Śnieg nam potrojony halny razem z tatrzańskim lasem wywiał, zatem nawet jakoś tak bardzo nie żal, że bardziej domowo i towarzysko się zrobiło. Ale jednak siedzieć za długo się nie da i te upały trzeba wykorzystać - najlepiej rowerowo :) Zatem szybki, niedzielny, rowerowy spacer po makowskich okolicach Myślenic nam się przydarzył. No jakże miło, sympatycznie i bezbłotnie było! Kamiennik w końcu zdobyty i dwa przyjemne, nowe zjazdy zostały zjechane. Jak na koniec grudnia, to zaskakujące ciut :)
Na kiermaszu świątecznym kupiłam sobie wałek do ciasta. Choinkę na rowerze przewiozłam bezproblemowo i bez zbędnych kombinacji. Ciasteczka wprawdzie cienkie, ale za słodkie i poprzypalane. A lampki choinkowe trafiło, bezpieczniki też. Skończyła się pewna epoka wydarzeniem bez precedensu! Ciasto z grysikiem upiekłam ja! Sama ręcami swymi! A dekorację mam niekobiecą podobno i monobałwana dedykowanego! Święta?!?! No chyba Święta! Bożego Narodzenia - tak dla przypomnienia.
Piękny weekend tatrzański się zapowiadał i właśnie taki był. Po kilku zawiłościach logistycznych upchnęliśmy pięć par nart, butów narciarskich, plecaków i inne szpejstwo wraz z pięcioma duszami do auta - wyczyn! Piękna pogoda i wielkie focze apetyty. W sobotni dzionek ruszyliśmy na Kondratową i potem w kierunku Kopy przez Przełęcz Kondracką naprowadzeni na fajny śnieg przez tych co wcześniej wstali ;) Doszliśmy na Kopkę Kondracką i spod niej zjechaliśmy w bajkowych warunkach do samego schroniska, potem siup na szybką zupę w Jurcie i na dobicie dwie godzinki walki z lodem na Harendzie. Wieczór i nocleg spędziliśmy w towarzystwie kursu co z autokarówką podtatrzańską się zmagał. Na niedzielę plan był wielce ambitny, prawdziwa tatrzańska wyrypa! Cel Czerwone Wierchy. Zrobiliśmy pętlę z Kościeliskiej przez Przysłop Miętusi, Czerwony Grzbiet na Małołączniak, potem Krzesanica, Ciemniak i zjazd czerwonym szlakiem z powrotem do Kościeliskiej. Mega! Koniecznie musimy wrócić do Kobylarzowego Żlebu! Podchodziliśmy nim i cały czas marzyliśmy o zjeździe tamtędy! Piękny jest! Na górze nas nie rozpieściło pięknym widokiem. Chmura naszła i tylko chwilami uchylała rąbka widokowej tajemnicy. Zjazd z Ciemniaka z niezwykłym potencjałem. Nie mogliśmy go do końca wykorzystać, bo na górze było kiepsko ze śniegiem, była mgła, robiło się ciemno i moje czwórki zaczęły odmawiać współpracy. Wrócić tam trzeba! W sumie to jazda po lesie po ciemku wcale nie jest taka ekstremalna jak myślałam ;) W ferworze walki niestety mój jeden kijek pozazdrościł bananowi i zmienił kształt.
Finałem fantastycznego weekendu były ćwiczenia z jazdy samochodem. Wszyscy pasażerowie przeżyli, włącznie z właścicielką samochodu, a ja przejechałam od rogatek Zakopanego do rogatek Krakowa, choć zajęło to trochę więcej czasu niż zwykle.
Jak co roku od kilku sezonów był to weekend od dawna zarezerwowany na 11. Krakowski Festiwal Górski, choć milion pincet sto dziwincet innych wydarzeń miało mieć miejsce w tym samym czasie. Ale nie, jak już zwożą te góry wielkie i ogromne do Krakowa, to można się na jeden weekend poświęcić i zostać. Nawet pogoda miała ułatwić siedzenie w górskim kinie i zniechęcić do działań na zewnątrz, ale w niedzielę coś jej się pomyliło i pięknym słońcem w pięknym śniegu przyświeciła. Ech, no, na foki by się poszło.
Podobało mi się: golasy, Bargiel i spółka i foty, panowie od Antarktydy i przepięknej produkcji obrazkowej bez ściemy, że to tak przy okazji cykane, Bielecki i Małek oczywiście, no i bonus w postaci wygranych okularów :) Rozczarowałam się trochę panelem frirajdowym i jakąś taką generalnie "słabszą" atmosferą.
Dodatkowym przerywnikiem była sobotnia impreza PRL-owska. Gdzie się podziały tamte prywatki... i takie tam ;) Była też okazja spektakularnie otworzyć zimowy sezon rowerowy - trzy konkretne gleby na mieście, nie muszę mówić, że na środku skrzyżowań ;)
No aż się należy osobny post ;)
Koncert absolutnie fantastyczny! Hektolitr potu i konkretny trening skoczności. Dało radę bez glanów - stawy skokowe całe. Na takich koncertach jestem wielce zadowolona, żem duża i mam silne przedramiona ;) Wyskakana na maxa!
Same końce w tym tygodniu, to trzeba też coś zacząć :) Jak śnieg spadł, to wiadomo z czym startujemy! Wyprowadzamy tury i foki na pierwszy spacer! Absolutna radość zapanowała we wtorek, kiedy to publicznie ogłoszono: na Kasprowym się da! Foki piskały coraz głośniej, a serwery z kamerkami na Tatry chyba się zagrzały.
Zatem w sobotę koniecznie trzeba było ruszyć z foki na świętą górę narciarzy. No i pięknie! Warunki nadspodziewanie fajne. Zjechaliśmy kocioł Gąsienicowej, no i całą Goryczkę. Mniam! I jeszcze nam się pięknie góry na deser odsłoniły. Ja zaliczyłam kolejne widmo Brockenu i jeden kamerdolec pod nartą - trochę kiepsko, bo wzdłóż krawędzi. A na podejściu, mieliśmy przyjemność oglądać, jak przez środek trasy nieśpiesznie przedzierały się dwie kozice zupełnie nie zwracając uwagi na działających tam narciarzy. Ha! Podsumowaniem dnia było grzane wino w Cafe Piano :)
Cudnie! Oby tak przez całą zimę! Do czerwca! :D
Mecz piątej kolejki zakończył pierwszą rundę rozgrywek II ligi TKKF. No, szału w naszym wykoaniu nie ma. Skończyłyśmy na piątym miejscu, czyli jak łatwo policzyć przedostatnim. Wygrałyśmy jeden mecz, jeden przegrałyśmy w tie-breaku, resztę po prostu przegrałyśmy, niektóre nawet sromotnie. Ale fajnie jest! Fajna drużyna, fajnie się trenuje, fajnie się gra! Może wielkiej finezji i taktyki w tym jeszcze nie ma, ale może będzie ;) Poprawimy przyjęcie i rozegranie, siłę ataku i może zaczniemy próbować grać środkiem (kiedyś).
Będzie dobrze! Szykujemy się na rundę rewanżową :)
Sezon rowerowy skończył się tak nagle i niespodziewanie, że aż trudno to pojąć! A gdzie zamarzające stopy i maksymalnie zasyfione błotem rowery? Tego tej jesieni jakoś nie było. Ja tu łańcuch zmieniam nastawiona na błotne listopadowo-grudniowe jazdy, a tu nagle... spadł śnieg i to całkiem konkretny, w Beskidach też. Hmmm, no to cóż... rowerek do zimowego snu, odkurzamy co innego :D
Z racji zakończenia endurosezonu, jak obiecałam, w końcu żywot zakończy również moja słynna, czarna, wyciorana do granic możliwości bluza ;) Komisyjnie zostanie zniszczona i już nie będę w niej nikomu robić obciachu, teraz już pozostanie tylko ciuchowy lans wysokich lotów ;)
Podsumowanie: 31 endurodniówek + 6 sakwiarskich :)
W poniedziałek na własne życzenie, z czystej głupoty zaatakował mnie bakcyl. Walczę z nim dzielnie, głównie przy użyciu siatkówki, bo jakoś tak się składa, że na treningach się czuję najlepiej ;) W ramach dalszego ciągu ubijania bakcyla siatkówką, najpierw było sobotnie tefelezyjne starcie Skry z Jastrzębiem, a potem zupełnie na żywo pierwszoligowy mecz AGH 100RK AZS Kraków - Ślepsk Suwałki.
Oficjalnie stwierdzam, że mam permanentną słabość do środkowych ;)
Oficjalnie stwierdzam, że mam permanentną słabość do środkowych ;)
A kultura i oświata zaczeły się już w czwratek premierą filmu "Sezon" o polskiej scenei DH - no miło na rowerkach po ekranie jeździli ;) W piątek wyczekany, absoutnie fantastyczny koncert Nosowskiej w ramach trasy Nosowska.zip - majstersztyk! Ta kobieta jest wspaniała. Można stać i słuchać w nieskończoność, a ciary po plecach latają w te i nazad!
W ramach absolutnego wypełnienia tak rzadko spotykanego weekendu w Krakowie, była jeszcze imprezka na parapecie i kino domowe, a oczywiście miałam tak intensywnie pracować...
Fantastycznie... nie ma to jak być dwa razy w ciągu czterech dni wsmarowanym w parkiet... Dwa mecze przegrane przez masakryczny brak przyjęcia. Jak czegoś nie wyczarujemy w tym elemencie, to możemy się zacząć przyzwyczajać do oglądania dolnej części ligowej tabeli :/
Święta świętość ;) Lecie! Choćby się waliło i paliło na Lecie jechać trzeba! Zwłaszcza jak się oficjalnie przechodzi w stan ramolstwa, czyli 10 lat w Kole świętuje :) Hehe, nawet na potwierdzenie mole wyżarły mi dziury w swetrze. Ale ten czas leci! Ale się przez ten czas wydarzyło! 10 fantastycznych lat z życiorysu! Cóż ja bym bez SKPG zrobiła?! Bez tej pokręconej, cudownej ekipy i bez tych wszystkich gór razem przedeptanych!
Lecie było świetne! Choć pod względem imprezowym ciut łagodniejsze ;) Od wesołowego pociągu, przez towarzyskie posiady, uroczystą kolację po jeszcze bardziej uroczyste i wyczekiwane blachowanie! 20 nowych bordowych dusz w Kole! I 3 nowe sympatyczne! Do kompletu Kabaret - Edziu, bacóweczki, "Nie wieszszsz!", "ja nie mam czasu..." oraz pewien namiot zostaną na długo w kołowej pamięci ;) Oczywiście też nie obyło się bez imprezowo-tańcowanych działań do godzin porannych. W niedzielę wisienka na torcie - mecz Tatry - BESKIDY! Kim jesteś? Jesteś zwycięzcą!!! 5:2 dla naszych! Ha! Puchar zostaje w Beskidach! Na koniec do kompletu powrót pociągiem również. A! I "Watra 11" była! Sukces na całej linii!
Ech, sentymentalne Lecie... :)
Awesome! To słowo padało w co siódmym kadrze najgorszego filmu narciarskiego wszechczasów, czyli jakże wyczekanej premiery tej jesieni - "Into the mind". No, wwierciło nam się w mózg dość konkretnie, zwłaszcza arcykiczowaty montaż tego dzieła.
Już trzeci sezon spotykamy się na początku listopada większą ekipą w Teodorówce u Uszatej. Towarzysko, leniwie, rowerowo bez napinki. Z pogodą różnie bywa, więc bardziej chodzi o to, żeby się spotkać, pogadać, pograć w planszówki i pooglądać zdjęcia z wakacji. Udało się ten plan w stu procentach zrealizować :)
Dzień pierwszy z najlepszą pogodą wykorzystaliśmy na indywidualną enduro-walkę na Cergowej i okolicach. Później przyszła mgła i mżawa, więc całą bandą spacerowo-rowerowo pokulaliśmy się do Jasiela podglądać bobry i zbierać rydze. Na koniec było lenistwo totalne, nosa z chałupy nie wyściubiliśmy, tylko spokojne życie towarzyskie intensywnie uprawialiśmy :)
Wygrałyśmy za trzy punkty, ale gra jakaś szczególnie piękna nie była - przestoje, łupanina zagrywką, mniej walki niż poprzednio. A ja już chyba mogę się rozgościć z prawej strony ;) Choć z tego co zauważyłam, to bardziej chodzi o mój blok niż atak. Taka trochę ze mnie ześrodkowana atakująca, bo mnie libero wymienia. Dzięki temu nie muszę przyjmować! Bardzo mi to odpowiada, bo w przyjęciu, jak wiadomo, jestem beznadziejna. Gdyby tylko rozgrywająca częściej grała na prawe skrzydło... Trochę nie czaję, dlaczego lewe jest tu bardziej preferowane, przecież sypanie na prawo skomplikowane nie jest. Nie czaję też dlaczego nie wolno nam wystawiać do tyłu. Ale pewnie jest w tym jakiś głębszy sens ;)
Pochwalę się jednym fajnym atakiem po prostej, niezbyt mocnym, ale skutecznym i niestety muszę się przyznać do totalnej porażki na zagrywce - kicha, bo przecież akurat w tym elemencie jestem niezła.
Szybkość zmiany decyzji świadczy o operatywności dowództwa! Tia... Od dwóch tygodni ustawialiśmy się na wyjazd w Bieszczady. Trzy dni trzeba wykorzystać, a tam czekają na nas ciągle nieprzejechane, cudne ścieżki. Kalendarz poukładany, prognozy mogą być. No i nagle godzina 21.00, wieczór przed wyjazdem, połowa ekipy zapodaje dezercję, a druga połowa ma taką niemoc decyzyjną, że wymyślenie alternatywy graniczy z cudem. No i już mieliśmy piątek odpuścić, skupić się na weekendzie jedynie, ale nie. 9.15 telefon, że może by jednak jechać. To jedziem! Rzut monetą zadecydował, że Cergov, nie Żywiecki. Dzień króki, jazda długa, więc załapaliśmy się na zachód słońca na Mincole i fajowy najtrajdzik. Absolutnym hitem była miejscówa do spania. Ciepły wieczór nie odstraszył nas od dziczka, a wypasiony stóg siana był najlepszym możliwym rozwiązaniem. Chyba nigdy nie spałam na takim fantastycznym sianie. Do kompletu oczywiście ognisko. Dzień następny był chmurny, wietrzny i mżawkowy i aż żal, że tak ładne górki przemierzaliśmy nie widząc nic, no ale Cergov objeżdżony :) Potem odwrót ku domowi, bo prognozy nie zapowiadały nic dobrego. Dzięki temu w prezencie dostałam wymarzony dzień restu, a bieszczadzcy dezerterzy zapodali kino :)
Cóż za niedopatrzenie! Chyba nic tu nie napisałam o powrocie do siatkarskiego "zawodostwa" na stare lata ;) No więc gram w klubie, załapałam się do KS Dwójka i jestem sobie w drużynie grającej w II lidze TKKF :) Wyszło z tego, że gram w siatkę cztery razy w tygodniu, zajeżdżam się trochę, ale bardzo mi się to na razie podoba :)
Dzisiaj grałyśmy pierwszy ligowy-tkkfowy mecz! Nic to, że w ogóle niezgrane, nieograne, w eksperymentalnych ustawieniach. Zagrałyśmy niezłe spotkanie, była konkretna walka, choć przegrałyśmy w tie-breaku. Pierwsze koty za płoty, dalej będzie tylko lepiej! Dwóóóóójkaaaa! :D
A ja przy okazji spełniłam swoje wielkie marzenie z dzieciństwa! Zostałam ATAKUJĄCĄ! :D Wprawdzie jeszcze nie do końca prawdziwą, bo do klasycznego grania na pozycjach, to nam daleko, ale prawe skrzydło to jest to! Gdyby tylko jeszcze rozgrywająca więcej sypała... Fajnie mi się grało - bez stresującej napinki, ale z bardzo pozytywnym nakręceniem - ja chce więcej! Ja chce grać! Ciekawie tak po latach wrócić do gry "o coś" :)
A na marginesie: przyjęcie niezmiennie do kitu...
A na marginesie: przyjęcie niezmiennie do kitu...
Szybka teleportacja i najtrajdzik z Zasadnego na Gorc Kamienicki do szałasu, gdzie imprezka urodzinowa Uszatej się działa - w końcu udało mi się dotrzeć! Rano zjazd na dzień dobry i do Mszany, gdzie to z lokalnym przewodnikiem szwendaliśmy się po zakamuflowalnych singlach na Słomce i Lubogoszczy. Na Szczebel już dnia nie starczyło, ale za to enduro-ognisko z kiełbaską odpaliliśmy na szczycie.
Generlanie dziecko się zmęczyło bardzo :)
Generlanie dziecko się zmęczyło bardzo :)
Myśl weekendu: zło pizga zewsząd! - powiedział Apokaliptyczny Malkontent na wypychu pod Cyl Hali Śmietanowej.
Dzisiaj 24 października jest MIĘDZYNARODOWE ŚWIĘTO ROWERU!
Zatem wszystkim moim rowerom oraz rowerom moich znajomych, w ogóle wszystkim rowerom świata życzę:
- niepękających ram!
- niescentrujących się kół!
- dobrze pracujących amortyzatorów!
- niestartych klocków hamulcowych!
- niezatartych łożysk!
- niełapiących się snejków!
- niełamiących się haków!
- niepękających łańcuchów!
- niekrzywiących się przerzutek!
I wszystkiego fajnego pod kołem! :)
Zatem wszystkim moim rowerom oraz rowerom moich znajomych, w ogóle wszystkim rowerom świata życzę:
- niepękających ram!
- niescentrujących się kół!
- dobrze pracujących amortyzatorów!
- niestartych klocków hamulcowych!
- niezatartych łożysk!
- niełapiących się snejków!
- niełamiących się haków!
- niepękających łańcuchów!
- niekrzywiących się przerzutek!
I wszystkiego fajnego pod kołem! :)
Przed chwilą sprawdziłam - ostatni raz na wyjeździe kursowym byłam w 2010 roku... daaaawnooo...
Nie wiem czy to tylko takie moje subiektywne wrażenie, czy może znajdzie się ktoś jeszcze, kto ma podobne odczucia, ale jesień to tak spada nagle z jasnego (letniego i słonecznego) nieba. Raz, dwa! Budzimy się rano i chłodniejsze powietrze jakoś pachnie inaczej, a wszyscy nagle zniecierpliwieni, przygotowani w blokach startowych czekają na wystrzał bukowego koloru. Jest! Płomienisty blask wybuchu z prędkością światła pochłania nasze zalesione góry – nagle wszyscy solidarnie lądują w Bieszczadach. Trwa to trzy tygodnie. Takie zapierające dech zachłyśnięcie się naszą złotą, polską jesienią – jakże banalną i powtarzalną w swym pięknym jestestwie. Ach! A potem równie nagle, choć zupełnie nieentuzjastycznie wracamy na utopioną w kałużach i błocie listopadową
ziemie...
No i właśnie, jak ta niezbyt lubiana plucha zwali nam się na głowę,
w ramach niewychodzenia z domu, ale nieustannej łączności z górami, będzie można zasiąść. A jak już się zasiądzie, to można poczytać, o górach rzecz jasna! Kierunki różne – po hiszpańsku, po słowacku, po szwajcarsku, po chorwacku i bardzo lokalnie, po naszemu też! Spinki, owce i zakupy – wszystko po góralsku. A w ramach łagodnego nastrajania się na zimę polecamy wywiad z Andrzejem Bargiełem, jednym z najwybitniejszych narciarzy wysokogórskich na świecie.
Zatem życzę złocistego, żółtego, pomarańczowego, czerwonego, brązowego, z domieszką zielonego, dużo! Dużo i soczyście!
Drugi weekend z rzędu bez roweru... świat się kończy! Wszystkich zaniepokojonych informuje, że nie oznacza to, że sobie coś znowu zrobiłam. Jestem w jednym kawałku, kości, stawy, ścięgna, mięśnie, narządy wewnętrzne i powłoki skórne są całe, głowa też ;) To tylko nieszczęsny zbieg okoliczności... Spotkanie Komisji Akademickiej w ten weekend w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą kompletnie mi nie leżało. Zresztą z Komisją już mi nie po drodze od jakiegoś czasu, no ale mus to mus. Odpuścić trzeba było co najmniej dwa konkretne projekty rowerowe. Ale przynajmniej miejsce ładne i szansa na krajoznawstwo sympatyczne. Kazimierz faktycznie uroczy, tylko dobrego światła fotograficznego zabrakło. Do tego Nałęczów-Zdrój, fabryka porcelany w Ćmielowie (wielkie rozczarowanie - porcelana kosmicznie droga i zwyczajnie brzydka) oraz kopalnia krzemienia w Krzemionkach Opatowskich.
Dziecko po dwudziestej którejś godzinie (czegoś na kształt) treningu w tym tygodniu padło na ryjek. Nie ruszy żadną kończyną, do poniedziałku. Przy okazji pouprawioło życie rodzinne, zdezerterowało z roweru (!), obejrzało "Wałęse" i po raz kolejny nie posprzątało.
Są takie kawałki gór, o których powszechnie wiadomo, że mają potencjał i baaardzo by się tam chciało pojechać. I sobie człowiek powtarza trzeba się w końcu wybrać, ale jakoś ciągle się nie składa. A tu się nagle złożyło! Fatry! I Mała, i Wielka! Do tego rower - połączenie idelalne, po prostu enduro-marzenie! Jak w Alpach, było wszystko. Graniówki, single, ciekawe problemy i góry po horyzont, a i noszenie roweru na plecach też było. A zjazd czerwonym szlakiem spod Czarnego Kamienia do Revucy uznaję za mistrzostwo świata - najlepszy zjazd tego sezonu! Śliczny, długi singiel-flołłł :) No i zapomniałam dodać zachwytu nad oszałamiającymi już kolorami jesieni! Generalne ach!
Przegraliśmy mecz barażowy z Bułgarią. Nawet nie zagramy w ćwierćfinale Mistrzostw Europy. Przegraliśmy o włos, o dwie piłki, w tie-breaku 18:16...
A dwa pierwsze sety były takie piękne! Ładna gra! Fantastyczna walka! Szkoda...
Ale ja i tak uwielbiam siatkówkę! Uwielbiam!
Dawno planowany i długo oczekiwany wyjazd do Trójmiasta. Dlaczego nad morze? Ano dlatego, że właśnie tam odbywają się Mistrzostwa Europy w siatkówce mężczyzn (Polska je organizuje do spóły z Danią). Zatem oczywiste jest, że musiałam tam być! Bilety na trzy mecze naszej reprezentacji w fazie grupowej zdobyłam, więc do Ergo Areny! Razem z Anką Sp. A skoro już tak daleko jedziemy, to krajoznawstwo pouprawiać trzeba przy okazji! Zrobiło się intensywnie. Do weekendu dodałyśmy dwa dni wolnego, i dzięki super taniemu połączeniu Polskiego Busa w piątek rano wylądowałyśmy w Gdańsku - spacer po starym mieście, słitfocia z Neptunem, absolutnie hitowe zwiedzanie Stoczni Gdańskiej w czerwonym "ogórku" (polecam bardzo, bardzo!), rybka przy Motławie, murale na Zaspie i biało-czerwono wystrojone na meeeeeeeeeeeeeecz! Polska - Turcja 3:1 :) Uwielbiam to! Uwielbiam! Mecze siatkówki na żywo to jest przeżycie nie do opisania! Nie da się opowiedzieć tej atmosfery, emocji i szału, jaki panuje w hali! Nie da się! Trzeba gnać na mecz i zobaczyć!
Zdjęcia z meczów. Pożyczyłam kosmiczny obiektyw - genialną, canonoską eLkę 100-400 - bałam się toto wziąć do ręki ;) Ale jakie foty robi! Aby nie spędzić całego meczu za aparatem, opracowałam nowy system: zdjęcia robię tylko przez dwa sety (żeby były drużyny na różnych boiskach) i tylko do dziesiątego punktu, potem skupiam się już na grze, no i nie mam tysiąca fot do ogarnięcia, tylko pincet ;)
Dzień drugi - gdyński. Spacer po funkcjonalistycznej Gdyni, no i statki: Dar Pomorza i Błyskawica od środka - jak ja lubię maszynownie! Dar Młodzieży i Zawisza Czarny od zewnątrz. Stópki zanurzone w Bałtyku (więcej się nie dało), sielankowy spacer plażą wzdłuż klifów do Orłowa. Molo, kutry i rybka, a potem na meeeeeeeeeecz! Polska - Francja 1:3 niestety :( Aaaa! I gofry z bitą śmietaną, która była wszędzie!
Dzień trzeci - sopocki. No trzeba w końcu na plaży poleżeć, no! Szybkie zwiedzanie żurawia i kościoła mariackiego w Gdańsku i siup na Monciak. Gofry, molo, rybka i plażaaaa! Nic to, że wiało, było pochmurno i siąpiło! Nic to! Kocyk rozłożony i pół godziny na piasku odleżane! I na meeeeeeeeeeeeeeecz! Polska - Słowacja 3:1 mjuuuuuuuuuuuut!
Dzień czwarty - malborski. Malbork. A pojechałyśmy sobie zamek pozwiedzać. Stwierdzam słabość do gotyckiego łuku ;) Przy okazji skończyła się pewna epoka... W Malborku pierwszy raz w życiu, zamiast "żywego przewodnika", użyłam audioprzewodnika. No niegłupie to jest, tylko pytania zadać nie można. Ale do tej pory mam wyrzuty sumienia, że osłabiłam swe poczucie solidarności z przewodnicką elytą tego świata ;) A z okazji początku jesieni nazbierałyśmy worek ślicznusich, błyszczących kasztanów.
A z tym odmładzaniem na wyjeździe było tak, że nam tak trochę jak za starych, dobrych studenckich czasów wyszło ;) Jedno piwo - dwie słomki itp... w sumie zabrakło tylko dworcówy ;)
Podsumowując: mecze naszej reprezentacji - uwielbiam! Trójmiasto - uwielbiam! :)
A! Jestem wyjątkowo zawiedziona, że z wakacji nad morzem nie przywiozłam sobie dmuchanego delfina i niebieskich okularów przeciwsłonecznych! Niezaliczone! Wracamy!
A! Jestem wyjątkowo zawiedziona, że z wakacji nad morzem nie przywiozłam sobie dmuchanego delfina i niebieskich okularów przeciwsłonecznych! Niezaliczone! Wracamy!
Czerwone trampki - są!
Czerwone spodnie - są!
Biało-czerwona koszulka - jest!
Czerwone paznokcie - są!
Biało-czerwona farba - jest!
Biało-czerwony szalik - jest!
Fotosprzęt - jest!
Bilety wydrukowane - są!
Czerwone spodnie - są!
Biało-czerwona koszulka - jest!
Czerwone paznokcie - są!
Biało-czerwona farba - jest!
Biało-czerwony szalik - jest!
Fotosprzęt - jest!
Bilety wydrukowane - są!
No to jedziem! W ten weekend kierunek jedynie słuszny - Ergo Arena Gdańsk! Mistrzostwa Europy w siatkówce mężczyzn 2013!
W zasadzie nic się nie działo, nuuuda... Stłukłam sobie ucho i pośladek.
W sobotę opuszczone przez szanownych kolegów, co to się jak zwykle deszczu przestraszyli, pojechałyśmy pobujać się chwilę po bajkparku w Koninkach. Okazał się on badziewny, więc niedługo myśląc pokulałyśmy się na Turbacz. Dawno mnie w Gorcach nie było ;) Zjazd niebieskim świetny! Mimo że już trochę umocniony i schodami parkowymi "zniczony", ale fajnie zjeżdżalny z ciekawymi problemami.
W niedzielę już większą bandą ruszyliśmy w Wyspowy. Cudnie! Przedjesiennie! Mogielica i Jasień z kulinarnym lenistwem w Jurkowie. No piękne słonko, piękne widoki! A buki? Jeszcze chwila, jeszcze dwie...
Absolutny hit: sparpety! Pasiaste skarpety! Jest stylówa!
No w końcu Lasek! No w końcu na rowerze! No w końcu najtrajd!
Nie ma to jak sobie pojeździć na rowerze po nocy po Lasku Wolskim z fajnymi chłopakami ;) No luksus normalnie! Te single tam całkiem nawet miłe są :)
No i piękna, nowa, czerwona biżuteria! Mostek zwraca uwagę ;D
A jakość jazdy jaka! Lepiej w górę! Lepiej w dół! Lepiej w skręcie! No lepszy rower normalnie!
No i piękna, nowa, czerwona biżuteria! Mostek zwraca uwagę ;D
A jakość jazdy jaka! Lepiej w górę! Lepiej w dół! Lepiej w skręcie! No lepszy rower normalnie!
Tak, tak... kolejny rower do kolekcji... choć to trochę nie do końca rower chyba jest ;)
Kiedyś tu przedstawiałam wszystkie rowery, jakie przejechały przez moje życie. Zatem i ten muszę zaprezentować: Monoczerwony! Świeżutki, spontanicznie kuriozalny nabytek z podtekstem ;D
Na monocykle, jako rowerowe dziwolongi, łypałam z ciekawością okiem już od jakiegoś czasu. Nawet próbowałam na to coś wsiadać. Ale było powiedziane: czasem przy okazji ok, pod żadnym pozorem nie wkręcamy się w nową zajawkę! I co? I guzik! Zajawka jest i leży na moim dywanie. Zajawka jest czerwona, dywan zielony, więc ładnie wygladają razem...
No cóż zrobić? Jutro idę ćwiczyć, dam znać, jak przejadę pierwsze 50 m ;)
Będzie specjalnie! Jak na numer specjalny przystało!
Tak walne jubileusze nie zdarzają się codziennie, dlatego warto chyba zatrzymać się na chwilę nad tym całkiem sporym kawałkiem historii. Otóż 140 lat temu powstało Towarzystwo Tatrzańskie, którego kontynuatorem jest obecnie istniejące Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze. Tak, to już taki kawał czasu ktoś gdzieś nam z całkiem niezłym skutkiem organizuje turystykę w naszym pięknym kraju.
Wycieczki, wyjazdy, wyprawy, rajdy... Schroniska, szlaki turystyczne, wydawnictwa... Przewodnicy... Skąd to wszystko się wzięło? Mam nadzieję, ze przynajmniej część odpowiedzi na to pytanie znajdą Szanowni Czytelnicy w tym urodzinowym numerze.
Czasem warto pogrzebać w archiwach, poprzeglądać stare zdjęcia, dokumenty. Najlepsza okazja ku temu jest właśnie teraz
w roku jubileuszowym. No to zapraszamy! Kalendarium, ciekawostki,
smaczki...
Byłam tam tylko tydzień, a czuję się jakbym wróciła z naprawdę długich wakacji... prawdziwych wakacji...
Niby człowiek siedział na bazie i nic nie robił, ale baardzo dużo się wydarzyło, mnóstwo różnych ludzi się przez bazę przekulało. Gorcstokowo, rekordowo, ale też mgliście, sennie i kameralnie, kulinarnie, towarzysko, imprezowo, wesoło i refleksyjnie, abstrakcyjnie. Stare dzieje i nowe czasy, czyli wszystko na raz :)
Gorc!
Gorc już w pudełku!
A tak na marginesie ;)
Jebutny, czyli większy niż Ty! (Jowisz)
Ja skaczę! Ja skaczę! Ja skaczę!
Ja skaczeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeę!!!
Powrót do gry! Po pięciu tygodniach! Dobry mecz otwarcia ;)
Życie z siatkówką jest o wiele piękniejsze!
Ja skaczeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeę!!!
Powrót do gry! Po pięciu tygodniach! Dobry mecz otwarcia ;)
Życie z siatkówką jest o wiele piękniejsze!
Długi weekend sierpniowy najlepiej wykorzystać rowerowo, więc może by tak się w Sudety ruszyć, które potencjał mają znaczny, a na zwykły weekend trochę tam daleko jest. Idealnie złożyło się, że akurat wypadły zawody ET w Szklarskiej. Zatem zaczęliśmy od Rychlebów, które to łaziły za nami od dawna, ale jakoś nie po drodze było. Sześć dych bez sensownej przerwy na batonika i siku, to lekkie przegięcie, no ale mus to mus. Same rychlebskie ścieżki nie powaliły mnie jakoś szczególnie. Brakowało mi konkretnego zjazdu, za dużo technicznego trawersu w dokręcaniem. Spodziewałam się zdecydowanie większego hardkoru bardziej w dół. Na poprawę humoru piwo, syra i kąpiele w uroczym kamieniołomie. Dalej do Szklarskiej! Z racji tego, że z definicji nie objeżdżam tras, bo po co jeździć dwa razy to samo, przed zawodami zapodałam lajtową wycieczkę indywidualną po fajowych singlach w Izerach. w międzyczasie reszta ekipy patentowała OS1 i rozwalała sobie dość konkretnie brodę :( W sobotę zawody, luz, blues, bez napinki - jedynka trudna, kamienista, ale fajna, dwójka przyzwoicie podjeżdżalna, trójka super zjazd, czwórka tak samo, ale popsuty przez snejka, a piątka to porażka wszechczasów, na której umierałam (trzydniowe zmęczenie akurat wtedy miało ochotę się ujawnić ze wzmożoną siłą). W każdym razie zawody ukończyłam, nic sobie nie zrobiłam, rowerowi też nie, nawet żadnej konkretnej gleby nie było - niezaliczone! ;) O generalce oczywiście nie wspominam ;)
W niedzielę na dobicie eksploracja bajkparku w Spindlerovym Mlynie - generalnie słabo i na mega zmęczeniu, więc bez radochy specjalnej.
Podsumowując: ja chcę więcej na rower w Sudety! :)
Urodziny to urodziny! Impreza musi być! A że urodziny 45. to impreza odpowiednio godna i huczna się należy. Szanowny Jubilat: Baza na Gorcu :)
Ja za takimi wielkimi i walnymi imprezami nie przepadam, zwłaszcza, jak je mam organizować. No trudno, mus to mus. Zabierałam się do tego jak pies do jeża. No ale poszło i wyszło. Było baaardzo sympatycznie, ludzi całkiem sporo, atmosfera przefajna. Głównymi uczestnikami imprezy była stara gwardia gorcowa, Ci co bazę zakładali i prowadzili w jej początkach. Brakło tych, których Gorc teraz powinien interesować - bieżącego pokolenia kołowego w zasadzie nie było. Trochę smutno, bo ekipa sprzed 40, 30 lat powtrafiła się zebrać i spotkać na bazie, a młodzi to zwyczajnie olali.
No ale Gorc, to Gorc! Gorc to stan umysłu i tu zawsze jest pięknie! Aż zał było schodzić, wracam za dwa tygodnie :)
Zaproszenie w słoweńskie progi miałam od dawna, tylko jakoś kiepsko było z realizacją wyjazdu. W tym roku większych wypraw nie planowałam, ale chęć na jakiś wysokogórski rowerek się pojawiła, więc akurat pomysł zaczął się klarować. W efekcie babską, rowerową ekipą ruszyłyśmy na południe - lekko spontanicznie, z milionem różnych pomysłów wykorzystania słoweńskiego potencjału. Brak konkretu trochę nas potem zgubił, ale cóż bywa... Miało być przede wszystkim ultra-alpejsko-rowerowo, ale jak się okazało szukanie sytych singli w górach wysokich, to nie taka prosta sprawa. Była Lubjana, było morze, był mikro wspin, były ferraty i Triglav, no i dwa godne bajkparki. Wszystko pięknie! Góry rewelacyjne, miejsca fajne i świetni miejscowi bajkerzy, którzy nam swoją radą końcówkę wyjazdu uratowali. Nawet moja kostka, co prawie by była wyjazd storpedowała, dała radę i zachowywała się grzecznie - rower na skręcone stawy nie jest zły ;)
Jedyne co nie dało rady i wyjazd nam intensywnie próbowało popsuć, to ćwierć naszej ekipy, co to z innej planety chyba pochodzi, ale zmilczmy temat, po prostu nie zawsze się ma pełne szczęście do kompanii...
Podziękowania ogromne dla Piotrka i Tiny za przygarnięcie i gościnę :)
Po wizycie na Wielkiej Planinie wielce rozumiem miłość do AKS-u ;)
No i tu powinno się pojawić zdjęcie IMG_001.CR2, no ale się nie pojawi, bo już go nie ma, bo to jakiś testowy badziew był. W każdym razie rozpoczęła się nowa era fotograficzna w moim życiu :) Canon D7 zawitał na salony. Maszyna taka, że aż się jej boję, rozpakowywanie pudełka zajęło mi 1,5 miesiąca, ale udało się go w końcu oswoić i użyć! materiał w obróbce, zobaczymy co będzie...
Teraz się zacznie dopiero sprzętowe szaleństwo, szkła nowe trzeba będzie zanabyć i uczyć się, uczyć, uczyć, bo jest potencjał ogromny, tylko trzeba go umieć wykorzystać :)
Szybko, szybko! Wszystko na szybko i w ostatniej chwili... jak nie w wakacje. W tym roku wraz z nastaniem tego niby błogiego i wyczekanego przez większość czasu rzeczywistość zamiast zwolnić, jakoś tak dziwnie przyspieszyła, a czas niewiarygodnie przyspieszył.Czy ktoś mi wytłumaczy dlaczego? Przecież lipcowe długie dni są właśnie po to, żeby się snuć po kwiecistych łąkach Beskidu Niskiego albo leżeć w borówkach (lub w jagodach ewentualnie) na jakiejś gorczańskiej hali... Trudno! Spinamy się, przyspieszamy kroku, zagęszczamy ruchy, dokańczamy niedokończone, tylko żeby jak najszybciej urwać się w góry! jeśli nie da się fizycznie wsiąść w pociąg, autobus, auto czy pójść łapać stopa, to przynajmniej zapraszam do chwili górskiej lektury. O via ferratach, o środku Słowacji, o Pirenejach, o Szerpankach, o czarnych góralach, o górach bystrzyckich, o cystersach w Karpatach, o... górach... słów trochę skleconych na szybko, jak wszystko na szybko tworzone tego umykającego w niebezpiecznym tempie lata.
Zwolnij, proszę, trochę...
Jak szybko, to też krótko tym razem.
W zasadzie z moją śliczną stopą powinnam siedzieć grzecznie w domu i nigdzie się nie ruszać, a o zawodach ET w Zawoi zapomnieć. Mhmm... tia... Na zowody oczywiście pojechałam razem z moim rowerem (wszystkich, którzy właśnie padli na zawał proszę jednak o powstanie ;). Rower w zawodach wystartował, ja nie. Z powodu mojej kontuzji musiał godnie reprezentować rodzinę. A wszystko dlatego, że rower Agi został zaaresztowany w serwisie. Pojechała na Specu, nigdy wcześniej na nim nie siedząc - szacun! Ja za to z fotoaparatem pod pachą i kulami w ręce postanowiłam wyjechać krzesełkiem na Mosorny Groń i robić za fotografa imprezy. Fajna sprawa! Zupełnie innaczej się na to patrzy, jak się nie jedzie, tylko ogląda i foci.
W ramach uzupełnienia dnia był piękny widok na Babiszcze, sentymentalna wizyta w skansenie na Markowych Rówienkach, leżenie na trawie, pierogi w Tabakowym Chodniku i impreza urodzinowa z pasiastymi lans-skarpetami w roli głównej ;)
PS. Opuchlizna się wyraźnie zmniejszyła! jupi!
PS2. Koniec Ligi Światowej 2013! Wygrywają Rosjanie przed Brazylią, Włochami i Bułgarią - jak na IO :)
PS2. Koniec Ligi Światowej 2013! Wygrywają Rosjanie przed Brazylią, Włochami i Bułgarią - jak na IO :)
Gdyby kózka nie skakała... Dobrze żarło i zdechło... Mądry Polak po szkodzie... i takie tam... zna ktoś jeszcze jakieś takie przysłowie?
W każdym razie siedzę sobie teraz ze spuchniętym i fioletowym stawem skokowym i kwiczę. Klasyka siatkówkowego gatunku: atak-blok i masakra na kostce. Bardzo poważne skręcenie, dobrze, że nic poważniejszego, bo wyglądało groźnie. SOR na Wrocławskiej nawet nie był taki strasznie kolejkowy, a lekarz, który mnie przyjmował, nie dość, że był sympatyczny, to jeszcze konkretny i na dodatek siatkarz, więc wiedział o co chodzi ;)
No i co? I lipa! Zero siatkówki, zero roweru, zero zawodów, zero chodzenia... Wracam za 4 tygodnie!
Na dodatek: chodzenie o kulach to sport ekstremalny dopiero jest, trening siłowy pierwsza klasa, wszędzie są schody, wszędzie, a NFZ należy wysadzić w powietrze - do ortopedy mogę iść w listopadzie, prywatnie w przyszłym tygodniu...
Na dodatek: chodzenie o kulach to sport ekstremalny dopiero jest, trening siłowy pierwsza klasa, wszędzie są schody, wszędzie, a NFZ należy wysadzić w powietrze - do ortopedy mogę iść w listopadzie, prywatnie w przyszłym tygodniu...
Przepiękny weekend pod hasłem jednego, wielkiego, harkoru, rowerowego hardkoru pod wieloma postaciami. Na zachód! W Sudety! Do Mieroszowa! Kolejna edycja zawodów enduro emtb. Kluszkowce były mocne, a o Mieroszowie krążą legendy. Potwór Mieroszowski był karmiony cały tydzień i urósł do monstrualnych rozmiarów. Strach się bać! I słusznie! Zawody wyjątkowo trudne, OSy strome, kręte, o specyficznej, luźnej, sudeckiej nawierzchni. Takich ścieżek w Beskidach się nie znajdzie. Tereny genialne, góry piękne, pod rower idealnie wymagające. No i w końcu coś innego, nowego. Na zawodach śmierć w oczach - jeszcze się muszę duuuuuużo nauczyć - ale atmosfera świetna!
Założenia programowe zrealizowane: przeżyłam, nic sobie nie zrobiłam (rowerowi też nie), zawody ukończyłam i nie byłam ostatnia - w babach czwarta, w generalce bab trzecia :)
W niedzielę pojechaliśmy kupą na "czilałtową wycieczkę po zawodach" w Rudawy Janowickie. Górki cudne, zjazdy syte, skałki, jeziorka, widoczki extra, tylko jeszcze, żeby była chwila, co by na nie spojrzeć... Totalna porażka metodyczna w prowadzeniu wycieczki! I nie chodzi tu o przewodnickie zboczenie, tylko zwykłe, przyzwoite ogarnięcie faktu, że jedzie dziesięć osób i fajnie by było, żeby wszyscy to przetrwali i jeszcze mieli z tego jakąś przyjemność. No ale jak cyborgi zaiwaniają do przodu, nie informując całej reszty co, gdzie i jak, to się robi gonitwa, a nie fajne jeżdżenie. Ja wolę ciutkę inną organizację enduro-rzeczywistoście, ale poza tym było ładnie, ciekawie i inaczej. Fajnie, że była ogonowa grupa wsparcia :)
A z tematów inszych: argentyński finał Ligi Światowej nie dla naszych chłopaków :(
Góry po Robocie! Zaczął się sezon bazowy, to od razu mi to przyszło do głowy. Markowi też, więc szybko trzeba było plan realizować. Kierunek Lubań, bo weekendu na odwiedziny tamże w wakacje już niestarczy. No i mimo prognoz złych stawiliśmy się w czwartkowy wieczór na bazie. Nawet gwiazdy specjalnie dla nas wyszły zza chmur. A ja urzeczona zostałam lubaniowym boiskiem do siatkówki! Odkrycie: podstawowym i absolutnie koniecznym składnikiem naleśników, bez którego nie mogą się udać, jest cytrynówka. Zwłaszcza, jak się je smaży na bazie o 2.00 w nocy w środku tygodnia - no bo na Lubaniu naleśniki muszą
być! Mimo szczerych chęci rozsądnego pójścia spać, nie udało się. Po 2,5 godzinach snu skulaliśmy się na dół. Pierwsze dwie krople deszczu spały, jak wsiadaliśmy do auta. Dzień w pracy był trudny... ;)
Jest bardzo dużo gry! Dobiłam do trzech siatkówek tygodniowo! Dwie halowe i plażówka. Jedna halówka to ciąg dalszy z ekipą, z którą zaczęłam grać w ostatnim sezonie. Drugie granie halowe skończyło się wraz z rokiem szkolnym, ale jako spływowe pokłosie gramy twardo w siatkówkę plażową na piaskach AWFu.
Ale co najważniejsze wkręciłam się w fantastyczną ekipę, która gra w końcu tak, jak chciałam sobie pograć! Na bardzo wysokim poziomie! Same chłopy, które wiedzą co to jest konkretna siatkówka. Jest zagrywka, atak, blok, jest siła, jest gra kombinacyjna, jest bieganina w obronie i są hektolitry potu wylane na boisku. Podoba mi się bardzoooo!!!! Ja tak chcę grać! Takiej porządnej siatkówki szukałam! Mam nadzieję, że mnie nie wykopią ;)
Dzięki temu mogę ćwiczyć, to co faktycznie umiem i uczyć się tego w czym jestem słaba:
zagrywka - tu jest nieźle, nie mam tak mocnego serwisu jak chłopy, ale moja zagrywka jest perfidna i techniczna - albo opadające floty, albo asowe brazylijki w dziewiąty metr (nie do końca sobie z tym chłopaki radzą, więc jestem dumna i blada). Uczę się zagrywać z wyskoku, może się kiedyś nauczę...
atak - tu zawsze byłam dobra, choć granie zazwyczaj bez bloku trochę mnie rozpuściło. Teraz jest blok i to dobry blok, więc trzeba więcej kombinować, prostą ćwiczyć. Kilka czap dostałam, ale też kilka gwoździ wbiłam. Ha! I nawet czasem mi pajpy wychodzą! Poćwiczyć siłę i krótką.
blok - skakać w tempo to podstawa, wychodzi mi, choć ci z drugiej strony dość często mnie omijają. Ale nie zawsze im się to udaje i nawet mocne ataki jestem w stanie zablokować, a wybloki wyasekurować.
rozegranie - w sumie nigdy jakoś nie bawiła mnie rola rozgrywającego, ale ostatnio zaczynam ją doceniać. Jak jest z kim grać zaplanowane akcje, a nie przypadkowe zbicia, to jest to fajne. Potrzebna mi większa precyzja w rozegraniu w tył i na krótką, żeby nie gubić tempa.
obrona - lubię się tarzać po boisku, nie zawsze dobrze wychodzi, gwoździ nie wybronię, ale nie jet źle, a czasem nawet spektakularnie ;) Pady trzeba poprawić, bo kości biodrowe cierpią.
przyjęcie - tu jest nawiększa słabizna... nigdy nie byłam dobra w przyjęciu, choć czasem odbiór mocnej, kierunkowej zagrywki wychodzi mi całkiem przyzwoicie, podkręcone też zdarza mi się wybrać, najgorzej jest z najpopularniejszym, nie bardzo mocnym flotem - chyba nikt tego nie lubi.
Siła, wyskok, szybkość, precyzja - wieczny trening! ;) Jak ja uwielbiam siatkówkę!!!
Radocyna! Radocyna! Radocyna! Jak ja lubię Radocynę! Jedyny niezaplanowany weekend w te wakacje musiał zostać przeznaczony na Radocynę, po prostu musiał!
Najpierw miała się wybrać mega enduro-ekipa, ale prognozowane trzy krople deszczu tę oto ekipę zniechęciły. Pojechałyśmy zatem z Anną K. jedynie w towarzystwie naszych rowerów. No i zaczął się radocynizm wzorcowy piątkowo-wieczorny z kontynuacją na sobotni poranek, przepraszam, przedpołudnie ;) Koło południa właśnie udało mi się w końcu wsiąść na rower i zrobić sympatyczne kółeczko. Już miałam wracać na bazę dokańczać słodkie lenistwo, kiedy w hotelu nadziałam się na dwóch enduro-niespodzianków, co to mieli do Mieroszowa jechać, a wylądowali w Radocynie. Pojechalim razem dalej. Udało mi się w spektakularnie niemożliwy sposób rozwalić kask i trochę głowę zahaczając o gałąź drzewa, pod którym zupełnie świadomie przejeżdżałam. To tylko ja potrafię! :D A w sklepie w Wyszowatce - kulawy miś! Zakupilim na wieczór w sumie trzy butelki ;) No pięknie! Piękne drogi, piękne ścieżki, piękne łąki! I znów radocynizm wieczorno-przedpołudniowy w towarzystwie, wspomnianego wcześniej, misia ;) I znów na rower! Konkret rower! Mimo startu w okolicach południa dziecko się solidnie zmęczyło. A! w Regetowie pociągnęli asfalt do cmentarza! Po co?!?!
Z newsów radocyńskich: na bazie jest nowy, mały mieszkaniec, Ptaśkiem zwany. Najpewniej to jaskółka, młoda, co z gniazda wypadła, bez ogona. Cała społeczność bazowa łapie dla niej muchy i zajmuje się karmieniem.
Aaaaa, próbowałam okiełznać monocykl! Średnio mi szło, dwa kółka jednak lepsze!
Aaaaa, próbowałam okiełznać monocykl! Średnio mi szło, dwa kółka jednak lepsze!
W ramach dobrego podsumowania weekendu nasi siatkarze podwójnie ograli Amerykanów i nadal jest szansa na finał LŚ :)
No i znowu, i poraz kolejny! Jeszcze nam się nie znudziło?
No nie, nie znudziło! Rozbijaliśmy Gorc po raz szósty w naszej erze ;)
Obmyślanie, kupowanie, pakowanie i siup - jazda do Gochy w piątkowe popołudnie. Wóz podstawiony, spora część ekipy już na miejscu, więc w zasadzie pozostaje imprezowo rozpocząć akcje pod tytułem "rozbijanie Gorca 2013". Całe dwie godziny piętnaście minut snu, misiowa pobudka i 5.30 gotowość bojowa - pakowanie! (oczywiście zapomnieliśmy kilku drobiazgów zabrać...) Pyrkamy sobie traktorem w dół, potem w górę, w międzyczasie jeszcze dopak zakupów przy aucie. I dotarliśmy na Gorc! Rozpakowanie, śniadanie i do dzieła! Dzieło wielkie i wymagające, ale dzielna ekipa walczyła zwycięzko, mimo miejscami przeszkadzającego nam deszczu. No bo przecież deszcz to stan umysłu ;)
Z wydarzeń ciekawszych - dwa NSy dostały nóżek, no bo przenosiliśmy je... w całości ;) A przenosiliśmy je dlatego, że bazowy NS spleśniał straszliwie i trzeba go było zamienić ze świetlicą :( Oczywiście odbyły się też ćwiczenia terenowe z fliszu karpackiego, powstał piec i nawet został jeszcze w sobotę wieczór rozpalony - no idelanie prawie. A wieczorkiem ogniskowa imprezka na dobry początek seoznu. Niedziela ciut bardziej słoneczna i bezdeszczowa, zatem udało się sprawnie i szybko dzieła dokończyć.
Studencka Baza Namiotowa Gorc zaprasza wszystkich w swe zielone progi przez najbliższe dwa miesiace!
Dzięki! Cześć! I chwała! Dzielnej ekipie rozbijającej!
Absolutnym hitem sezonu są: kafeterka i różowe kalosze!
Absolutną porażką sezonu jest spleśniały i zgniły NS...
Hasło: deszcz to stan umysłu, ewoluowało w: Gorc to stan umysłu!
A na zakończenie weekendu kultura wyższa - "Carmina Burana" prezentowana przez orkiestrę i chór Opery Krakowskiej na dziedzińcu wawelskim.
Aaaaaaaaa i nasi ograli Argentynę! Dwa razy! Teraz już będą wygrywać wszystko! Tak będzie!
Aaaaaaaaa i nasi ograli Argentynę! Dwa razy! Teraz już będą wygrywać wszystko! Tak będzie!
Tadam! No i po dwóch latach skałowej separacji nastąpiła wiekopomna chwila w postaci małego powrotu do wspinania :) Nadarzyła się okazja, to się w skały wybrałam, na linie zawisłam, gdzieś tam się wspięłam w stylu żadnym ;) No i fajnie, na luzie bez napinki, bez formy kompletnie też, ale za to w miurowym bólem paluchów. Co tam! Miło było i może jeszcze będzie :)
A na deser znowu burza i kryspinowe moczenie gnatów.
I wszystko byłoby świetnie, tylko nasi siatkarze przegrywają w LŚ... Ktoś wie czemu?
I wszystko byłoby świetnie, tylko nasi siatkarze przegrywają w LŚ... Ktoś wie czemu?
Rower! Rower! Rower! konkretny rower! Była spora przerwa, więc rower!!!
Wstępem do weekendu miała być rowerowa imprezka ogniskowa na Zakrzówku. I dobrze się poskładało, bo ruszenie roweru spod ściany zakończyło się panicznym stwierdzeniem: co się stało w moimi sterami??!! Szybki demontaż i czyszczenie syfu, który tam się znalazł zapewne po zawodach w Kluszkowcach, zakończyły się diagnozą: zatarte na amen dolne łożysko... No to spid z łożyskiem w ręce do serwisu z hasłem "ratunku!" na ustach. Dajcie mi nowe łożyska! No o tym można zapomnieć, bo oczywiście to łożyska z kosmosu, na które się czeka minimum dwa tygodnie. Ale miły pan, widząć w mych oczach wizję zmarnowanego weekendu, w cudowny sposób łożysko ożywił. Jakoś tam się rusza, szału nie ma, generlanie do wymiany, ale przez chwilę jeździć się jeszcze da. Uff... (A imprezka była bardzo sympatyczna).
No ale do rzeczy! Sobota - rower! Ale jakoś tak sennie, upalnie, jakoś się nie chce nic... A nad zaplanowaną i wyczekaną Romanką jakieś takie dziwne ołowiane chmury zawisły. Nic To! Trzeba walczyć! No właśnie z tą walką, to ciężko było, bo największą chęć mieliśmy na położenie się spać. Miały być dwa piękne zjazdy z Romanki, ale tuż przed wykulaniem się Halę Pawlusią tak lunęło i tak przywaliło piorunami, że plan rozpłynął się szybko w strugach ulewnego deszczu. Niemniej jednak udało się pokonać bardzo fajny kawałek czerwonego szlaku na Słowiankę. Potem niestety odwrót, bo burzowe klimaty i awaria jednej sztycy myk-myk raczej dyskwalifikowały nas do dalszej jazdy. Zatem powrót do Kraka i spontaniczny wjazd na afterek piątkowego ogniska z widokami na wiankowe sztuczne ognie :)
Haha! Nowy pomysł się urodził! Po spływie, zafascynowani piaskiem, boiskami i fajną grą postanowiliśmy kontynuować zmagania z siatkówką na piasku. Rewelacyjnym odkryciem w tym temacie jest profesjonalne boisko do plażówki na AWF-ie, które można wynająć za zupełnie niewielkie pieniądze. Zatem gramy! Cioramy się w piachu! I jest pełen ubaw! I jakoś tak dziwnie wychodzi, że niekoniecznie na samej siatkówce się kończy ;) Tym razem w ramach bonusu przedłużającego imprezę był prawie nocny Kryspinów!
Akcja rozpoczęta! Takie upały, że nawet myślenie przychodzi z trudem. Jedyne o czym człowiek marzy przez cały dzień, to zanurzyć się w chłodnej wodzie. Zatem wzorem lat ubiegłych spontanicznie rozpoczęłyśmy kryspinowskie, wieczorne kąpiele. Rozpoczęcie było tak godne, jak zeszłoroczne zakończenie ;) Ufff, w końcu jakaś ochłoda!
No tak jakoś wyszło, że się zrobiło 3,5 dnia imprezy ;)
Zaczęło się od czwartkowych urodzin Dronki, które świętowaliśmy w ramach plażowych spotkań siatkówkowych na AWFie. W piątek, tak niestandardowo, ognisko kołowe, na które pierwszy raz od kilku lat nie pojechałam na rowerze. No trzeba przyznać, że świeżoupieczonym nawet udało się nawiązać do starych, dobrych, ogniskowych tradycji ;) A weekend właściwy? Weselny! Czyli wyprawa na imprezę do Oli i Budkacego. W sobotę miał być rower konkretny, ale dobra jakość ogniska trochę te plany zweryfikowała. Zatem miała być niespieszna jazda pogórska, która skończyła się ledwie na rogatkach Krakowa. Na prostej, asfaltowej drodze można sobie zmasakrować napęd... można! Ja potrafię! Efekt: skrzywiony hak, skręcony w trąbkę wózek tylnej przerzutki, skrzywiony łańcuch i scentrowane koło... Koniec jazdy! Nawet na sztywno nie dało rady tego uruchomić :( Odwrót do domu i jazda samochodem, ale z drugim rowerem w bagażniku ;)
Wesele! Wesołe wesele niestandardowe Oli i Budkacego. Pod Wieliczką na zielonej trawce - pełen uciech, dwa slaki, siatkówka, badminton, rowery, leżaki, kocyki, wypas gril i ognisko. Nie do końca zamierzone spanie pod chmurką i dłuuugie niedzielne wylegiwanie na trawie! Rewelacja! Absolutna rewelacja! Tysiąc razy lepsza impreza niż klasyczne sukienkowo-szpilkowe weselicha! Sto lat Młodej Parze!
PS. Kieca odzyskała swą śnieżną biel (moja, nie Panny Młodej ;)
PS. Kieca odzyskała swą śnieżną biel (moja, nie Panny Młodej ;)
Niby taka spokojna, półwyjazdowa perspektywa... ha, ha, ha! Najpierw trzeba się było wyspać, że niby na zapas. 14.00 to idealna godzina pobudki w leniwą sobotę. Akurat, żeby wskoczyć w kiece, szpile i lecieć Olę z Budkacym za mąż wydawać, znaczy towarzyszyć im w tym kroku. No i hajtnięci, wszystko według protokołu, szpalerem z nart i czekanów z kościoła wyprowadzeni! Młodzi z rodziną na obiadek, a my ekipą alternatywnie na plażę ;) No w sumie niezupełnie... grać w siatkówkę plażową! Na AWF-ie bardzo fajne boisko mają, więc dziecko sobie piling wszystkiego w piachu zrobiło i piłkę trochę potłukło :) Meczyk miał swoją imprezowo-gitarzoną kontynuację do późnych godzin nocnych...
A w niedzielę wyprawa na północ! Obowiązek reprezentacyjny wzywa! Zaczęła się Liga Światowa 2013! Polacy zaczęli ją źle, od porażki z Brazylią w Warszawie. Teraz czas na rewanż w Łodzi, do której to właśnie ruszyłyśmy ustrojone w biało-czerwone barwy. Zanim do Atlas Areny dojechałyśmy, trochę pozwiedzałyśmy zamki Jury Północnej i zaliczyłyśmy szybki przelot przez Piotrkowską. Pod halą trzeba się było zaopatrzyć w odpowiedni szaliczek i do boju!
Mecz dobry! Atmosfera nieziemska! Uwielbiam to! Uwielbiam siatkówkę! Uwielbiam naszą reprezentację! Uwielbiam oglądać mecze na żywo! Cóż z tego, że przegrali? Gra była ładna! Była Walka! Tylko ten nieszczęsny tie-break no...
Totalnie biało-czerwono! Totalna głupawa! Nocny powrót do Kraka i poniedziałkowe, pracowe zasypianie ;)
No! A teraz, Panowie, zabierać się za wygrywanie!
W myśl nowej, bożocielnej tradycji po raz trzeci spłynęliśmy! Tym razem prężna, dwunastoosobowa załoga Pięknych Syren Dziobowych i Dzielnych, Silnych Wioślarzy pokonała żywioł Liswarty i Warty.
Zaczęło się od konkretnego hardkoru... Wysoki stan wody, zakręty, wąsko i krzaki. No trzeba się było namanewrować. Jak się okazało leniwe pływanie kajakiem po spokojnej, nizinnej rzece może dostarczyć niebywałych emocji i być naprawdę niebezpieczne. Nasz kajak i my mieliśmy niebywałą okazję pozwiedzać jaz od spodu. Chwila nieuwagi, nie zdążyliśmy zaparkować przy brzegu, zepchnęło nas na jaz, wywróciło kajak i wsysło nas pod spód, kajak potem też. Wypłynęliśmy po drugiej stronie. Cud wielki, że nie stało się nam nic! Rzeczy też nie potraciliśmy, nawet bardzo wykąpane nie były. Gitara w całości i aparat foto również. Wypadek poważny, w życiu bym nie wpadła na to, że coś tak niebezpiecznego na zwykłym spływie łatwą rzeką może się wydarzyć... Kolejne piwo dla Anioła Stróża! Tego dnia dalej już nie popłynęliśmy.
Dzień następny byl w zasadzie słoneczny w różne atrakcje typu bystrza, progi i przenoski obfitujący. Po drodze mijaliśmy ekipę, która zaliczyła podobnie mocną wywrotkę na resztkach młyna i miała spore kłopoty z wyciągnięciem utopionego kajaka z silnego nurtu. W końcu też udało się pograć w siatkę! A wieczorem komary pożarły nas żywcem! W całości! Wszystkich!
Dzień Dziecka uczciliśmy nieumyciem zębów i odśpiewaniem wszystkich piosenenk z repertuaru Fasolek, Tik-Taka i Natalki Kukulskiej, które nam się przypomniały ;) Akurat przedpołudnie było chłodne, więc, żeby rozgrzać przemarznięte stópki skorzystaliśmy z bardzo fajnie przygotowanego boiska do siatkówki plażowej, które akurat nam się nawinęło i rozegraliśmy kolejnego seta. A miejsce z daszkiem i ławeczką było też dobre, aby przeczekać deszcz, który nie wiadomo skąd się pojawił. Na szczęście też się odjawił, zatem ruszyliśmy dalej, by znaleźć odpowiednio ociekające fantastycznością miejsce na nocleg i imprezę urodzinową Anny K. Ognicho, tort, trąbki urodzinowe, zamoknięte race tortowe, które wybuchły w ognisku, 12 osób w jednym namiocie i gitarowanie prawie, że o mało co do świtu.
Dzień ostatni, prawdziwie spływowy, w słonku, z cumuluskami na niebie, opalenizną na twarzy, leniwym tratwowaniem, piwka popijaniem, kolejnym siatkówkowym meczykiem na świetnym boisku (klub kibica mamy fantastyczny!) i ogólnym, wodnym czilałtem. A tu, kurcze blade, trzeba wracać na ląd...
Mimo średnio sprzyjającej pogody i mrożących krew w żyłach przygód, udało się pokonać 74 km rzeki, w tym 30 km Liswartą.
A tak na marginesie, Boże Ciało w 2014 roku wypada 19 czerwca, a rzeka która pojawiła się na celowniku to Wieprz. Już trzeba rozpocząć treningi! ;)
Prognozy pogody na weekend zapowiadały ciężką przeprawę dla naszych tyłków. I to nie tylko ze względu na perspektywę maksymalnego ubłocenia, ale konkretnego poobijania. Było ślisko! Bardzo ślisko! Był deszcz! Było zimno! Były dobijające wypychy i baaaardzo trudne zjazdy!
Zaczęło się od absolutnie ociekającego biwaczenia nad samiuśką wodą Jeziora Czorsztyńskiego z widokiem na zamek w Niedzicy. W sobotę zmierzyłyśmy się z problematycznym zjazdem zielonym szlakiem z Prehyby do Szczawnicy. Flaszka dla tego, kto zjedzie to w ciągu ;) W niedzielę zawody w Kluszkowcach, ostre objeżdżanie okolic Lubania - no było tam wszystko ze szczególną przewagą hardkoru i walki o życie. W mokrym i śliskim, bez hamulców to ja się jeszcze muszę nauczyć zjeżdżać, bo nie umiem zupełnie... W każdym razie tyłek przeżył, ubłocony wzorcowo. Zawody ukończone! hehehe, nie byłam ostatnia - wazon na kwiatki w bonusie ;)
Tak rowerowo sytego weekendu sobie nie przypominam :)
Sobota była przeznaczona na sportową rywalizację, hehehe... Pierwsza w tym sezonie edycja Enduro Trophy w Wilkowicach, czyli konkretne objeżdżanie Beskidu Małego. Podobało mi się, choć jak na zawody kilka fragmentów było, nazwijmy to, dziwnych. Ale ja w rejonie Magurki Wilkowickiej w ogóle nie jeździłam, więc kilka białych plam zostało fajnie przejechanych. Wniosek taki, że Mały to Beskid niedoceniony jest! Po prostu było ślicznie! A wieczorem odpoczywanie i oczekiwanie wyników w wyjątkowo sympatycznym ośrodku nad Jeziorem Żywieckim.
Haha! Jest pierwsze w karierze pudło i puchar z rowerkiem w kategorii bab! Haha! Normalnie pękam z dumy i ze śmiechu ;D O generalce nie wspominajmy...
A w niedzielę na dobicie pojechaliśmy objeżdżać OSy w ET w Brennej. Coś pięknego! Najcudowniejsze trasy jakimi w życiu jechałam! Trawers Beskidka czerwonym oraz dwa dzikie single! Mjuuuut pod kołem!
Odpuściliśmy ostatniego OSa. Pierwszy raz w życiu powiedziałam: mam dość! nie jadę! zjeżdżam asfaltem... Byłam naprawdę wyrąbana...
A w ogóle to jakaś ta wiosna mi się wydaje w tym roku w górach bardziej zielona. I tak się zastanawiam czy faktycznie tak jest, czy ja po prostu przez ostatnie sezony maj spędzałam raczej w Tatrach, w bardziej zimowych okolicznościach przyrody i nie pamiętam jak to jest ;)
Co ma wspólnego umiejętność posługiwania się igłą i nitką z rowerem? I dlaczego dzięki temu połączeniu można zaoszczędzić prawie dwie stówy?
Zaoszczędzić można dlatego, że nie trzeba kupować nowej opony. A kupować nie trzeba, bo przy pomocy igły i nitki moż zszyć oponę przeciętą w czterech miejscach :)
Śmietankowy, śmietanowy wieczór, tylko bez Śmietany...
Ale muzyka!
Ale muzyka!
Tak to już jest, że pół roku na biało, pół roku na zielono. I nie wynika to tylko z pory roku. Sezon skiturowy chyba się już skończył. Dla mnie ciut niespodziewanie :( Ale zaczął się sezon enduro! I znów będzie o napędzie, piastach, amorach, przerzutkach, smarowaniu, o zjazdach, o tyłku za siodełkiem i kamerdolcach pod kołem :)
No i tak właśnie zaczęliśmy sezon - ostrym zjazdem z Lubania na zachód. Nie ma to jak hardkor na dzień dobry :D I krzaking i atak mikrosporandiów zielonych, i wiosna piękna, prawdziwa! Lody krościeńskie i lody szczawnickie, i Małe Pieniny nieznane. A na finał spektakularny zjazd potokiem i OTB wzorcowe prosto w błocko. Jaki początek - taki cały sezon! Będzie moc!
A tak na marginesie: sezon skiturowy 12/13 zakończony (chyba) liczbą 25 dniówek :D
A tak na marginesie: sezon skiturowy 12/13 zakończony (chyba) liczbą 25 dniówek :D
Pomysłów i opcji było pincet, ale wszystkie niepewne i w ostatniej chwili ewentualnie decydowane, głównie ze względu na gips i stan zrośnięcia mojej ręki. Jak się w końcu wyklarowało, to stanęło na tym, że jedziemy z Anną K. na Litwę, na rowery, sakwiarsko!
Wszystko kłody pod nogi nam rzucało - od PKP, przez gupich chopów, po usterki samochodowe. Ale, że my dzielne baby są, to śmy się zawzięły i pojechały :D
Sakwy zapakowane, rowery wyrychtowane, to wszystko w auto i do Sejn, a potem już z pedała na Litwę! Były Druskienniki, Dżurkijski Park Narodowy, piękne drogi, lasy sosnowe, Niemen, wioseczki jak z "Nad Niemnem", rowerowo-kolejowe luksusy, Wilno na rowerze, stópki w Bałtyku, Mierzeja Kurońska, plaże i wydmy, krzaking wzorcowy 2 km od granicy z Rosją, Kłajpeda, Kowno, Pan Tadeusz, ciut Suwalszczyny i ociekające fantastycznością jezioro Serwy.
Za kierownicą roweru jakieś 350 km, ale co ważniejsze, za kierownicą Rovera 430 km! Tadam! Prawo jazdy odkurzone! :D
Kiedyś pisałam o rowerkach, na których w swoim życiu jeździłam i jeżdżę. Właśnie jest okazja, aby wspomnieć o kolejnym zwierzu rogatym, z którym mam do czynienia.
Z racji kolejnego sakwiarskiego pomysłu na nadchodzący weekend majowy pożyczyłam rower od taty. To bardzo sympatyczna, trekingowa maszyna, która zagościła w rodzinie jakieś półtora roku temu. Tata zainwestował, żeby jeździć! Z tym jeżdżeniem to różnie w sumie... Ale rowerek ten akurat w sam raz pod szosowo-szutrowo-sakwiarkie wyjazdy - idealny: koła 28, cienkie opony, wysoka kierownica, kanapowe siodło i amortyzowana sztyca - zatem wzięłam pożyczyłam i na rowerowy podbój Litwy jadę :)
Z racji kolejnego sakwiarskiego pomysłu na nadchodzący weekend majowy pożyczyłam rower od taty. To bardzo sympatyczna, trekingowa maszyna, która zagościła w rodzinie jakieś półtora roku temu. Tata zainwestował, żeby jeździć! Z tym jeżdżeniem to różnie w sumie... Ale rowerek ten akurat w sam raz pod szosowo-szutrowo-sakwiarkie wyjazdy - idealny: koła 28, cienkie opony, wysoka kierownica, kanapowe siodło i amortyzowana sztyca - zatem wzięłam pożyczyłam i na rowerowy podbój Litwy jadę :)
A co to to? A Go Sport Explorer, ponoć Kross ramy do tego robi.
Kolejny górski sezon przed nami! Pewnie zaraz znajdą się tacy co mają jeden nieprzerwany sezon, co to nigdy się nie kończy, nigdy nie zaczyna i będą się obruszać na takie stwierdzenie. Ale pominąwszy rozważania na temat początków, końców i kontynuacji sezonów wszelakich, chyba każdy reaguje pozytywnie na ciepłe promienie słońca i fiolet krokusów. No właśnie, skąd się bierze fenomen tych wiosennych kwiatków? Zaczęłam się ostatnio zastanawiać leżąc na łące i robiąc setne zdjęcie co roku tak samo wyglądających szafranów spiskich. Przecież liliowo-zielone dywany na tle wyschniętej, brązowawej trawy są takie opatrzone, obfotografowane i w efekcie banalne. Czemu nikt nie dostaje wiosennego szału na widok przebiśniegów, zawilców czy pierwiosnków? No przecież równie śliczne są! Zatem w ramach buntu przeciw wiosennym schematom w tym numerze nie będzie ani jednego krokusa! Innych kwiatków też nie! Za to konkretne góry i owszem.
Mam nadzieję, że nasze łamy będą wiosenno-górską inspiracją. Wybór mamy geograficznie szeroki. Sporo miejsca zostało poświęcone Karpatom, ale tym za miedzą – zapraszamy na kolejny spacer po słowackich zakątkach, rowerową przejażdżkę na Ukrainie i spotkania z historią w Rumunii. Dla wielbicieli górskiej egzotyki kilka słów o górach północy i himalajskich dolinach. A w ramach uzupełnienia i ocieplenia europejskich klimatów zapraszamy do Katalonii.
Zatem witaj wiosno! W góry idziemy!
Ostatnie chwile abstynencji od nart i roweru trzeba było jakoś ciekawie i z pożytkiem zagospodarować. Czyli klasycznie w ramach rekonwalescencji, jak to już wielokrotnie bywało - na chatę! Oddziałowo-akademicko się integrować, chatowo-wiosennie porządkować, krokusy fotografować i generlanie miło, sympatycznie, leniwie i w dobrym towarzystwie czas spędzać.
Przy okazji udowodniono również, że z gipsem da się rąbać drewno (przeprowadzałam szkolenie w tym zakresie, szkolona rozłupała pierwszego klocka w swoim życiu :). Jak również okazało się, że gra na gitarze też jest możliwa i nawet otoczenie jest w stanie to przeżyć (przypuszczam, że mój ortopeda umarłby na zawał ;)
A tak na marginesie: REEEEEEEESOVIAAAAAAAAAAA !!! MISTRZEM! :)
No ale przyznać trzeba, że ZAKSA cały sezon grała najładniej.
W pierwotnym planie miał być babski weekend z łamagą gdzieś w górach, ale baby bakcyle zmogły i deszcz wystraszył, więc plan padł. W międzyczasie mokre z nieba zmieniło się w piękne słońce, to jakoś mi się żal zrobiło i siedzenie w domu uwierać zaczęło. No to rodzina łamagę na spacer zabrała i szukaliśmy wiosny niedoszłej na Spiszu.
Informuję oficjalnie, że wiosna doszła i jest!
A na koniec miała być radość wielka, a jest odroczenie wyroku. Resovia przegrała z Zaksą - nie ma Mistrza Polski, będzie piąty mecz :(
Jak się nie da jechać w góry na narty, na rower też nie, to się uprawia krajoznawstwo. A jak się jeszcze kilka innych zbiegów okoliczności zdarza, to się ląduje we Wrocławiu! Z dużych i ważnych miast polski na liście jeszcze niezwiedzanych miałam Poznań i właśnie Wrocław, zatem w podskokach się tamże wybrałam. Jak za starych dobrych czasów, wyszło rodzinne krajoznawstwo wzorcowe.
Podoba mi się to miasto! Lubię takie! Ładne bardzo stare miasto, robiąca wrażenie wielkomiejskość, pincet gotyckich kościołów, Panorama Racławicka, Ostrów Tumski i urzekająco-zaskakujące krasnale (no ktoś tu zapodał pierowskim majstersztykiem). Ale i tak za największą rewelację uważam smaczki modernistyczno-funkcjonalistyczno-socrealistyczne: Halę Stulecia, dom handlowy „Renoma” i bloki przy pl. Grunwaldzkim.
Dodatkowo wielki plus dla miasta za infrastrukturę rowerową! uwaga! Wrocław ma śluzy rowerowe na skrzyżowaniach. Do tego mnóstwo bardzo ładnych i funkcjonalnych stojaków rowerowych, barierki na ścieżkach rowerowcyh przed skrzyżowaniami i kilka innych fajnych dla dwókołowców patentów. No, prawie, że o mało co, mogłabym tam mieszkać ;)
Niefajne z tego wszystkiego było pięc godzin w pociągu do Kraka, ale przynajmniej przejeżdżaliśmy przez Kędzierzyn, gdzie właśnie Resovia dostawała baty od Zaksy w pierwszym meczu finałowym...
Pogoda przez cały tydzień zapowiadała, że w weekend ogłoszą lawinową czwórkę. No i ogłosili! A tu piękne słońce, mróz i bez wiatru. Idealnie! Tylko co tu robić przy takim zagrożeniu lawinowym? Jakto co? Kasprowy-frirajdowy! No to pojechalim, burżujsko kolejką wyjechalim i na Gorczyczkowej się bujalim. Nie tylko my się bujalim pozatrasowo, więc wszystko co świeże było totalnie rozjechane, ani centymetra kwadratowego dziewiczego śniegu. Zaskakująco szybko zmienił się śnieg wciągu dnia: od leciutkiego puszku w okolicach 9.00 rano, po siadły i mokrawy o 15.00.
Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jedna wredna i cwana gałązka, która udawała zielone, a była brązowa. Stanęła mi na drodze i zaatakowała bezczelnie, bo śmiałam przejechać obok niej. W efekcie musiałam odświeżyć znajomości z ortopedami w szpitalu na Galla. Powtórka z rozrywki niestety. Znów śródręcze, znów lewe, znów gips na pięć tygodni... Tym razem złamałam piątą kość dłoni, do kompletu, do czwartej i trzeciej sprzed dwóch lat :/
Naukowo zostało udowodnione, że moje wszelkie wypadki w górach wybitnie zależą od towarzystwa ;)
Cóż zrobić? Nic tylko się zrastać! Żegnamy kwietniowe, tatrzańskie firny... Będę je oglądać tylko na zdjęciach... Ale długi weekend majowy w Alpach musi być!
Po trzech tygodniach przerwy i nieróbstwa perfekcyjnie uzasadnionego, wróciłyśmy do narciarskich wtorków. No i opłacało się, bo odkryłam piątą Amerykę w tym sezonie! Jeszcze nie wiem czy to ta właściwa, ale mam nadzieję, że tym razem tak. Sekret chyba tkwi w stawaniu na palcach :)
Weekend sezonu? Przynajmniej dotychczasowego - tak! Śniegu spadło mnóstwo i jak tu tego pięknego faktu nie wykorzystać? Tylko gdzie korzystać, skoro lawinowo się zrobiło bardzo. Lekiem na takie sytuacje jest niezastąpiona Chochołowska. Jedyny problem w tym, że aby się dostać do raju, trzeba przebyć te obrzydliwie nudne kilometry w te i nazad też. No ale czego się nie robi by dostać się do raju? A jak niespodziewanie drogę Ci skraca miły pan w ułazie, to szczęśliwość jest jeszcze pełniejsza. Cóż powiedzieć? Puuuuch! Taki prawdziwy, po pachy! Puch! Na Grzesiu puch, ale niekwestionowanym MVP wyjazdu był Krowi Żleb, pod Trzydniowiańskim. Bajeczna bajka lawinowo stabilna - można chcieć więcej? Może tylko, żeby ta bajka była tak trzy razy dłuższa :) Pływanie, przepiękne pływanie w puchu wysokiej klasy. Dla uzupłenienia przyjemności wieczór sabotowany Sabotażystą, szarlotką chochołowską i innymi specjałami oraz spotkaniami na skiturowym szczycie ;) A, Nie wspomniałam o całodniowo święcącej lampie, dużej mocy. Dzień drugi fantastyczny podobnie, rozpoczęty turą przez Trzydniowiański na Czubik z widokami w pakiecie. Zjazd mieszany, czyli mniej porywający z lawinową przygodą ostrzegającą. Tak na potwierdzenie ogłoszonej trójki, wyjechała spod nas deska, naszczęście niegroźna dla nas zupełnie, ale do myślenia trochę dająca. Potem jeszcze dwie wisienki na nasz tort bezowy dołożyliśmy w postaci kolejnej nowej lini w grzesiowym lesie i trzeciego już, miodowego orania Krowiego Żlebu. Więcej z tego puchowego alarmu wycisnąć się nie dało - godnie i syto! :D
A w międzyczasie dwie siatkarskie porażki, a w zasadzie trzy. ZAKSA przegrała oba mecze w finale Ligi Mistrzów i wróciła bez medalu niestety. A serwery Ressovi prawie eksplodowały, co uniemożliwiło zakup biletów na półfinałowy mecz z Delectą, czyli za tydzień do Rzeszowa nie jedziemy :(
Sobota została przeznaczona na zaległości rodzinno-domowe. Niedziela w zasadzie, prawie też, bo miał się odbyć rodzinny spacer z fokami, ale pogoda trochę pokrzyżowała nam plany. Zatem cóż robić z tak parszywie deszczowym weekendem? Kupić dostęp do Polsatu Sport i zasiąść przed monitorem :D Szkoda, że nie w jakiejś hali, ale niech już będzie.
Piątek: pierwszy półfinałowy mecz play-off ZAKSA vs Jastrzębski 0:3 - hmmm... co ta ZAKSA wyrabiała?! Jastrzębski ładnie całkiem grał, ale sposób w jaki Kędzierzyn położył się na boisku (w trzecim secie zwłaszcza) lekko mnie zszokował. No ale podobno już myślą o Final Four LM za tydzień...
Sobota: grają baby - pólfinały Pucharu Polski, półfinały LM. Widziałam mecz Impelu z Atomem 2:3 - nawet całkiem to ładne było. Szkoda mi Muszyny, co przegrała z Dąbrową.
Niedziela: baby grają finały - Ligę Mistrzyń wygrał VakifBank Stambuł, finał z Rabitą Baku, jak rok temu, tak samo. Puchar Polski wywalczyły dziewczyny z Dąbrowy, po pięciu bardzo różnych setach pokonały Atom Trefl Sopot. Nie przepadam za damską siatkówką, ale na oba mecze patrzyłam - urozmaicenie przy odkurzaniu w sam raz.
Gdzieś tam w międzyczasie Skra wygrała z Treflem w ramach walki o piąte miejsce, wcześniej Politechnika Warszawska poradziła sobie z Effectorem.
Deser: Resovia vs Delecta (pierwszy mecz play-off drugiej pary półfinałowej).
Resovia... no żesz... Deleccie trzeba przyznać - jest przyjęcie, jest gra środkiem, jest wygrana... Ładna gra obu stron! W poniedziałek wisienka na torcie - drugi taki mecz :)
Raz na pół roku lubię takie weekendy.
Nic tylko jutro trzeba iść graaaać! :)
Nic tylko jutro trzeba iść graaaać! :)
Tak, wiem, że mówiłam, że żadnych zawodów. Ale jak już raz złamałam tę zasadę, to drugi raz też można było :) Zostałam wyciągnięta na Puchar Polarsportu do Zawoi. Chyba najłatwiejsze i najbardziej wyluzowane zawody skiturowe w całym cyklu PPA.
Założenia były trzy:
1. nie zrobić sobie krzywdy (sezon w pęłni - kolana powinny działać)
2. ukończyć zawody i zostać sklasyfikowaną
3. zmieścić się w pierwszej 200 ;)
Wszystkie trzy cele zostały zrealizowane, ostatni nawet lepiej, bo padła pierwsza 150 - miejsce 146 :D Fajnie było, zmęczyło się dziecko trochę.
A w niedzielę zamiast w słoneczne Tatry, pojechaliśmy na chmurne Pilsko. Ale zjazdy po fajnym, betonowym lesie wyszły sympatyczne.
Od pięknego puchu po pas, po mokrą, syfną breję. W trzy dni co najmniej sześć rodzajów śniegu. Do tego white out, śnieżyca, bardzo silny wiatr, odwilż i rosnąca dwójka. Idealne warunki, żeby się przeszkolić: jak się nie dać zabić przez lawinę.
Wystartowaliśmy w piątek jeszcze przed bladym rańcem, żeby jak najwcześniej wylądować w Piątce. Szkolenie miało się zacząć koło południa, a my chcieliśmy sobie wcześniej jeszcze coś zjechać. Warunki lawinowo kiepskie. Podeszliśmy pod Miedziane, nie dotarliśmy nawet pod żleby - darcie wyżej mądre by nie było. Spod narty wyjeżdżało, ale zjazd bajkowy w głębokim puchu. Potem pipsologia... szukanie, metoda krzyża, wielokrotne zasypanie, bliskie zasypanie, organizacja akcji lawinowej, sondowanie, kopanie, profile, testy lawinowe... Czyli wszystko, co o lawinach wiedzieć trzeba i wszystko co trzeba ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć... A na deser krótka tura w kierunku Gładkiej, bo nigdzie indziej iść się w takich warunkach nie dało. Zjazd ze schroniska - mokra, odwilżowa masakra urozmaicona lotem przez czuby nart i bliskim spotkaniem twarzy ze śniegiem. A na koniec pyszna sałatka i sabotażyści :)
A po drugiej stronie, spod Miedzianego wyjechała lawina... jedna ofiara...
A po drugiej stronie, spod Miedzianego wyjechała lawina... jedna ofiara...
Czyli wyjazd pod tytułem: nie umiem jeździć na nartach i nie mam najmniejszej ochoty słuchać instruktora! Będę robić po swojemu i już! A jeździć dalej nie będę umieć....
Miałam jechą na zachód - na Śnieżnik. Pojechałam na wschód - w Bieszczady. Choć w sumie wyjątkowo mi się w piątek jechać nie chciało. Jednak wewnętrzna mobilizacja bardzo się opłaciła.
Chodziło o to, by hucznie świętować sto czternaste urodziny Mikołaja, Miśki, Mariusza i Pabika. Zatem świętowaliśmy w Bazie Ludzi z Mgły. A przy okazji całą bandą świętujących szwendaliśmy się po okolicznych bieszczadzkich pagórach. Z foki, z buta, z raka, z rakiety, z jabłuszka...
Zjazdy tym razem wybitne z Wetlińskiej do Berehów, z Caryńskiej prawie do Berehów i z Małej Rawki tam gdzie zawsze :) Gwiazdą wyjazdu był white out!
Czyli wyjazd pod hasłem: trzy baby siedzą na wyciągu i łapią doła, jak to nie umieją na nartach jeździć, rady mądrych instruktorów nie skutkują, a ćwiczenia zadane nie wychodzą...
No ale mimo wszystko pojeździłymy :)
No i napadało! (no nie tak dużo jak byśmy chcieli, ale jest) Rozjeżdżamy ten puch! Gdzie? Luboń i przecinka w końcu znaleziona, piękna, choć rozdziewiczona i z pewnym śniegu niedosytem. Wyścig wśród dzikiego tłumu skiturwców prawie wygraliśmy. Pysznie! Zjazd do Raby Niżnej też miodny. Potem myk na Maciejową, wieczorne posiady i przedpołudniowe zabawy puszyste. A potem skok na Szczebel i rewelacyjnie zjeżdżalny las - stromy i przejżysty - idelany!
A teraz skiturowa prawda nr 73: zawsze miej przy sobie solidny sznurek, bo jak foka wybierze wolność, to sobie (jak to drzewiej traperzy robili) opleciesz sznurkiem z węzełkami ślizg i będzie działać :) Z pozdrowieniami dla Uszatej!
Bal Przewodnika! Ha! Była impreza! Bajkowa, bajeczna, z księzniczkami, czerwonymi kapturkami, wilkami, pszczółkami Majami, myszkami Miki, Alladynami i innymi bajkowymi stworami... Raz do roku szpilki, kieca i do tańcowania! :)
Odwilż totalna, nigdznie nie było śneigu, nigdzie! Smutne trawska wystawały po polach. A tam? Inny świat, inna kraina. Złatna! A stamtąd na Rysinakę! W pięknym śniegu i w górę, i w dół (no dobra, nie było idelanie, bo śnieg dość trudny, ciężkawy). W każdym razie piękny, foczy wystup w ramach rozgrzewki przed balem :)
To się staje już nudne ;) Powszednie zupełnie, cotygodniowe. Narciochy! Narciochy! Narciochy! W Kraku odwilż szaleje, a tam w śnieżnickim, ciemnym lesie inny, piękny świat!
Coś nowego! Otwieramy okno, żeby przewietrzyć. I już czujemy rześkie, mroźne, zimowe powietrze. Krótko mówiąc wprowadzamy kilka zmian w naszym wyglądzie. W treści żadnej rewolucji nie robimy, przynajmniej na razie. Zatem z lekkim niepokojem prezentujemy ten numer, pytając czy się spodoba?
W międzyczasie oczywiście myślimy o zimie, o zimie w górach, rzecz jasna! Myślimy i piszemy.
Zima, góry – bezpieczeństwo! Od tego zaczynamy. O konieczności posiadania lawinowego ABC (sondy, łopaty i detektora) podczas zimowych wędrówek w lawiniastych górach już, mam nadzieję, nikogo przekonywać nie trzeba. Zatem tym razem prezentujemy kolejny patent, który może zwiększyć nasze bezpieczeństwo – plecaki lawinowe – co to, po co, na co? Wyjaśniamy! Zaglądamy na nasze zimowe podwórko. Odkrywamy narciarskie tajemnice Beskidu Sądeckiego i nie chodzi tu zupełnie o popularne stacje narciarskie.
Jedziemy też w amerykańskie góry egzotyczne i to na dwa końce obu Ameryk – Alaska i Patagonia. Tradycyjnie zapraszamy też na wschód, do Albanii na ostatni odcinek wędrówki po tamtejszych górach oraz za miedzę, na Słowację. Dla tych co zimą wolą mniej ekstremalne, kulturalne rozrywki, jest zaproszenie do Muzycznej Owczarni w Jaworkach oraz jak zwykle góra książek o... górach.
Zupełnie nie wiem czemu, ale góry zimą są wyjątkowo pociągające...
No cudnie! Wszystko cudne! Sceneria cudna! Szadź na wszystkim cudna! Na moich rzęsach też! Warunki fajne i karnet odkupiony za bezcen! Taki oto wieczór narciarski na Śnieżnicy :)
A najbardziej cudne to są moje buty - w nich nie da się nie jeździć na przodach! A narty robią co ja chcę, zanim zdążę pomyśleć co ja chcę!
A jutro kierunek ukraiński...
I w końcu! I wreszcie! Nareszcie! Spadło białe z nieba na ziemię ku ogólnej szczęśliwości. Puuuuch! Pierwszy tegoroczny, głęboki, miękki, biały puch! Pięknie! Piękna tura, piękne zjazdy! Piękny Sądecki, a Pieniny zwłaszcza! MVP wyjazdu został Wysoki Wierch ;)
A piękna, wiosenna miłość została w końcu skonsumowana! Z TLT 5 do końca moich foczych dni!





