, a co najważniejsze nie parują i wzbudzają ogólny zachwyt!
Obowiązkowo należy wspomnieć, że absolutnym hitem sezonu jest nowa, wyjątkowo elegancka kolekcja gogli marki Biedronka. Wyśmienicie chronią przed wiatrem, śniegiem i atakującymi gałęziami, a co najważniejsze nie parują i wzbudzają ogólny zachwyt!
Spontaniczny najazd sylwestrowy na włości dukielskie Uszatej.
Patrząc za okno nasuwał się dylemat: narty brać czy rower?
Narty! W Bieszczadach jest śnieg! Mało kto wierzył, ale dechy pojechały z nami. A my z Teodorówki jeździliśmy w Biesy. Warto było, bo takiego śniegu i takiej jazdy leśnej, to my jeszcze nie widzieliśmy. Nie trzeba jeździć na japońskie wyspy, żeby mieć klimaty rodem z "Signatures".
A Sylwester prawie przespany, album skiturowy dla Turbo ułożony, "Magia i miecz" rozegrana, upaprany kot wykąpany i świat odwrócony w kamerze obskurze.



