Tydzień jakoś tak się zrobił wyjątkowo towarzyski. Zaczęło się od tortilli, przez kurczaka po chińsku, chilijskie i mołdawskie wino, po sushi. Spotkania tak różne, jak te frykasy ;) W międzyczasie, jak zwykle odbywał się nieustanny monitoring warunków śniegowo-pogodowych z nastawieniem na porządną, tatrzańską turę. I po raz kolejny tej zimy w okolicach piątku trzeba było zapomnieć o marzeniach na temat dużej ilości cudnego, białego i zweryfikować plan. Zatem choćby Kasprowy... No i może śniegowo było ok, ale pogodowo zdecydowanie nie-ok. Stanęło na niezbyt ambitnym rozjeździe śnieżnickim. Jakoś ten stok wydawał mi się te kilka sezonów temu trudniejszy i, co tu dużo mówić, trochę mi się nudziło. A jak się człowiekowi nudzi w takich okolicznościach przyrody, to wjeżdża do lasu :D Śniegu przyzwoicie - tak, żeby się nie zabić, choć do ideału daleko. Jazda ciekawa, bez bliższych spotkań z drzewami. W zasadzie to jestem z siebie dumna, bo chyba pierwszy raz wjechałam w dość gęsty las na nartach bez przerażenia w oczach. Przeżyłam i jeszcze na dodatek mi się podobało, bardzo! Podziwiać to należy tu ;)
Ha! Nadszedł ten jedyny w roku wieczór, kiedy zakładam kieckę i szpilki! Bal Przewodnika! Hasło balu: Dziki Zachód, czyli każdy kiedyś chiał być kowbojem - to było widać! Konwencja balu doprowadzila do tego, że panowie w zdecydowanej większości, słusznie zresztą, przyszli w dżinsach. A ja chciałam sobie te garniaki pooglądać... Ale za to ilość damskich szpilek była odpowiednia. Pojawiło się całe stado szeryfów, byli "WANTED", kaktus, lasso, indianki, panie z saloonu, muzyka country, farmerzy i galaretka - to słowo zmieniło swoje znaczenie ;) Fajne miejsce i cała noc świetnej imprezy. Szpilki założyłam - żeby nie było - i sukienkę też, i wytańczyłam się, też ;) Co to był za bal spojrzeć wystarczy.
Co ta zima w tym roku wyprawia? Najpierw zaskoczyła jakimś takim dziwnym i niespodziewanym październikowym wybrykiem. Spragnieni śniegu, zwłaszcze tego pod oklejoną foką nartą od razu wyruszyli sprawdzić czy to białe w górach, w środku jesieni na pewno jest prawdziwe. Było prawdziwe! I stopniało, no ale w końcu to jednak jesień. Przyszło czekać na zimę właściwą...
Nadeszła połowa listopada. No niby w górach to już czas na zimę. Pojawiła się, sypnęła ładnie, połechtała lekko świeżo serwisowane ślizgi nart, odwróciła się na pięcie i sobie poszła. Pomroziła tylko przez chwilę w międzyczasie, dając złudny cień nadziei. Zaraz mi tu ktoś powie, że przecież cała Polska cierpi z powodu zimy dekady. A ja odpowiem, że może i cała, ale na północ od Krakowa. W górach tylko jakiś marny substytut się palenta. I co z tego, że na gałązkach stroszą się ładnie zmrożone pióropusze? Co z tego, że mróz skrzy się uroczo w promieniach zachodzącego słońca? Co z tego? Jak ze śniegiem mizeria! Czarne kamienie łypią złowrogimi oczami spod kilkucentymetrowej wartswy puchu, a szaro-bura trawa prezentuje swoje zaskakujące wdzięki na polanach, jak w marcu.
Skoro zima się na nas wypięła, to my na nią też! A co! Zimowy numer wcale nie będzie taki zimowy, jakby się można tego spodziewać. Uczymy się od zimy, dopasowujemy do jej fanaberii, spóźniamy się i również próbujemy zaskoczyć. Czy coś oprócz spóźnienia z tego wyszło zobaczcie sami. A o śniegu, mrozie, lawinach i innych takich, ponoć zimowych, frykasach może będzie na wiosne, jak się już z zimą i górami w tym aspekcie dogadamy.
Mimo tych zimowych przebojów, albo raczej wybojów, na góry się nie obrażajcie. Cóż z tego, że śniegu tam brakuje?
Zatem górskiej zimy prawdziwej! Choćby wiosną!
Nadeszła połowa listopada. No niby w górach to już czas na zimę. Pojawiła się, sypnęła ładnie, połechtała lekko świeżo serwisowane ślizgi nart, odwróciła się na pięcie i sobie poszła. Pomroziła tylko przez chwilę w międzyczasie, dając złudny cień nadziei. Zaraz mi tu ktoś powie, że przecież cała Polska cierpi z powodu zimy dekady. A ja odpowiem, że może i cała, ale na północ od Krakowa. W górach tylko jakiś marny substytut się palenta. I co z tego, że na gałązkach stroszą się ładnie zmrożone pióropusze? Co z tego, że mróz skrzy się uroczo w promieniach zachodzącego słońca? Co z tego? Jak ze śniegiem mizeria! Czarne kamienie łypią złowrogimi oczami spod kilkucentymetrowej wartswy puchu, a szaro-bura trawa prezentuje swoje zaskakujące wdzięki na polanach, jak w marcu.
Skoro zima się na nas wypięła, to my na nią też! A co! Zimowy numer wcale nie będzie taki zimowy, jakby się można tego spodziewać. Uczymy się od zimy, dopasowujemy do jej fanaberii, spóźniamy się i również próbujemy zaskoczyć. Czy coś oprócz spóźnienia z tego wyszło zobaczcie sami. A o śniegu, mrozie, lawinach i innych takich, ponoć zimowych, frykasach może będzie na wiosne, jak się już z zimą i górami w tym aspekcie dogadamy.
Mimo tych zimowych przebojów, albo raczej wybojów, na góry się nie obrażajcie. Cóż z tego, że śniegu tam brakuje?
Zatem górskiej zimy prawdziwej! Choćby wiosną!
W piątkowy wieczór tym razem nie udało się zrobić rozgrzewki zjazdowej w Myślenicach, ale za to w sobotę w Wyspowy z kursem i fokami. Jeszcze w grudniu mnie naszło, zatęskniłam za zimowym wyjazdem szkoleniowym... Śnieg po pachy, mróz, jak diabli, a ty człowieku rozczajaj panoramę z Ćwilina przez dwie godziny - cudownie! Dawno tego nie robiłam, sentyment poczułam, więc jechać trzeba przypomnieć sobie, jak to się kursantów szkoli. Inaczej tylko tyle, że śniegu trochę maławo, jak na kursową zimę, a na nogach narty! Jak się o tym marzyło w starych, dobrych, kursowych czasach...
W sobotę Mogielica, w niedzielę Ćwilin - dwa klasyki przy dobrej pogodzie. Patrzyć tu! Młode kursnaty sympatyczne i nawet trochę naumiane. Ech, no fajnie było, tylko zmęczyłam się jakby mniej i nie zmarzłam zbytnio... puchóweczka na zimowe panoramki to jest to ;)
No i co z tym śniegiem?! Niby jest, niby nie ma, a człowiek się niecierpliwi i foki maltretuje. Choć w sumie weekend narciarsko wyszedł mocno wydłużony. Narty mogą nawet zmusić człowieka do stawienia się w pracy na 8.00 rano :) A po pracy do Myślenic, na stok, ujeździć się. Cel: ćwiczyć, ćwiczyc, ćwiczyć skręt NW, bo bez tego poza trasę ani rusz, a u mnie to nierewelacyjnie w tym temacie niestety.
Weekend właściwy - foczy, choćby nie wiem co! W Tatrach pogoda do kitu, w moich pagórach śniegu tak sobie, ale narty pod pachę i do Chaty! Przy okazji na imprezę wośpową się załapać. No ale główny element programu to gorczańskie foczenie. Foki biedne, wymęczone, poharatane, ze zjazdu w sumie nici, ale człapanie zupełnie fajne :) Jak się chce, to się da! Zresztą, co będę pisać, jak zobaczyć można. Było tylko ciut husarii, narty wodne, narty krzalowe, a i na Gorc zawędrowałam, zobaczyć co tam na bazowych włościach słychać - cisza i spokój, jak w domu...
Straty tury: roztargana foka i urwany troczek od plecaka do przypinania narty, ale i tak warto było!
Poniedziałkowy wieczór też na stoku w Myślenicach i dalej ćwiczyć! Ale w tym sezonie na mnie zarobią, za to ja się ujeżdżę ;)
góry,
imprezy,
krajoznawstwo,
z buta,
zjazdówki
Bawarskie zabawy, alpejskie jazdy, sylwestrowo-noworoczne spacery!
09:21No i nas poniosło! Tym razem na zachód. Pierwsze wyzwanie - pakowanie. Jak tu zmieścić pięć ludzików, pięć par nart, pięć par kijów, pięć par butów narciarskich, pięć plecaków, pięć toreb z jedzeniem i całe mnóstwo innych drobiazgów do jednego auta? Da się :) Caaały dzień jazdy urozmaicany nową grą strategiczną LPG i udało nam się dotrzeć do Monachium, gdzie u kochanej i wyjątkowo cierpliwej Aśki ulokowaliśmy cały nasz bajzelek i nas też. Dnia następnego ruszyliśmy na podbój Alp Bawarskich, zaczęliśmy od trochę nieprzewidzianego zwiedzania infrastruktury turystycznej okolic Garmisch, ale w końcu udało się dotrzeć pod Zugspitze i pojeździć! Cudne alpejskie szczyty, cudny alpejski śnieg i trochę jazdy pozatrasowej, ale i pewien niedosyt, jak na takie góry. Popołudniu zabraliśmy się z sukcesem za "zdobywanie" wierzchołka dachu Niemiec. Kolejny dzień to eksploracja Garmisch-Classic, no i w końcu śliczne, długie, całkiem trudne, czarne trasy, niektóre nawet zamknięte, muldziaste i wydarte - mniam! Jakie? Zerknąć polecam tu. W międzyczasie trzeba się było jeszcze zapoznać z litrowym kuflem bawarskiego piwa i wieczornymi ulicami Monachium. Nasze transportowo-miejskie zabawy między górami a nartami w obrazkach są tutaj.
Żyć, nie umierać, tylko dlaczego wszystko człowieka tak boli, a zwłaszcza mięśnie ud? Cieżka praca... W Sylwestra odpoczynek i wielka, alpejska wyprawa...
Stoczywszy ciężką walkę z naszym niechciejem, zaawansowanym, sylwestrowym popołudniem wyruszyliśmy w Tyrol, do doliny Karwendel. Nowy Rok witać mieliśmy w winterhausie u jej zwieńczenia. A że dolina długa jest, a droga nią jeszcze dłuższa świętowaliśmy jakieś dwie godziny przed dotarciem do schroniska, ale za to w jakiej scenerii! Pełnia, bezchmurne niebo i niesamowite, śnieżne góry wokół. Nieziemsko! Niespodziewanie! Inaczej! Jedynie w swoim rodzaju! Tak Sylwestra jeszcze nie spędzałam, czegoś takiego jeszcze nie widziałam... Po dotarciu do chaty odbył się opóźniony rytuał imprezowy, a na deser dostaliśmy morze mgieł i ponad górami słońce! I wszystko proste tak! Znów w dół, do doliny, w Nowy Rok, w nowy czas... Wyglądało to właśnie tak.
Jeszcze dzień narciarskiej przyjemności, jeszcze urocze Ga-Pa, jeszcze dziwaczne w noc siedzenie i powrót do domu.
A tak na marginesie, to Monachium jest idealnie rowerowym miastem! Ilość ścieżek, oznakowań, stojaków dla rowerów, wolność jeżdżenia, wolność porzucania rowerów bez obawy przed kradzieżą. Prawie że, o mało co, rowerowy raj. Nawet przez chwilę zapragnęłam tam mieszkać ;)
