Narciochy świąteczne. Tak, żeby w domu nie siedzieć i kolejnego kawałka sernika nie wcinać, to już chyba tradycyjnie, rodzinnie na narty trzeba było jechać. Kierunek Szczyrk. Odwilż zrobiła swoje - do foczenia i poza trasą bez szans. Jedynie oblodzony, czarny FIS na Skrzycznym dawał się zjechać bez szkody dla ślizgów. W pakiecie mrożenie wszystkiego, a kolan w szczególności, na krajoznawczo podróżującym krzesełku. Uwielbiam polskie full-wypas stacje narciarskie ;)
Święta. Wesołych Świąt! Wszystkiego dobrego na Święta! Odpocznij w Święta! Najedz się w Święta! Atmosfera Świąt! Idą Święta! Święta, święta, Święta, święta...
Ale jakie Święta?!
Święta Bożego Narodzenia!!!
jakby ktoś przypadkiem zapomniał...
Ale jakie Święta?!
Święta Bożego Narodzenia!!!
jakby ktoś przypadkiem zapomniał...
Tak to jakoś dziwnie bywa, że przedświąteczne focze wypady z Agą wychodzą ciut ekstremalnie ;)
Ale od początku. W piątek zjechali do mnie Szanowni Państwo K. w liczbie: trzy. Ja z Agą na koncert HEYa (zresztą rewelacyjny!), a Seba z Jasiem do spania. W sobotę ja do Oświęcimia, Seba na Zakrzówek, a Aga z Jasiem do zabaw wszelkich. Wieczorem wszyscy my do Zakopanego.
A w niedzielę z foki!!! Na naszą The Women's Expedition. Ruszyłyśmy z Kuźnic w kierunku Boczania. W planie był Murowanie, potem Kasprowy i zjazd Goryczkową, ale z podejścia zawrócił nas narciarz wracający z góry - duje i mgła. No to odwrót, przy okazji zgarnęłyśmy jeszcze jedną dziewczynę, która szła za nami. Alternatywa - klasyk na Kasprowy. Fajnie się człapało. Dotarłyśmy pod krzesełko, potem stokiem do góry, ale tam już fufało solidnie. Udało się dojść tylko do kotła, dalej bez szans...
Zjazd zupełnie sympatyczny, choć bez miłego puchu - świeże wywiało.
Zatem sezon turowy rozfoczęty!!!
Był to również dzień testów: kurteczka wygrana - cud-miód nieprzewiewna. A buty? Fantastyczne! Nic nie obtarły, sztywne, wysokie, ugięte, dopasowane. Myślą szybciej ode mnie i nartę prowadzą dokładnie tam gdzie trzeba!
Zdjęć brak, bo inteligentnie nie wzięłam sobie karty do aparatu...
W górach śniegu coraz więcej i szanse focze rosną, zatem się wybrałam, że niby w góry... Świętokrzyskie i to bez nart... No cóż, trudno. Trzeba było społeczny obowiązek, do którego zapał już słaby, spełnić i na spotkaniu Komisji Akademickiej się stawić oraz zasypane gołoborze i Święty Krzyż zobaczyć. A korzystając z okazji zawitania na kielecką ziemię sympatyczne gniazdo Oss odwiedzić. Zrobiło się wielkie, szkolne spotakanie po latach z dwoma kilkumiesięcznymi bąblami w roli głównej - to ten kosmos właśnie ;)
Ale za tydzień to już z foki na tysiąc procent ;)
- 8. KFG w wersjach popołudniowych - był!
- rozjazd śnieżnicki, czyli rozpoczęcie sezonu narciarskiego - był!
- drytooling na Zakrzówku po raz pierwszy w życiu - był!
- a! i święty Mikołaj ten spodziewany i niespodziewany - też był!
- rozjazd śnieżnicki, czyli rozpoczęcie sezonu narciarskiego - był!
- drytooling na Zakrzówku po raz pierwszy w życiu - był!
- a! i święty Mikołaj ten spodziewany i niespodziewany - też był!
W piątek wielkie podpuszczanie - decyzja: bierzemy rowery! W sobotę oświata oświęcimska i śnieg z nieba - decyzja: rowery są bezsensu. Zatem kilka niezbędnych elementów pod pachę i na imprezę kuroswo-andrzejkową do Zawoi. Miło, sympatycznie i dużo dawno niewidzianych ludzi. Wszystko świetnie, tylko zasnęłam o 22.00... bynajmniej nie z przyczyn imprezowych - porażka kompletna... Na usprawiedliwienie mam tylko, że nockę wcześniej 3,5 h snu było, no ale bezpresady...
Niedzielnie, niespiesznie przespacerowaliśmy się na Markowe, na kawę.
Jak nam się przypruszone Babiszcze piętrzyło i mizdrzyło podglądnąć można tu.
Niedzielnie, niespiesznie przespacerowaliśmy się na Markowe, na kawę.
Jak nam się przypruszone Babiszcze piętrzyło i mizdrzyło podglądnąć można tu.
...rowerowa miała być. Sezon miałam zakończyć, ale skoro nie zakończyłam, to znaczy, że jeszcze trwa! Że jeszcze będzie można pojeździć! Że nie trzeba jeszcze idealnie myć roweru na zimę! A i zaległości towarzystkie trochę nadrobiłam w międzyczasie. Same pozytywy z niezakańczania sezonu, minus tylko taki, że nie pojeździłam :(
Aha, był to siódmy niewypał rowerowy w tym sezonie...
Długi weekend listopadowy. Kto normalny wybiera się gdzieś w jakieś góry w taka pogodę? Normalny nikt, ale my tak! Na rowery oczywiście! I to jeszcze w Sudety, a dokładniej na samiutki zachód - w Góry Izerskie, ponoć takie rowerowo świetne. Środa wieczór, dwa auta, pięć osób i pięć rowerów w gotowości bojowej. Koło 1.00 w nocy byliśmy już w sympatycznym ptsmie w Piechowicach, który okazał się fajną miejscówką na cały wyjazd.
Dzień pierwszy rozgrzewkowy: zjechaliśmy do Szklarskiej Poręby do IT po supermapy rowerowe, a potem na Wysoki Kamień, na Zwalisko i do kopalni kwarcu, potem powrót do Szklarskiej, karkonoski bonusik w postaci wodospadu szklarki i do ptsmu. Po drodze zimno, śnieg i pierwsza guma.
Dzień drugi był kosmicznie pokręcony. W nocy tak wiało, że odcięło nam prąd, przy okazji powaliło trochę drzew, co później mocno spowolniło naszą jazdę. Podjechaliśmy samochodami do Jakuszyc, a tam 5 cm śniegu... Chcieliśmy jechać do Chatki Górzystów, ale nie dało się... odwrót, ale przynajmniej poćwiczyliśmy zjazdy bez przyczepności. Pojechaliśmy szukać słońca. Na Rozdrożu Izerskim lało, więc zapodaliśmy zapchajdziurę muzealną. W międzyczasie wyszło słońce, zatem znów na rowerki. Było miło, tylko za dużo drzew w poprzek, a na zjeździe ścieżką krzywą poszedł hak od tylnej przerzutki - dobrze, że to było na sam koniec. Na dodatek jakieś rozbrykane dzieciaki spuściły powietrze z koła samochodowego - pompowanie oczywiście pompką rowerową ;) Szklarska Poręba taka niby rowerowa kraina, a po sezonie cięzko serwis rowerowy wyczarować, ale nowy hak zdobyć się udało! Na dobicie był powrót po porzucone przy pakowaniu do auta siodełko... Co się jeszcze mogło zdarzyć? Brak prądu w schronisku i widmo braku ogrzewania, ale naprawili w końcu...
Dzień trzeci - dzień czeski - dzień wietrzny z mega podjazdem na Smrk i nawet fajnego zjazdu w nagrodę nie było :( Nawet wyprażany syr domowej roboty i czeskie piwo nie wynagrodziło tego niedosytu.
Dzień czwraty ostatni. W końcu wyszło słońce i zrobiło się ciepło, tak na deser. Zatem jeszcze raz do Jakuszyc, a tam okoliczności przyrody zupełnie inne niż dwa dni wcześniej. Zatem do Orlego, na Hale Izerską i do mitycznej Chatki Górzystów (naleśniki rządzą!). W końcu! Spokojny niby powrót z małym lataniem z mostu w towarzystwie sporego drąga. Szczęśliwie lotnikowi nic się nie stało, rower też cały. Jeszcze tylko chwila wylegiwania w listopadowym słonku po drodze, pakowanie do aut i niekrótki powrót na wschód, do Krakowa znaczy...
Co i jak było podglądnąć też można.
Muszę się pochwalić - zostałam serwismanem wyjazdu :) na koncie: złamany hak tylnej przerzutki i demontaż połowy napędu, niewspółpracujące tarczówki mechaniczne, zacinające się Vłki, wygięta przerzutka przednia, zerwany łańcuch, podwójne klejenie dętki - dało radę wszystkie rowerki naprawić.
Moje dwukołowe kochanie marudziło z klockami - hamowanie gratis na podjeździe - poległam...
Generlanie wyjazd baaaardzo udany, ale rowerowo nie do końća - za duzo asfaltu i podjazdowych szutrów, a za mało fajnego, wymagającego zjazdu. Beskidzkie kamienie do tego są lepsze!
Dzień pierwszy rozgrzewkowy: zjechaliśmy do Szklarskiej Poręby do IT po supermapy rowerowe, a potem na Wysoki Kamień, na Zwalisko i do kopalni kwarcu, potem powrót do Szklarskiej, karkonoski bonusik w postaci wodospadu szklarki i do ptsmu. Po drodze zimno, śnieg i pierwsza guma.
Dzień drugi był kosmicznie pokręcony. W nocy tak wiało, że odcięło nam prąd, przy okazji powaliło trochę drzew, co później mocno spowolniło naszą jazdę. Podjechaliśmy samochodami do Jakuszyc, a tam 5 cm śniegu... Chcieliśmy jechać do Chatki Górzystów, ale nie dało się... odwrót, ale przynajmniej poćwiczyliśmy zjazdy bez przyczepności. Pojechaliśmy szukać słońca. Na Rozdrożu Izerskim lało, więc zapodaliśmy zapchajdziurę muzealną. W międzyczasie wyszło słońce, zatem znów na rowerki. Było miło, tylko za dużo drzew w poprzek, a na zjeździe ścieżką krzywą poszedł hak od tylnej przerzutki - dobrze, że to było na sam koniec. Na dodatek jakieś rozbrykane dzieciaki spuściły powietrze z koła samochodowego - pompowanie oczywiście pompką rowerową ;) Szklarska Poręba taka niby rowerowa kraina, a po sezonie cięzko serwis rowerowy wyczarować, ale nowy hak zdobyć się udało! Na dobicie był powrót po porzucone przy pakowaniu do auta siodełko... Co się jeszcze mogło zdarzyć? Brak prądu w schronisku i widmo braku ogrzewania, ale naprawili w końcu...
Dzień trzeci - dzień czeski - dzień wietrzny z mega podjazdem na Smrk i nawet fajnego zjazdu w nagrodę nie było :( Nawet wyprażany syr domowej roboty i czeskie piwo nie wynagrodziło tego niedosytu.
Dzień czwraty ostatni. W końcu wyszło słońce i zrobiło się ciepło, tak na deser. Zatem jeszcze raz do Jakuszyc, a tam okoliczności przyrody zupełnie inne niż dwa dni wcześniej. Zatem do Orlego, na Hale Izerską i do mitycznej Chatki Górzystów (naleśniki rządzą!). W końcu! Spokojny niby powrót z małym lataniem z mostu w towarzystwie sporego drąga. Szczęśliwie lotnikowi nic się nie stało, rower też cały. Jeszcze tylko chwila wylegiwania w listopadowym słonku po drodze, pakowanie do aut i niekrótki powrót na wschód, do Krakowa znaczy...
Co i jak było podglądnąć też można.
Muszę się pochwalić - zostałam serwismanem wyjazdu :) na koncie: złamany hak tylnej przerzutki i demontaż połowy napędu, niewspółpracujące tarczówki mechaniczne, zacinające się Vłki, wygięta przerzutka przednia, zerwany łańcuch, podwójne klejenie dętki - dało radę wszystkie rowerki naprawić.
Moje dwukołowe kochanie marudziło z klockami - hamowanie gratis na podjeździe - poległam...
Generlanie wyjazd baaaardzo udany, ale rowerowo nie do końća - za duzo asfaltu i podjazdowych szutrów, a za mało fajnego, wymagającego zjazdu. Beskidzkie kamienie do tego są lepsze!
Ha! Się działo, cieżko było, ale przeżyliśmy! Kto był ten wie, jakim cudem ;) A i mecz z tatrzańcami przegraliśmy tylko 0:1 i to w doliczonym czasie. Chwała Basi, trenerowi drużyny (tak, tak, tą ważną funkcję też pełni baba ;) A! Uwielbiam naszego bramkarza! Tatrzańcy strzeżcie się! W przyszłym roku z beskidzkimi szans nie będzie! A co i jak po kolei było na zdjęciach zobaczyć można.
Rowerowanie! Jakże mogło być inaczej! Taka pogoda! Takie warunki! I jak zwykle arcyspontaniczne zmiany planów. Pojawiła się koncepcja dwudniowej, słowackiej Magury Spiskiej. Jednak z powodu niedoprecyzowania pewnych faktów w sobotę wylądowaliśmy na polskim Spiszu, a w niedzielę na Luboniu i Szczeblu. Dwa kompletnie różne dni - inne warunki i inne, nazwijmy to, problemy rowerowe.
Wyjechaliśmy trochę opóźnieni z Kacwina niebieskim szlakiem wzdłuż granicy, w kierunku przełęczy nad Łapszanką. Warunki dziko-błotniste. Najgorszy możliwy rodzaj lepkiego, śliskiego błota, przeplatany śniegiem i błotem zmrożonym. Do tej pory nie mogę pojąć jakim cudem napęd ciągnie w miarę skutecznie, jak jest tak usyfiony. Było technicznie. Przy okazji moje klocki hamulcowe zawołały: nie hamuj nami więcej... Nad Łapszanką godzina okazała się trochę późnawa, więc nie wokół Osturni, a w kierunku Grandeusa. Ale fajny zjazd przeszkodził w dobrej nawigacji, zatem Łapsze po drodze trzeba było odwiedzić. W Kacwinie byliśmy punktualnie z ostatnim promieniem na Tatry padającym.
Tutaj można zobaczyć, jak do roweru klei się błoto.
Hasło dnia: filcowe klocki hamulcowe.
Wieczór mszańsko-pigwówkowy z problemami decyzyjnymi, co do dnia następnego.
Stanęło na wariacjach na temat Pasma Podhalańskiego, ale jak tylko zaparkowaliśmy na Przełęczy Spytkowickiej podmuch halnego solidnie utrudnił nam wyjście z samochodu - błyskawiczna zmiana planów. Pojechaliśmy na Luboń. Tam już koniecznie trzeba było zamienić klocki, bo inaczej zjazd groziłby śmiercią, i tak groził, ale groziłby jeszcze bardziej. Słynny zjazd z Lubonia Wielkiego na Glisne - nie zjechałam tylko trzech najbardziej technicznych odcinków - fajne to było! Ze Szczebla zjechałam tylko trzy najbardziej nietechniczne odcinki - to nie było fajne. A po drodze było jeszcze cudne, jesienne byczenie w jesiennym słonku!
Bez obrazków ani rusz!
Hasło dnia: zjadę to w przyszłym roku.
Wyjechaliśmy trochę opóźnieni z Kacwina niebieskim szlakiem wzdłuż granicy, w kierunku przełęczy nad Łapszanką. Warunki dziko-błotniste. Najgorszy możliwy rodzaj lepkiego, śliskiego błota, przeplatany śniegiem i błotem zmrożonym. Do tej pory nie mogę pojąć jakim cudem napęd ciągnie w miarę skutecznie, jak jest tak usyfiony. Było technicznie. Przy okazji moje klocki hamulcowe zawołały: nie hamuj nami więcej... Nad Łapszanką godzina okazała się trochę późnawa, więc nie wokół Osturni, a w kierunku Grandeusa. Ale fajny zjazd przeszkodził w dobrej nawigacji, zatem Łapsze po drodze trzeba było odwiedzić. W Kacwinie byliśmy punktualnie z ostatnim promieniem na Tatry padającym.
Tutaj można zobaczyć, jak do roweru klei się błoto.
Hasło dnia: filcowe klocki hamulcowe.
Wieczór mszańsko-pigwówkowy z problemami decyzyjnymi, co do dnia następnego.
Stanęło na wariacjach na temat Pasma Podhalańskiego, ale jak tylko zaparkowaliśmy na Przełęczy Spytkowickiej podmuch halnego solidnie utrudnił nam wyjście z samochodu - błyskawiczna zmiana planów. Pojechaliśmy na Luboń. Tam już koniecznie trzeba było zamienić klocki, bo inaczej zjazd groziłby śmiercią, i tak groził, ale groziłby jeszcze bardziej. Słynny zjazd z Lubonia Wielkiego na Glisne - nie zjechałam tylko trzech najbardziej technicznych odcinków - fajne to było! Ze Szczebla zjechałam tylko trzy najbardziej nietechniczne odcinki - to nie było fajne. A po drodze było jeszcze cudne, jesienne byczenie w jesiennym słonku!
Bez obrazków ani rusz!
Hasło dnia: zjadę to w przyszłym roku.
Jak ja dawno nie byłam w górach z buta, aż mnie stopy rozbolały ;) Piękne jesienne słoneczko, piękne widoki na Tatry i wszystko inne dookoła i 23 kursantów do przeegzaminowania, czyli poprostu Połówka. Po raz trzeci dopadł mnie zaszczyt bycia kawałkiem Jasnieoświeconej Komisji Egzaminacyjnej. Pieniny Spiskie, Małe Pieniny i nierówna walka z topografią. Efekt 20:3. Kochane Kursanty: uczyć się!
I na góry czasem popatrzeć.
Sobota oświatowo-oświęcimska klasycznie, tylko tym razem mocno mrożona. Niedziela dzielnie rowerowa. Założyliśmy, że nie pada - słusznie - i wmawialiśmy sobie, przeciskając się przez mgłę, że nie jest wcale tak bardzo lodowato. Pojechaliśmy blisko, w myślenickie krzaki. Entuzjazm wstał zdecydowanie później niż my, więc początek ciut niemrawy był. Ha! biała plama zabrudzona - Barnasiówka zdobyta! Powrót przez Trzebuńską i Plebańską Górę. No zupełnie miło błotniście i nie bardzo wyczynowo. Ale zjazd dość trudny też się znalazł i do tego został całkiem ładnie zjechany. Ot, taka sobie (nie)dzielna przejażdżka ;)
Weekend idealnie-jesienno-rowerowy. Jak zwykle plany w międzyczasie się szybko zmieniały. W sobotę niespodziewanie wylądowałam w Juszczynie, a że znalazł się żółty szlak na Krupową, to trzeba go było wykorzystać. Rowerowo szlak beznadziejny! Zarośnięty, rozjeżdżony, zabłocony i raczej niewyjeżdżalny. Na Krupowej ślicznie, na czerwonym jeszcze śliczniej - bukowy las - cud-miód! Dowody są. Zjazd do Bystrej. Do pociągu jeszcze chwila była, a temperatura mało zachęcająca do kontemplacji przystanku kolejowego, zatem fuj-asfaltem na rozgrzanie do Makowa.
Niedziela również rowerowa, tym razem w towarzystwie, więc pakowanie auta i w Sądecki. Na początek mały warsztat rowerowy i w górę. Pasemko Jaworzynki i Koziarza, choć jak zawsze fantastyczne, okazało się wcale nie takie równe. Do tego trudnawy zjazd z Dzwonkówki na Przysłop i trawers Prehyby, a potem emocjonujący zjazd zielonym szlakiem przez Będzikówkę prawie po ciemku. No było to na granicy zdrowego rozsądku. Nie zjechaliśmy w całości, trzeba było uciekać wcześniej do asfaltu, bo można by tego nie przeżyć. Zjazd - super! Ale gdybym widziała wszystkie kamienie, to pewnie szłoby mi bardziej opornie ;) Generlanie bardzo naukowo było. Wniosek podstawowy: tyłek za siodełko - dużo trudniej zrobić sobie wtedy krzywdę.
A wyglądało to wszystko w barwach jesiennych tak.
Niedziela również rowerowa, tym razem w towarzystwie, więc pakowanie auta i w Sądecki. Na początek mały warsztat rowerowy i w górę. Pasemko Jaworzynki i Koziarza, choć jak zawsze fantastyczne, okazało się wcale nie takie równe. Do tego trudnawy zjazd z Dzwonkówki na Przysłop i trawers Prehyby, a potem emocjonujący zjazd zielonym szlakiem przez Będzikówkę prawie po ciemku. No było to na granicy zdrowego rozsądku. Nie zjechaliśmy w całości, trzeba było uciekać wcześniej do asfaltu, bo można by tego nie przeżyć. Zjazd - super! Ale gdybym widziała wszystkie kamienie, to pewnie szłoby mi bardziej opornie ;) Generlanie bardzo naukowo było. Wniosek podstawowy: tyłek za siodełko - dużo trudniej zrobić sobie wtedy krzywdę.
A wyglądało to wszystko w barwach jesiennych tak.
Górskie wakacje już się skończyły. Tylko dlaczego człowiek po nich taki zmęczony?
Oj, dużo działo się w górach w tym czasie. Dużo w naszych pagórach, sporo w nie naszych, ale i w górach wysokich polskie ekipy mocno namieszały w tym roku. Tylko czy to można jeszcze nazwać wakacjami? Chyba raczej nie. No właśnie, gdzie jest granica między spędzaniem w górach wolnego czasu, wakacji, urlopu, a profesjonalnym, poważnym, górskim działaniem wyprawowym? Gdzie tu jeszcze wcisnąć sport i fanatyzm górski? Bo współistnieją w niektórych przypadkach zarówno ze zwykłym tygodniowym urlopem, jak i wielką wyprawą. Czy, żeby być wielkim himalaistą trzeba życie tylko ku temu ustawić? Czy, jak człowiek wypisuje kwitek urlopowy i wyskakuje na miesiąc z pracowniczego gajerka, to jest tylko „niedzielnym, górskim turystą”? Eeee, nie! Nie tak prosto, nie tak od razu! W każdym razie ja się nie zgadzam!
Po wrześniowych deszczach, które prawie zdusiły nadzieję na fajną jesień, zaświeciło słońce, buki klasycznie zrudziały, błota odpowiednia ilość zaległa na ścieżkach i można powiedzieć, że wszystko wróciło do corocznej normy. No chyba nie do końca – 2 lipca można było jeszcze przy odrobinie szaleństwa zjechać na nartach z Rysów, a 4 września można było już prawie spokojnie, szusem między kamieniami podziałać na Kasprowym. No nie jest normalnie! Ale potrzeba nienormalności, nazwijmy ładniej: niezwykłości, znów wyciąga człowieka w lodowaty, mglisty ranek spod kołdry i mówi: już cię tu nie ma! TAM jest fajnie! – Mimo że w takiej chwili nikt w to nie wierzy...
Zatem idziemy poszurać liśćmi, obdrapujemy zaschnięte błoto z butów albo z roweru, ubieramy rękawiczki i czekamy na śnieg – jesień w górach, proszę Państwa!
A! Rośniemy! I chwalimy się tym: Gazeta ma więcej stron!
Oj, dużo działo się w górach w tym czasie. Dużo w naszych pagórach, sporo w nie naszych, ale i w górach wysokich polskie ekipy mocno namieszały w tym roku. Tylko czy to można jeszcze nazwać wakacjami? Chyba raczej nie. No właśnie, gdzie jest granica między spędzaniem w górach wolnego czasu, wakacji, urlopu, a profesjonalnym, poważnym, górskim działaniem wyprawowym? Gdzie tu jeszcze wcisnąć sport i fanatyzm górski? Bo współistnieją w niektórych przypadkach zarówno ze zwykłym tygodniowym urlopem, jak i wielką wyprawą. Czy, żeby być wielkim himalaistą trzeba życie tylko ku temu ustawić? Czy, jak człowiek wypisuje kwitek urlopowy i wyskakuje na miesiąc z pracowniczego gajerka, to jest tylko „niedzielnym, górskim turystą”? Eeee, nie! Nie tak prosto, nie tak od razu! W każdym razie ja się nie zgadzam!
Po wrześniowych deszczach, które prawie zdusiły nadzieję na fajną jesień, zaświeciło słońce, buki klasycznie zrudziały, błota odpowiednia ilość zaległa na ścieżkach i można powiedzieć, że wszystko wróciło do corocznej normy. No chyba nie do końca – 2 lipca można było jeszcze przy odrobinie szaleństwa zjechać na nartach z Rysów, a 4 września można było już prawie spokojnie, szusem między kamieniami podziałać na Kasprowym. No nie jest normalnie! Ale potrzeba nienormalności, nazwijmy ładniej: niezwykłości, znów wyciąga człowieka w lodowaty, mglisty ranek spod kołdry i mówi: już cię tu nie ma! TAM jest fajnie! – Mimo że w takiej chwili nikt w to nie wierzy...
Zatem idziemy poszurać liśćmi, obdrapujemy zaschnięte błoto z butów albo z roweru, ubieramy rękawiczki i czekamy na śnieg – jesień w górach, proszę Państwa!
A! Rośniemy! I chwalimy się tym: Gazeta ma więcej stron!
Nareszcie rozpoczęła się na dobre! Intensywne dwa dni solidnego rowerowania. Najpierw Makowski: z Suchej do Kalwarii przez Koskową - mocna trasa, dużo błota, kilka sporych podjazdów odziwo podjechanych i chrzest bojowy na prawdziwego rowerzystę, czyli moje pierwsze OTB. Wszystkiemu winien niepozorny rowek melioracyjny w poprzek pola, zarośnięty trawą tak, że oczywiście widać go nie było. Zatem koło w rów - mimo, że Spec ma się czym z przodu pochwalić, to szansy nie miał. Potem ja przez kierownicę szczupakiem ślicznym w bloto-trawę (cud, że tam ani kamienia nie było), a nad moją głową, lotem uroczym poszybował rower, lądując kilka metrów z przodu. Jak to się stało, że się nic nie stało - nie wiem. Anioła Stróża trzeba pytać, koleś jest naprawdę niezły, a robotę ma ciężką. Ciekawe co przeskrobał, że takie cuś, jak ja pod opiekę dostał. Fotorelacja z miejsca wypadku jest.
Na dobicie dnia nastepnego, w cudnym, jesiennym słońcu wyjazd w Pasmo Jałowieckie - od Makowa przez Grzechynię, Przysłop na Jałowiec, a potem w dół do Stryszawy i na pociąg do Suchej. Tym razem bez ekstremalnych rewelacji, tylko cicho i spokojnie przez jesienny, bukowy las :)
Zwycięzscy w rankingu na najlepszy zjadz weekendu: niebieski z Mioduszyny na wschód i droga z Jałowca do Stryszawy. Polecam!
W efekcie tego wszystkiego boli mnie wszystko...
Poza tym stała się rzecz straszna: zapomniałam o Zielonym... Cały weekend stał przed blokiem i odmrażał sobie kółka, zamiast grzać się w swoim domowym kąciku. Jest mi wstyd!
No i w zasadzie, że niby rowerowo było: dwa śliczne, wyglancowane dwukółki stoją, to znaczy dla ścisłości - jeden już przestał być wyglancowany (śliczny nigdy być nie przstaje). Że nawet mi smarowidła zabrakło. Że nawet mi uroczo, jesiennie dolało, że nawet mi płetwy niedługo wyrosną.
Jesień zapukała intensywnie, trójaspektowo. Jeszcze tylko aspekt właściwy, bukowy poproszę! Bo inaczej się nie liczy.
Sobota oświatowo-oświęcimska. Gadanie przez osiem godzin i to z odrobiną sensu, po czterech godzinach snu, to jest to. Niedziela miała być ambitnie i intensywnie wspinowa. Miała być. Z przyczyn "obiektywnych" zamiast bladym świtem wystartowaliśmy prawie w południe. Cel: Brzoskwinka, która okazała się mocno przygnita. Nawet zdjęć nie ma. Prywatna część doliny jest ślicznie zrobiona! Chwała tym, którzy w przygotowanie tych skał do wspinania włożyli mnóstwo pracy! Jednak dla mnie wspinu tam nie było, dla mnie po prostu nie ma wspinu. To był chyba spit do mojej wspinaczkowej trumny. Albo pieprznąć butkami w kąt, albo zacząć wszystko od początku. Pierwsze pytanie: dlaczego zaczęłam się wspinać? Powód był jeden bardzo bezsensu. Pytanie drugie: czy wspinać się dalej? Na razie bez odpowiedzi, czyli też bezsensu...
Po czartkowej panice w piątek mnie pokłuli i dostałam papier, że nie gryzę. Zatem w szwagra i do Zakopca w odwiedziny w progi kochane. Dzień sobotni zaczął się, jak dostałam książką o owockach w głowę, a potem wręczono mi trzy duże misie. Miał być kawałek Spotkań z Filmem Górskim, ale był bieg wysokogórski. Oczywiście ja nie biegam! Ale robiłam za wiernego kibica i obsługę foto, nawet w związku z tym wycieczkę na Kalatówki zaliczyłam ;) Potem seria zabaw z rodzaju "włóż do pudełka", "gdzie jest gołąb?" i "drzewo za oknem jest zielone". Chwilę potem zapakowani w auto jechaliśmy do Gorczańskiej Chaty na imprezę pod hasłem: "Suszymy sushi w Gocha(n)". Wyszły prawie, że o mało co profesjonalne warszaty kultury japońskiej.
Zatem jak się robi sushi?
potrzeba: specjalny garnek do gotowania ryżu, specjalny ryż, specjalny ocet, surowy tuńczyk, surowy łosoś, wędzony łosoś, krewetki, poluszki krabowe, marchewka, ogórek, avocado, wasabi (taki zielony chrzan), imbir marynowany, sos sojowy i glony sprasowane oraz maty bambusowe i pałeczki; przydałaby się jeszcze zielona herbata i sake.
jak: ryż ugotować na bardzo miękko, przestudzić, doprawić octem, pokroić na cieniutkie paseczki ryby i warzywa; na stole położyć matę bambusową, na niej sprasowanego glona; na glona wpakować solidną łyżkę ryżu i dokładnie rozprowadzić, żeby warstwa była dość cienka; zostawić wąski, wolny brzeg glona, żeby się skleiło; na jednym końcu poukładać paseczki ryby i warzywek dość ciasno i zwijać przy pomocy maty jak naleśnika; odłożyć na chwilę, można schłodzić, potem pokroić i ładnie poukładać na talerzu.
podawać: z kawałkami imbiru, sosem sojowym i wasabi; je się to to oczywiście pałeczkami - nie nabijać na pałeczki, tylko chwytać; popijać sake lub zieloną herbatą albo jednym i drugim. Mniam!
A tu szczegółowa fotorelacja z procesu sushenia.
Dopełnieniem całości była oczywiście impreza z tańcami na stole, prawie bez piosenki turystycznej, za to z klasyką polskiego rocka, Kaczmarskim i Chopinem w bardzo specyficznym wykonaniu ;)
Kolejnym etapem warsztatów był proces i związany z tym obrządek parzenia i picia japońskiej herbaty. Po tym akcie wyciszenia i kumulacji wewnętrznej energi trzeba się było zbarać za suszenie właściwe, a dokładniej składanie togo, co niby miało być wysuszone, czyli porozwieszanych dwa tygodnie temu namiotów bazowych. Niestety nie wszystko jeszcze wyschło. W nagrodę za wysiłek fizyczny była kolejna, solidna porcja sushi. Uwaga! Sushi też można się przejeść ;) Na zakończenie imprezy był jeszcze sardynkowy powrót do Kraka i zagotowana chłodnica.
Zatem jak się robi sushi?
potrzeba: specjalny garnek do gotowania ryżu, specjalny ryż, specjalny ocet, surowy tuńczyk, surowy łosoś, wędzony łosoś, krewetki, poluszki krabowe, marchewka, ogórek, avocado, wasabi (taki zielony chrzan), imbir marynowany, sos sojowy i glony sprasowane oraz maty bambusowe i pałeczki; przydałaby się jeszcze zielona herbata i sake.
jak: ryż ugotować na bardzo miękko, przestudzić, doprawić octem, pokroić na cieniutkie paseczki ryby i warzywa; na stole położyć matę bambusową, na niej sprasowanego glona; na glona wpakować solidną łyżkę ryżu i dokładnie rozprowadzić, żeby warstwa była dość cienka; zostawić wąski, wolny brzeg glona, żeby się skleiło; na jednym końcu poukładać paseczki ryby i warzywek dość ciasno i zwijać przy pomocy maty jak naleśnika; odłożyć na chwilę, można schłodzić, potem pokroić i ładnie poukładać na talerzu.
podawać: z kawałkami imbiru, sosem sojowym i wasabi; je się to to oczywiście pałeczkami - nie nabijać na pałeczki, tylko chwytać; popijać sake lub zieloną herbatą albo jednym i drugim. Mniam!
A tu szczegółowa fotorelacja z procesu sushenia.
Dopełnieniem całości była oczywiście impreza z tańcami na stole, prawie bez piosenki turystycznej, za to z klasyką polskiego rocka, Kaczmarskim i Chopinem w bardzo specyficznym wykonaniu ;)
Kolejnym etapem warsztatów był proces i związany z tym obrządek parzenia i picia japońskiej herbaty. Po tym akcie wyciszenia i kumulacji wewnętrznej energi trzeba się było zbarać za suszenie właściwe, a dokładniej składanie togo, co niby miało być wysuszone, czyli porozwieszanych dwa tygodnie temu namiotów bazowych. Niestety nie wszystko jeszcze wyschło. W nagrodę za wysiłek fizyczny była kolejna, solidna porcja sushi. Uwaga! Sushi też można się przejeść ;) Na zakończenie imprezy był jeszcze sardynkowy powrót do Kraka i zagotowana chłodnica.
No nie! To już 7 (!!!) weekend tych wakacji, który został popsuty przez deszcz! W kawałku lub w całości... Byłoby 7 rowerowych dniówek więcej, a tak jest jedno wielkie, dwókołowe obijanie... Się zezłościłam! W taką pogodę można by przynajmniej relacje z rowerowych Mistrzostw Świata oglądnąć, ale się nie da, bo nikt tego nie pokazuje, a jest co! Maja Włoszczowska wyjechała złoto!
A miało być tak: sobota - wielkie odsypianie, niedziela - trochę mniejsze rowerowanie. Wyszło jedynie to pierwsze nad wyraz świetnie! Bo padało! Wrednie padał cholerny deszcz! Zatem co by się ze sporą dawką wody zintegrować udało mi się chyba w końcu jakiś sensowny trening basenowy ustawić. Oby mi się nie odechciało tym razem.
Z innych rewelacji, to padł mi obiektyw. Autofokus odmówił współpracy, co zresztą widać na ostatnich zdjęciach :( Naprawa nieopłacalna i choć to badziew kitowy, to jednak było to moje podstawowe, krótkie szkło. Na razie waracam do starego, dobrego Tamrona (oj, będzie szerokości brakować ciut), a nad większymi, sensownymi inwestycjami trzeba trochę pomysleć. Czas na coś lepszego :)
No i przyszło nam zwijać się w dolinę, a pogoda postanowiła nam to wybitnie utrudnić. Dobrze, że w tygodniu udało się złożyć część namiotów i jednego NSa - tyle przynajmniej suchego. Ekipa dopisała standardowo tak sobie. Gdyby nie dwóch prześwietnych gości, którzy trafili na bazę z kosmosu, to mogłabym sobie w piątek siedzieć na majdanie i patrzeć, jak baza się nie zwija. A na dobicie mieliśmy jeszcze nastoletnią, mega imprezową akcję nocną. Na sobotę dotarło na szczęście kilka kołowych duszyczek i w strugach deszczu udało się zbić podestową stodółkę w lasku za bazą, a ten nasz uroczy grajdołek zapakować na wóz. Zjeżdżaliśmy zostawiając spowitą we mgle, mokrą, pustą, gorcową halę. Smutno tak trochę...
Zupełnie mokrzy dotarliśmy do Chaty. Dobrze, że mieliśmy nowiutką, ogromną folię gorcstokową, która uratowala, to co było jeszcze suche. Rozładunek i analiza wodnych strat. Bilans niezupełnie masakryczny: totalnie mokre dwa NSy, dwa Hawaje i trzy Skauty, trochę koców, reszta może być. Po ogarnięciu przemoczonej rzeczywistości uraczono nas pycha-bigosem i można było sobie oddychnąć w końcu, czytaj zrobić porządną imprezkę na zakończenie sezonu bazowego 2010 :)
Niedziela minęłam nam błogo i prawie leniwie. Trzeba było tylko szpejstwo porozwieszać, poprzekładać i pozostawić do sensownego suszenia dalszego. Za dwa tygodnie akcja składania i układania.
Popołudniu na sam koniuszek wyszło słońce, tak wyczekiwane przez dwa wcześniejsze dni.
Zdjęć z deszczu i mgły jest trochę.
Dzięki i chwała wszystkim, którzy pomogli w tym sezonie bazowym! Tym którzy rozbijali, bazowali, zwijali i tym, którzy na Gorc zwyczajnie tylko przyszli!
Gorc 2011 startuje w ostatni weekend czerwca! Zapraszamy!
Zupełnie mokrzy dotarliśmy do Chaty. Dobrze, że mieliśmy nowiutką, ogromną folię gorcstokową, która uratowala, to co było jeszcze suche. Rozładunek i analiza wodnych strat. Bilans niezupełnie masakryczny: totalnie mokre dwa NSy, dwa Hawaje i trzy Skauty, trochę koców, reszta może być. Po ogarnięciu przemoczonej rzeczywistości uraczono nas pycha-bigosem i można było sobie oddychnąć w końcu, czytaj zrobić porządną imprezkę na zakończenie sezonu bazowego 2010 :)
Niedziela minęłam nam błogo i prawie leniwie. Trzeba było tylko szpejstwo porozwieszać, poprzekładać i pozostawić do sensownego suszenia dalszego. Za dwa tygodnie akcja składania i układania.
Popołudniu na sam koniuszek wyszło słońce, tak wyczekiwane przez dwa wcześniejsze dni.
Zdjęć z deszczu i mgły jest trochę.
Dzięki i chwała wszystkim, którzy pomogli w tym sezonie bazowym! Tym którzy rozbijali, bazowali, zwijali i tym, którzy na Gorc zwyczajnie tylko przyszli!
Gorc 2011 startuje w ostatni weekend czerwca! Zapraszamy!
W tym roku wymyśliłam sobie bazowanie w ostatnim tygodniu i to był bardzo dobry pomysł! Pierwotnie chodziło o to, żeby od razu od Gorcstoku dotrzeć do zwijania, ale jakoś tak strasznie nie miałam ochoty na wielkie imprezowanie, więc w sobote rowerek, a na bazę dotarłam dopiero w niedzielne południe. Załapałam się tylko na pofestiwalowe gitarzenie pod świerkiem. Do poniedziałku zostało jeszcze sporo ludzi, było fajne, śpiewane ognisko i domowy ajerkoniaczek - mniam! Popołudniu baza opustoszała, zrobiło się cicho i spokojnie, tak prawdziwie gorcowo. Można było na płaj pójść na Tatry popatrzeć, zrobić sobie grzanki z serem i zasiąść z kubkiem kawy i książką na ławeczce bazowej :) We wtorek pogoda baz(r)owa, więc tej kawy było dużo więcej. A i była jeszcze mysz utopiona w mleku do kawy ;) Potem czas już mijał przy zwijaniu części namiotów i segregacji tego, co do użytku się przestało nadawać. Dobrze, że tyle udało się zrobić przed zwózkowym deszczem.
Na Gorcu zawsze jest człowiekowi dobrze. Wakacje od wszystkiego. Takie miejsce do oderwania, do odpoczywania, miejsce na reset :)
Trochę widoków na Tatry i bazowych klimatów klasycznych do oglądania tu.
Na Gorcu zawsze jest człowiekowi dobrze. Wakacje od wszystkiego. Takie miejsce do oderwania, do odpoczywania, miejsce na reset :)
Trochę widoków na Tatry i bazowych klimatów klasycznych do oglądania tu.
góry,
rower
Pasmo Podhalańskie wypiętrzyło się specjalnie po to, żeby po nim jeździć na rowerze
08:13Po tym jak się w piątek zgubiłam w Lasku Wolskim i nie mogłam znaleźć Kopca Piłsudzkiego, trzeba było pojechać w góry konkretniejsze, tam przynajmniej się nie gubię ;) Zatem rowerek w pociąg i do Pyzówki. A potem to w zasadzi nudno było: niebieski szlak, przepiękne widoki, wjeżdżalne podjazdy, superowe zjazdy. Brak akcji kompletny, ale jaki przyjemny ;) Pasmo Podhalański jest rewelacyjne rowerowo! Z buta bym go nie przeszla, a tak... Na deser jeszcze mityczne Góry Ostojowe i cud-miód zjazd nie do końca tam gdzie trzeba, ale do Jordanowa w końcu dotarłam. Nawet z SPDami za bardzo się nie kłóciliśmy ;)
Zdjęć kilka z pępka świata i okolic jak zwykle jest.
A ja znikam teraz na wakacje! Bazowo-gorcowe oczywiście :)
W sobotnie popołudnie rowery zostały zapakowane do auta i ruszyliśmy na zachód. Tym razem w odwiedziny na bazie katowiczan. Głuchaczki miały być super rowerową bazą wypadową - miło, sympatycznie i na dodatek z bieżącą wodą. Nastawieni na słoneczny skwar lekko zdziwieni usłyszeliśmy poranne pomruki burzowe. Chwilę trzeba było na wyklarowanie pogody poczekać. Jak się później okazało wyklarowała się zupełnie nie w tą stronę co chcieliśmy. Wyjechaliśmy pod Mędralową i dalej miało być w kierunku Jałowca. Jednak fruwające wokół pioruny i nagły, ulewny deszcz dość drastycznie zmieniły nam plany. Ekspresowa ewakuacja z grzbietu przez las, potem zjazd w totalnej wodzie i jeszcze kawał asfaltu w kierunku samochodu...
Oj, dawno mi tak masakrycznie nie dolało i nie doburzyło.
Focić specjalnie nie było jak.
Plan był perfekcyjny: w sobotę solidne rowerowanie w Paśmie Podhalańskim, w niedzielę solidny wspin. Jednak runął w gruzach po dogłębnej analizie wszelkich prognoz pogody w piątkowy wieczór. Miało lać, a jak leje to dla rowerowania i skał alternatywe trzeba znaleźć. Nic prostszego, wszak mamy bazy. Tym razem padło na Lubań, bo tam mnie jeszcze w te wakacje nie było. Zatem nieśpiesznie w sobotę z Kraka się wyjechało, do Ochotnicy dojechało i w towarzystwie rozmów poważnych na każdej polance wylegiwało. Rekord długości wejścia na Lubań pobity. A tam Tatry w pełnej ostrości zaskakiwały, siano zapraszało do leżenia, a bazowi żurkiem częstowali i naleśniki czarowali, no i jeszcze można sobie było drewno porąbać. Tak bardzo bazowo po prostu, jak widać.
Zaokienność pogodowa wykazała się wybitną złośliwością! Najpierw niby miała być zła, potem nagle zmieniła zdanie i zafundowała śliczne słonko. No niby fajnie, ale gdyby zachowała się bardziej przewidywalnie, można by było ambitnijeszy plan zrealizować. Ech... planowanie i logistyka, to jedna wielka porażka ostatnio.
Sobotni poranek: prognozy przyzwoite i udało się wstać bladym rańcem - połowa sukcesu. Plan był już daaawno wymyślony: Krynica - Radocyna - Krynica. Plan planem, a wyszło, jak zwykle przez przypadek inaczej, ale jak fajnie! Tuż przed Nowym Sączem zaczęło straszliwie lać. Nic tylko zabierać się z powrotem do domu... Szybka analiza wariantów i Krynica zmieniła się w Gorlice. Logistycznie względem Radocyny lepszy wariant, w przypadku pogodowej kichy łatwiej z trasy się ewakuować. No to siup! Niebieskim na Magurę Małastowską w błotku po pachy. Byliśmy ze Specjalistą ubłoceni tak, jakby nas ktoś całościowo w kałuży z błotem zanużył. No w sumie mnie to zanużyło kilka razy ;) Przy okazji okazało się, że wymyśliłam sobie traskę po mega trasie zeszłotygodniowego maratonu z cyklu Cyklokarpaty. Przejechałm połowę, tylko w przeciwnym kierunku. Jak już dojechałam do drogi na Jasionkę, to stwierdziłam, że tak prosto do bazy jechać nie można, zatem rozpoczęłam eksplorację żołtego szlaku przez Banicę. Cudowności! Górna, dzika cześć doliny Zawoi, krzaki, trawy i gigantyczne łopiany, a między tym śliczna ścieżka - jaka to była fajowa jazda! Potem jeszcze niby solidna, leśna droga, na której nie wiadomo skąd wzięły się jakieś krzaczory, więc klasyczne noszenie rowerka też było. I już Czarne, i już Radocyna!!! Baza stoi, a pierogi i piwo u pani Wioli, jak zawsze nieziemsko smakowite. A! I kilku dawno niewidzianych znajomych się przykulało. Radocynizm w czystej postaci! Objawił się on też rankiem, który takim bardzo wczesnym nie był. No i niby miało być do Krynicy, ale jakiś dziwny niepokój związany z niemożnością wbicia się z rowerkiem do autobusu wypchanego kuracjuszami wracającymi do domu i ich walizkami, sprawił, że znów trasa uległa pewnym modyfikacjom.
W ogóle, to ze smutkiem informuje, że w górnej Radocynie stoją już trzy nowe chałupy.
A wszystkich, którym przypadkiem przyjdzie do głowy targać rower na Jaworzynę Konieczniańską ostrzegam: nie róbcie tego!
W ogóle, to ze smutkiem informuje, że w górnej Radocynie stoją już trzy nowe chałupy.
A wszystkich, którym przypadkiem przyjdzie do głowy targać rower na Jaworzynę Konieczniańską ostrzegam: nie róbcie tego!
Straty wyjazdu: kolarki w strzępach.
Autobusowy transport rowerowy: korzystać musiałam z czterech autobusów, w zasadzie bez problemów rowerek został zabrany, nawet kółka ani razu odkręcać nie musiałam :) W Szwagrze do NS na początku kierowca się nie zgodził, ale go na przeczekanie wzięłam. Natomiast firma Voyager z Gorlic otrzymała ode mnie osobiste wyróżnienie "Przewoźnik przyjazny rowerzystom" ;)
Jak ktoś przypadkiem nie ma dość oglądania mojego rowerka, to patrzeć tu.
Się zbierałam do wymiany linek i zbierałam, i zebrać nie mogłam. Zresztą i tak nie zebrałam się do końca, a jedynie ograniczyłam do niezbędnego minimum. We wtorek jakoś tak dziwnie droga hamowania wydłużyła mi się jakieś trzy razy, co prawie spowodowałoby bliskie spotkanie z niefrasobliwie cofającym sporym pojazdem. No ale zwaliłam na lejący z nieba ulewny deszcz. Dzisiaj deszczu nie było, a hamowanie dalej kiepskie, dobrze, że sobie na przedni hamulec popatrzyłam w ramach marnowania czasu na światłach. Linki praktycznie nie było, tylko jakieś strzępki sobie smętnie zwisały. Akurat jechałam do sklepu rowerowego, cóż za zbieg okoliczności. Wymieniłam! Zobaczymy jutro co z hamowaniem w związku z tym. Do kompletu jeszcze by się przydało nowe przerzutkowe zapodać...
A w sumie całkiem niedawno temu było jeszcze niewspominane centrowanie i ogólne dopieszczanie, ale nie mymi rękami. O zabawach wulkanizatorskich już wspominałam - nawet się Specjalista na nie załapał. A do tego lada chwila czeka go niestety prostowanie przedniej tarczy, bo ją chyba jakiś kamerdolec zaatakował.
W górach być czy góry zdobywać?
Zdarza się, że ktoś mnie pyta jakie jest moje górskie marzenie, w sensie góra, na którą chciałabym wyjść, którą chciałabym zdobyć? Odpowiedź, że nie ma takiej, zazwyczaj maluje na twarzy pytającego co najmniej zdziwienie. No, nie ma. A musi być?
Chciałabym wyjść w końcu na jakiś sześciotysięcznik, ale który konkretnie, to w zasadzie jest mi obojętne. Brzmi strasznie czy głupio? Albo strasznie głupio? Ważne by był ładną górą, ważne by wyjazd był ciekawy, by można wiele nowego przy okazji zobaczyć, a potem stanąć na wierzchołku i stwierdzić, że się cieszę, że jest ładnie, że super.
Ale niżej też fajnie, fajnie w Beskidzie Niskim, fajnie w Tatrach, fajnie w alpejskiej dolinie i fajnie w Himalajach, nawet jak się tylko niby po wyżynach spaceruje, a na góry prawdziwe tylko z dołu patrzy. Fajnie, bo w górach.
Chciałabym na własne oczy Kanczendzongę zobaczyć. Tak, tylko zobaczyć. Ale dlaczego tylko zobaczyć?! – pada szybko pytanie... Z lekkim oburzeniem zadane, brak chęci wielkiej walki swym tonem zarzucające.
Niech góry nasze sobie po prostu będą, bez wielkiego szczytów zdobywania i bez parcia na wspinaczkową „cyfrę”. Niech sobie zwyczajnie będą góry, po których chodzimy, na które wchodzimy, wspinamy się, z których zjeżdżamy. Niech będą źródłem naszej zwykłej zupełnie, codziennej radości. Wtedy będą po prostu prawdziwe i wcale nie gorsze od tych gór tylko czy aż zdobywanych.
W tym numerze Gazety będzie o jednych i drugich, tych zdobywanych, tych niezdobytych i tych górach „do bycia”.
A tak w ogóle to zaraz trzeba w te bardziej wypiętrzone części świata
jechać, bo przecież ładne lato mamy!
Co więcej w szóstym numerze Gazety Górskiej zobaczyć można tu.
Zdarza się, że ktoś mnie pyta jakie jest moje górskie marzenie, w sensie góra, na którą chciałabym wyjść, którą chciałabym zdobyć? Odpowiedź, że nie ma takiej, zazwyczaj maluje na twarzy pytającego co najmniej zdziwienie. No, nie ma. A musi być?
Chciałabym wyjść w końcu na jakiś sześciotysięcznik, ale który konkretnie, to w zasadzie jest mi obojętne. Brzmi strasznie czy głupio? Albo strasznie głupio? Ważne by był ładną górą, ważne by wyjazd był ciekawy, by można wiele nowego przy okazji zobaczyć, a potem stanąć na wierzchołku i stwierdzić, że się cieszę, że jest ładnie, że super.
Ale niżej też fajnie, fajnie w Beskidzie Niskim, fajnie w Tatrach, fajnie w alpejskiej dolinie i fajnie w Himalajach, nawet jak się tylko niby po wyżynach spaceruje, a na góry prawdziwe tylko z dołu patrzy. Fajnie, bo w górach.
Chciałabym na własne oczy Kanczendzongę zobaczyć. Tak, tylko zobaczyć. Ale dlaczego tylko zobaczyć?! – pada szybko pytanie... Z lekkim oburzeniem zadane, brak chęci wielkiej walki swym tonem zarzucające.
Niech góry nasze sobie po prostu będą, bez wielkiego szczytów zdobywania i bez parcia na wspinaczkową „cyfrę”. Niech sobie zwyczajnie będą góry, po których chodzimy, na które wchodzimy, wspinamy się, z których zjeżdżamy. Niech będą źródłem naszej zwykłej zupełnie, codziennej radości. Wtedy będą po prostu prawdziwe i wcale nie gorsze od tych gór tylko czy aż zdobywanych.
W tym numerze Gazety będzie o jednych i drugich, tych zdobywanych, tych niezdobytych i tych górach „do bycia”.
A tak w ogóle to zaraz trzeba w te bardziej wypiętrzone części świata
jechać, bo przecież ładne lato mamy!
Co więcej w szóstym numerze Gazety Górskiej zobaczyć można tu.
Znów weekend weselny, chyba ostatni w tym sezonie. Tym razem wziąć się nawzajem postanowili Monia i Szymon. W tym piekielnym upale ślub odbył się u podgórskich redemptorystów, a potem by swoją radość wyrazić przenieśliśmy się na Kazimierz, na ul. Szeroką. Miejsce piękne, wieczór przez noc w poranek przechodzący wielce sympatyczny i ciekawy z wypadem na mikro parapetóweczkę do nowego lokum Joanny. Na koniec piękny widok na Wawel z dachowego tarasu i spacer powrotny do domu za jasności już porannej.
Niedzielnym niewczesnym rankiem miał być jeszcze poweselny rower makowski, ale że coś bardzo mokrego wisiało w powietrzu, a potem nagle spadło, to instynkt samozachowawczy dziwnie podpowiedział, żeby z domu się nie ruszać.
Obrazków rozmazanych z tych wydarzeń zobaczyć tradycyjnie można kilka.
W planie był mocno ambitny, rowerowy, gorczański weekend. No i prawie wyszło, tylko nie było aż tak ambitnie. W sobotę mimo wszystko trzeba się było wyspać, więc zamiast porannego pociągu do Rabki, był popołudniowy autobus na Przysłop (uśmiechanie do panów kierowców, żeby z rowerkiem zabrali idzie mi całkiem nieźle :). No i zaczęło się od zaginięcia podkładki, co uniemożliwiało sensowne przykręcenie koła... Nic tylko wracać. Jakimś cudem brakujące coś znalazło się w trawie. Zatem do góry. Dość szybko się okazało, że z SPDami, to my się bardzo nie lubimy. Ja bym nawet się przyznała do uczucia szczerej nienawiści dla tych ustrojstw. Generlanie jeśli do mojej śmierci nie doprowadzą, to będzie to coś niebywałego. A o jakiejś wielkiej przyjemności z rowerowania w ich towarzystwie, to można zapomnieć. Fuj! Jak się już na Gorc dokulałam wściekła bardzo, to widok sympatyczny mnie przywitał. Na bazie oprócz dzikiego tłumu było pięcioro uroczych dzieciaków w wieku od 5-15 miesięcy: Milenka, Jagódka, Jasio, Ludwik i dziecię z imienia mi nie znane. Tak oto się spotkaliśmy starą, dobrą, dawno niewidzianą ekipą. Można się zacząć domyślać kto za jakieś 20 lat zasili szeregi pewnej zacnej organizacji i bazę poprowadzi ;) Dnia niedzielnego, około południa trzeba było do dalszej walki rowerowej stanąć. Z bazy na Jaworzynę Kamienicką, przez Turbacz na Stare Wierchy, przez Maciejową do Rabki. Cud-miód prawie rowerowanie, nawet oswojenie z rowerkiem ciut większe. W Rabce w pociąg, a w domu najpierw się do wanny, a potem rowerek :)
Gleby przestałam liczyć... dwie były takie całkiem poważne... efekt: niefajnie poharatane przedramię i łokieć.
Z uczestnikami kinderparty i moim rowerkiem można zapoznać się tutaj.
Jak już dzielnie zaniosłam kaganek przewodnickiej oświaty w progi oświęcimskie i przy okazji zarobiłam sobie na nową lodówkę, mogłam rozpocząć prawdziwe i pewnie jedyne w tym roku wakacje. Wakacyjnie prawdziwe było wszystko. W pierwszej kolejności upał, spóźniony pociąg, pociąg w ogóle, opuszczony peron w popołudniowym słońcu gdzieś we wschodniej Polsce, komary i LKS Inter Gnojnica. Wzięli mnie wywieźli w jakieś pola, sosnowe lasy, nad rzeczkę, w trawę, aż wreszcie wylądowaliśmy w miejscu definiowanym jako najwspanialsze na świecie - w ropczyckiej sielanie. Jak już mnie nakarmiono, to zawinięci w kocyki usadowiliśmy się w sadzie przy owocowym ognisku. Pierwszy raz przy takiej okazji, zamiast trunków standardowych, piłam dobre wino i to jeszcze z kieliszka ;) Jak już wpadłam w wyczekane pielesze, to dopiero południowe słońce wywlekło mnie spod nich. Niekończące się śniadanie pod rozłożystym orzechem płynnie przeszło w zabawy prawie aktywne: ekipa grała w badmintona, a ja z wdziękiem jeździłam wokół na najpiękniejszym rowerze, jaki w życiu widziałam... Damska rama, kontra, zardzewiały łańcuch, skórzane, poszarpane siodełko i metryka nie do uwierzenia. Następnie została zorganizowana wycieckza do Matki Boskiej Ropczyckiej i na lody włoskie do miasta, a potem w celu spełnienia obywatelskiego obowiązku znaleźliśmy najprawdziwszą remizę z najbardziej czerwonym wozem strażackim w okolicy. Jak wiejskie wakacje, to wiejskie wakacje. Aby ulżyć sobie w upale, nad wodę pojechać trzeba było i ciałka swoje wypływać. Lekki chłodek i burczenie w brzuchu nas do domu z powrotem wygnało, gdzie leżąc na kwiecistym leżaczku można było czereśnie, truskawki i zapiekanki nieskrepowanie pochłaniać. Następnie z przyczyn istonie ważnych telewizor na chwilę włączyć należało. W przerwie wieczornych emocji jeszcze nam pozostał spacer o zachodzie do sadu i rwanie pietruszko-marchewki. Powrót późny do rzeczywistości nastąpił przy dźwiękach ukraińskiej czornej żaby, ze smakiem wiśniówki...
Dawno takich prawdziwych wakacji nie miałam, takich innych, niegórskich, a wiejskich, zwykłych, sielankowych, odpoczynkowych i beztroskich. Bardzo warto czasem tak :) Świat z innej strony trochę obejrzeć...
No i nadszedł ten szczęśliwy dzień! Postawiliśmy bazę na Gorcu! Zaczęło się od kryzysu transportowego, jak w czwartkowy wieczór, w strugach deszczu stałam pod marketem z pełnym wózkiem zakupów i zastanawiałam się jakim cudem trafi to do Ochotnicy. Trafiło :) W piątek po pracy szybkim tempem do GoChy. Tam część ekipy już grała w szachy. Załadowaliśmy sprzęt bazowy na wóz późną nocą i do spania. Rańcem strasznym na wóz i do góry. Jakimś cudem nie padało, zatem do roboty. Stawianie trzech NSów, poziomowanie podestów i rozbijanie nowych cud-namiotów, zajęcia praktyczne z fliszu karpackiego, czyli kopanie kibla, mycie garów, wyposażanie kuchni i budowa pieca, ściąganie drzewa i całe mnóstwo innych drobiazgów. Pracy mnóstwo, ale mimo mega wilgotnej mgły udało się naprawdę dużo zrobić. Wieczorem zasłużone, solidne ogniskowanie :) Niedzielny poranek obudził nas ślicznym słoneczkiem, więc warunki do roboty idealne. Późnym popołudniem baza stała, gotowa na przyjęcie pierwszych turystów! Jeszcze tylko ostatnie wykończenie pieca i budowa prysznica, no i kilka namiotów jeszcze trzeba postawić, ale to później.
Domek wyskoczył z puedełka i teraz przez dwa miesiące będzie gościł wszystkich, którzy na Gorc przyczłapią! Zapraszamy bardzo, bardzo! Baza czynna do 28 sieprnia!
Dzięki ogronme całej, mocnej ekipie za pomoc w rozbijaniu bazy!
Pierwsi turyściu już przyszli, a sezon rozpoczęliśmy akcją GOPRu...
Pełna relacja w obrazkach już się pojawiła.
Aha! Koty na Chacie już trochę urosły i hasają ile się da, a i towarzyskie bardzo się zrobiły :)
Domek wyskoczył z puedełka i teraz przez dwa miesiące będzie gościł wszystkich, którzy na Gorc przyczłapią! Zapraszamy bardzo, bardzo! Baza czynna do 28 sieprnia!
Dzięki ogronme całej, mocnej ekipie za pomoc w rozbijaniu bazy!
Pierwsi turyściu już przyszli, a sezon rozpoczęliśmy akcją GOPRu...
Pełna relacja w obrazkach już się pojawiła.
Aha! Koty na Chacie już trochę urosły i hasają ile się da, a i towarzyskie bardzo się zrobiły :)
Był soblówkowy kawałek Nepalu, dal-bath, góry filmowe, pizza domowa, deszcz i zaskakująco ciekawa lekcja tolerancji. Nie było rowerowania.
Sobotni upał pustynny i plaga komarów, to idealne warunki do tego, żeby się wspinać. Zatem z lekkim opóźnieniem w gotowości bojowej (zwłaszcza do walki z insektem) stawiliśmy się pod skałą. Tym razem Zaklęty Mur i Wielka Turnia w Będkowskiej - wspinowo miłe miejsce bardzo. Słońce fundowało samoprysznic, a komary krwawą jatkę, ale wspin sympatyczny całkiem z odrobiną lotów, nie tylko komarzych, dla urozmaicenia. W takich warunkach zespół wspinaczkowy powinien składać się z trzech osób: wspinającej się, asekurującej i broniącej zajadle asekurującego przed tymi wstrętnymi, żądnymi krwi bestiami. Żaden komar na fotografii nie został uwieczniony, bo nie zasłużyl, ale kilka innych obrazków jest, jak zawsze z resztą.
W niedzielę z bólem serca skałowe działanie trzeba było odłożyć i zająć się przyjemnością wyboru firanki i kilku innych przydatnych, domowych gadżetów.
Czasem w Krakowie mieszkania spadają z nieba. No i mi właśnie spadło z wielkim hukiem na łeb. Niezmiernie się z tego cieszę! Wyprowadziłam się z domu!!!!! W końcu! Nareszcie! Wolność! Niesamowite po prostu! Najwyższy czas już był, bo w zasadzie to stara już jestem ;) Nowość dla mnie wielka, rzeczywistość trzeba od początku układać, zaczynając od walki z kurzem i innymi sprzątaniowymi frykasami. Pewnie nowy serial w odcinkach się tu pojawi pod tytułem „Jak sensownie urządzić mieszkanie” ;)
Długi weekend nie w dalekim świecie, zatem jakoś sytuację trzeba było uratować. Dało radę szybko i sprawnie sprawie zaradzić i w przerwie między nieustannym deszczem, w czwartek i niedziele znów w skałach się wylądowało. Tym razem walczyliśmy z Sokolicą w Będkowskiej i z Brzoskwinką. Wnioski kiepskie w dalszym ciagu, ale jak mus, to mus - wspinać sie trzeba...
A w międzyczasie można na skałę i to co obok popatrzeć.
Taka właśnie przyczyna, dlaczego długi weekend czerwcowy był niewyjazdowy odziwo. Jaskóła postanowiła wyjść za mąż i trzeba było jej towarzyszyć :) Oj, było weselicho! A wcześniej jeszcze wieczór panieński i ślub oczywiście. Ślub piękny, panna młoda cudna, pan młody dumny, rodzina wzruszona - idealnie - a potem już tylko ubaw!
Zatem szczęścia i pomyślności tyle ile potrzeba! A historia tych zdarzeń w obrazkach tu.
Dawno tu nic nie było w tym temacie, ale to przez zimę, teraz spóźnione, wiosenne prezenty się Zielonemu należą. Zatem nowe oponki - śliczne semisliki na miasto, nowe klocki, błotniki i koszyk, wyczyszczone i nasmarowane piasty, no i udało się w końcu pozbyć okropnej nóżki. A! i kąpiel szczegółowa :) Chwilę to trwało, a człowiek, jak zawsze w smarze po pachy. Nie znoszę zapieczonych śrub! Jeszcze tylko w następnej kolejności koniecznie trzeba przedni napęd wymienić, ale najpierw muszę narzędzia ku temu wyczarować. Chyba też o centrowaniu kół należy pomysleć. Hamulce i przerzutki wyregulowane i rowerek (prawie) jak marzenie :) Specjalista zazdrośnie z kąta spogląda, ale swoje prezenty już dostał - żądne mojej krwi SPDy i pompkę do amortyzatorów. Reszta nowiutka, więc mu wystarczy ;)
Weekend się zrobił sportowy. W piątek piękne słońce przyświeciło w końcu, zatem w końcu trzeba było Specjalistę odkurzyć i na rowerowanie się wybrać. A wyzwanie wielkie, bo pierwsza walka z SPDami. Popołudnie w Lasku Wolskim było mocne, kilka ciekawych gleb zaliczyłam. Sobota miała być wspino-rowerowa, wyszła tylko wspinowa. Wylądowaliśmy w Kobylańskiej i trochę męczenia skały i się tam było. W niedzielę walkę przenieśliśmy na Pytajniki w Będkowskiej, ale solidna burza szybko nas ze skał wypłukała.
Dwa tygodnie temu przekonałam się, że jednak nie umiem jeździć na nartach, w ten weekend, że na rowerze też nie bardzo, a i ze skałami tak sobie. No bilans maja rewelacyjny... może jednak zajmę się szydełkowaniem...
Ale przynajmniej kilka fot ze skał jest.
Po całym tygodniu odwiedzania lekarzy i zastanawiania się czy zeszłoweekendowe przygody pozostawiły jakiś większy ślad, czy nie, stwierdziłam, ze nie i pojechałam w góry. Przekonałam siebie samą, że oczywiście na narty to nie (a tak ładnie sypnęło w Tatrach...), ale ruszyć się trzeba było. W takich przypadkach zazwyczaj ląduje się na chacie, zatem zupełnie spontanicznie w piątkowy wieczór niewielką ekipką pojechaliśmy do GoChy. A tam klasyka gatunku: grzanki z pieca, kominek, gitarka, baloniki, piękne słoneczko, słodkie lenistwo i cztery przeurocze kociaki... Ciężko było się zebrać w sobotnie popołudnie, ale niespiesznie przez Gorc, gdzie włości przed sezonem doglądnąć należało, udało się doczłapać na Przysłop. Na deser był jeszcze krakowski Pucułowski Stawek, czyli coroczne, kursowe spotkanko ciut inaczej. W niedziele za to wywiało mnie znów z zakopiańskie progi kochane, odmienione i przestronne, ale dalej bardzo kochane :)
Zdjęć tym razem totalny brak, bo pierwszy raz w życiu udało mi się zapomnieć wziąć aparat. A miała być taka piękna, kocia sesja zdjęciowa...
Małe uzupełnienie: kilka gocho-kocich fot się znalazło. Choć nie moje szkło, to przynajmniej mój palec na spuście w większości przypadków wylądował :)
Małe uzupełnienie: kilka gocho-kocich fot się znalazło. Choć nie moje szkło, to przynajmniej mój palec na spuście w większości przypadków wylądował :)
Cudowny, majowy śnieg i sobotnie okno pogodowe zmusiło do wyjazdu w Tatry na wiosenne tury. Padło na Rysy. Godny zjazd - takie moje małe turowe marzenie, więc podejmowanie decyzji dlugo nie trwało. W piątkowy wieczor do Moka, a w sobotni poranek z butofoki do góry. Rysy zostały zdobyte! W moim wykonaniu po raz pierwszy (chyba nawet wstyd się do tego przyznawać ;) Potem miał być zjazd do samego Czarnego Stawu po pięknym, wiosennym śniegu. Jednak scenariusz uległ pewnym zaskakującym zmianom. Obawiałam się tej trasy, bo, jak na moje umiejętności, trudna. Coś w tym było, bo po drugim skręcie coś poszło nie tak... Przewróciałm się i poleciałam. Zatrzymałam się 300 m niżej, spadłam całą Rysę z zawrotną prędkością. Generalnie cud, że żyję! Uratował mnie kask, plecak, który osłonił plecy i mój bardzo pracowity Anioł Stróż. Nic nie złamałam, solidnie się poobijałam, szczególnie twarz. Po chwili dojechała do mnie potwornie zestresowana ekipa. Pogoda nielotna, śmigło nie przyleci, ale mój stan dobry. Po ogarnięciu rzeczywistości zaczęliśmy powoli schodzić w dół. Spod schroniska zabrała mnie karetka do zakopiańskiego szpitala, a tam mocno gburowaty lekarz stwiedzil, że nic mi nie jest...
Chwała wielka chłopakom za opiekę, pomoc i stalowe nerwy!
Pięknie było mimo przygód! Można to tutaj zobaczyć.
Na koniec chwila w Indiach - było ekspresowe, jednodniowe zwiedzanie Delhi. Za pomocą motorykszy udało nam się całkiem sporo zobaczyć - takie szybkie citytour. Po Kathmandu, Delhi nas tak bardzo nie zaskoczyło, choć wrażenie zrobiło wielkie, głównie ze względu na mega kontrasty. Do Indii jeszcze trzeba wrócić kiedyś.
daleki świat,
góry,
góry wysokie
Himalaje z samolotu, czyli ostatnie spojrzenie na góry prawdziwe
15:52Jak w drodze tam takie widoki przespałam, to z powrotem trzeba się było zachwycić podwójnie, a było czym. Himalaje z samolotu w morzu bialych chmur wygladają... niebiańsko.
Jak ktoś przypadkiem nie wierzy, to niech popatrzy!
I jeszcze do kompletu świątynia Bouda - ogromna stupa ze spoglądającym uważnie z wysoka Buddą. A wokół takie jakieś włoskie klimaty. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale takie skojarzenie się nasuwało, nie tylko mnie. Miejsce na tyle sympatyczne, że wróciliśmy tam jeszcze raz dnia następnego, choć w strugach deszczu. Przemoczone chorągiewki wyglądają dość smutno, zwłaszcza na pożegnanie.
Kolejnym naszym celem był Bhakthapur, trzecie miasto w dolinie Kathmandu. Z najlepiej zachowaną starą cześcią, w której nie ma ruchu samochodowo-skuterowego, co sprawia, że jest cicho spokojnie i jakby ładniej. Udało nam się zgubić w labiryncie wąskich uliczek, więc ogladaliśmy tamtejsze cuda w sposób lekko niekonwencjonalny, co jeszcze dodalo uroku calości.
Pojechaliśmy do głównej, katmandzkiej świątyni kremacyjnej położonej nad dopływem Gangesu. Bardzo mocne doświadczenie. Mogliśmy cały rytuał pogrzebowy zobaczyć z przeciwległego brzegu rzeki. Dla niektórych to straszne, obrzydliwe czy przerażające, ale tak naprawdę zupelnie naturalne, normalne i zwykłe, mimo że zupełnie inne (dla nas), jak z człowieka tylko popiół zostaje.
No i Durbar Squer w Kathmandu! Główny plac miasta z całą masą świątyń i pałaców. Takie trochę inne miejsce niż całe Kathmandu. Ciekawe czy ktoś wpadnie dlaczego zrobiłam sobie fotę właśnie w tym miejscu? Chyba nie ;)
Wróciliśmy jeszcze do Kathmandu na kilka dni pouprawiać krajoznawstwo w mieście i jego okolicach. Na pierwszy ogień poszedl Pathan. Drugie po Kathmandu miasto doliny, w zasadzie już wchłonięte przez stolicę. No i się zaczęło zwiedzanie właściwe. Niestety trudno te wszystkie pałace i pagody odróżnić od siebie. No, ale robi wrażenie, robi...
Udało się! Znowu wszyscy w komplecie, trochę inaczej niż planowaliśmy przedostaliśmy się do Pokhary, takiego mega turystycznego kurortu nad jeziorem Phewa. To miało być miejce naszego wypoczynku po trudach górołażenia. No i było: hotel pod palmami z werandą, europejski fullwypas obiad w postaci steka z frytkami, piwo w knajpie z muzyką na żywo i jeszcze kila innych wywczasowych klimatów z rowerowaniem i imprezowaniem na czele. Głównym elementem pokharskiego bytowania miał być wschód słońca z nieziemskim widokiem na całą grupę Annapurny. Wschód był, widok nie bardzo niestety.
No i dobiegliśmy do Darapani, gdzie spotykają się trasy dwóch trekkingów - zejściowa wokół Manaslu, czyli nasza i wyjściowa wokół Annapurny. Tu zaczyna się cywilizacja. Widać, jak bardzo komercyjne są te najpopularniejsze trekkingi. Wioski składają się z samych hoteli i lodży, w każdej biała pościel i prysznic. Niewiele prawdziwego Nepalu tam zostało, który tak intensywnie podziwialiśmy w dolinie Burhi Ghandhaki. I choć pierwszy zachwyt noclegiem na łóżku i ciepłym prysznicem był jak najbardziej szczery, to potem podobało nam się jakby mniej. Zwłaszcza, że towarzyszyły nam dzikie tłumy turystów podążających pod Annapurnę i niesamowity hałas z budowy drogi jezdnej po przeciwnej stronie doliny. No, nie powaliło nas to. I tak się skończyły nasze górskie spacery. Po dwóch dniach dotarliśmy do miejsca, gdzie można było upchnąć się do samochodu i pojechać na spotkanie z resztą ekipy.
daleki świat,
góry,
góry wysokie
Małe zdobywanie, czyli jak wyłaziliśmy na Larke Pass 5200 m n.p.m.
14:31Doszliśmy do Samdo 3800 m n.p.m., ostatniej wioski w górnej części doliny Burhi Ghandhaki, już prawie pod granicą tybetańską. Tu znów miał być aklimatyzacyjny dzień przerwy, a potem właściwe zdobywanie Larke Pass. Niestety okazalo się, że Aga ma objawy choroby wysokogórskiej i jedynym sensownym dla niej rozwiązaniem był powrót. Zatem podzieliliśmy się na pół. Ola, Michał i ja wraz z Ramsingiem i Kamansingiem poszliśmy do góry, reszta zeszła w dół. W takim okrojonym składzie po dwóch dniach w cudnych okolicznościach przyrody zdobyliśmy Larke Pass 5200 m n.p.m! Zaskakująca bardzo była wyjątkowa mizeria śniegowa, raki to sobie tylko podźwigaliśmy bezsensu. Ale jak było pięknie! Jakie góry!
Dzień baaardzo dlugi. Zgodnie stwierdziliśmy, że zdobycie przełęczy to pikuś, zejście do Bimthangu 3800 m n.p.m. to wyzwanie! najbardziej znienawidzona i wyczekana wiosna całej imprezy. Na koniec naszego zdobywania, jako nagroda dodatkowa, były gaje rododenrowe z ostatnimi widokami na białe szczyty.
daleki świat,
góry,
góry wysokie
Samotny spacer aklimatyzacyjny, czyli Base Camp Manaslu 4850 m n.p.m.
14:16W Sama Gompie mieliśmy pierwszy nocleg powyżej 3000 m n.p.m. W celu dobrej aklimatyzacji mieliśmy tutaj dzień restu. A że z takim dniem coś miłego zrobić należy, to wymyśliłam, że sobie skoczę do bazy pod Manaslu. Reszta ekipy postanowiła się polenić, więc wybrałam się sama. Nic to, że zaspałam solidnie. No ale mimo to wybrać trzeba się było. A nuż widelec da radę dotrzeć w sensownym czasie. Zatem przy cudnej pogodzie z widokiem na Ducha Gór wystartowałam z Sama 3500 m n.p.m. Trochę mi się nie chciało, więc plener fotograficzny nad jeziorkiem pod lodowcem Manaslu sporo się wydłużył, potem już tylko do góry. Pogoda zbyt łaskawa nie była i się zachmurzyla, ale co tam. W towarzystwie pękającego po lewej mega lodowca Manaslu wlazłam do zamglonej i sennej Base Camp Manaslu 4850 m n.p.m. Dostałam kubek straszliwie słodkiej herbaty, pogadałam chwilę i pomknęłam z powrotem. Całość imprezy 8 godzin. Zmęczyłam się ciut.
Główna i najładniejsza część naszego człapania miała miejce w dolinie Burhi Ghandaki zlokalizowanej na wschód od masywu Manaslu.Wystartowaliśmy z wysokości 500 m n.p.m., dotarliśmy na 5200 m n.p.m. Zaczynaliśmy w tropikalnych klimatach w otoczeniu bananowców, bambusów i pól ryżowych, a kończyliśmy w surowym krajobrazie wysokogórkim. Były wszystkie piętra roślinne, klimatyczne i krajobrazowe, jaki można spotkać w takich górach, w tej części świata. A prócz przyrody niesamowite wioski, w których czas zatrzymał się kilkaset lat temu i droga, na której toczyło się życie - odbywał się transport. Na ludzkich plecach niesiono wszystko - od koszyków z małymi dziećmi, po sześćdziesięcio kilogramowe zwoje blachy falistej i telewizory. W tym wszytskim my - turyści, trochę od czapy, bo ta trasa jest chyba ostatnim niecywilizowanym trekkingiem, gdzie można sobie jeszcze pooglądać prawdziwy, górski Nepal. Spotkaliśmy tylko trzy grupy i biegaczy, to bardzo mało, ale to też nie sezon - więcej ludzi wędruje tu jesienią.
A krajobraz zmieniał nam się po drodze tak.
Takie małe zboczenie zawodowe ;) Musiałam himalajskie znakowanie obfotografować. No nie mogłam się powstrzymać - takie foty musiały się pojawić. Znakowaniem zajmują się parki narodowe. W tym rejonie Manaslu i Annapurna. Tabliczki są prawie w każdej wiosce z informacja gdzie się jest, gdzie się docelowo idzie, ile do nastepnej i czasem wysokość. Wyżej, poza wioskami pojawiają się tyczki.
Inna część świata, inna kultura, to też inni ludzie. Jak inni, to ciekawi dla nas i ciekawi nas.
Trochę ludzkiego koloru i ludzkiej pracy w obiektywie tu.
Trochę ludzkiego koloru i ludzkiej pracy w obiektywie tu.
Dzieciaki są rewelacyjne! Rozbrykane, brudne straszliwie, wyciorane we wszelkim syfie, ale super radosne, puszczone samopas, teoretycznie opiekują się sobą nawzajem i robią co im się żywnie podoba, rozwijając swoje talenty wszelakie. Ani razu nie słyszałam, żeby jakiekolwiek dziecko płakało.
A bieda niesamowita, perspektywy marne, nawet ze zwykłą podstawówka kiepsko...
Mimo to odrobinę uśmiechu udało się uchwycić.
Jak się jedzie w daleki świat, to trzeba od razu miejscowego jedzenia popróbować. Podstawą kuchni nepalskiej jest ryż z soczewicą, czyli dal-bath. Jedzą to na śniadanie, obied i kolację przez cały rok na okragło. My jedliśmy to prawie trzy tygodnie i mieliśmy trochę dość. Dobre, ale ileż można? Na drugim miejscu było Mo:Mo: - coś na kształt pierogów, a jeszcze troche zasmarzanych ziemniaków i pieczone na głębokim tłuszczu somosy i pakora. Wszystko z ulicznych straganików lub gotowane na glinianym piecu. Zamiast chleba ciapaty, czyli zwykłe podpłomyki. A! i jajka sadzone do upadu. Generlanie mało urozmaicone kulinarne klimaty. Na osłode ciężkiego, żywieniowego losu turysty piwo o dumnej nazwie Everest i Gorka.
Poza tym wszlekie plotki o intensywnych kłopotach żołądkowych w Nepulu i Indiach są nieprawdziwe pod warunkiem, że dość często, profilaktycznie stosuje się odpowiednie lekarstwo ;)
Do nepalskiej kuchni można zaglądnąć tutaj.
Drugiego dnia pobytu w Kathmandu powędrowaliśmy do górującej nad miastem Świątyni Małp.Trochę buddyjskiej, trochę hinduistycznej, z ogromną, białą stupą na środku, z której groźne oczy Buddy spoglądają na katmandzki świat. No robi wrażenie! A jak jeszcze jakaś małpa w międzyczasie przebiegnie pod nogami albo przeskoczy nad głową wcinając kawałek pomarańczy, to robi się zupełnie irracjonalnie. Mocno wyluzowane podejście do kultu świętości. Ciekawe.
Cóż można napisać o tym mieście? Nadużywanie przymiotników: wspaniały, cudowny, niesamowity jest niezdrowe, zresztą to nie do końca byłaby prawda. Pierwsze wrażenie po wyjściu z lotniska było piorunujące. Choć w sumie już wygląd samego terminala był osobliwy. Potem przejazd przez miasto na Thamel - dzielnicę turystyczną. I próby pierwszych porównań z tym, co się już widziało gdzieś w świecie. Nie da się porównać do niczego! Uderza kolor i chaos wbrew pozorom sprawnie funkcjonującej miejskiej rzeczywistości. Wszystko trąbi, wszystko chce Cię rozjechać, wszyscy chcą Ci wszystko sprzedać. Ale człowiek w tym zamieszaniu, a dokładniej turysta, czuje się zupełnie bezpiecznie i dobrze, jakoś tak bezstresowo. No bo cóż poradzić na wszechobecny, beztroski nieład? Można się tylko do niego dopasować.
Mała próbka tego nieuporządkowanego koloru do podpatrzenia tu.
daleki świat,
góry,
góry wysokie,
krajoznawstwo
Nepalskie życie obozowe, czyli co myśmy tam tak naprawdę robili
11:42Prócz gór niesamowitych, pięknych widoków, cudnych miejsc, ważnych zabytków, kosmicznych klimatów i wspanialych ludzi na wyjeździe byliśmy my: Ola, Aga, Michał, Artur, Blondi (szanowny sprawca zamieszania), Ramsing (nasz nepalski superprzewodnik), Kamansing, Ram i Maila (nasi tragarze) oarz ja. Między kolejnymi zachwytami po prostu prowadzilismy sobie zwykłe życie obozowe, czyli jedliśmy, piliśmy, spaliśmy, myliśmy się i robiliśmy różne głupawe rzeczy.
Co jak wygladało zobaczyć można tutaj.
Tu, czyli w rzeczywistości zielonej, czystej, cichej i poukładanej. Znaczy się wróciłam z Nepalu do domu. Prawie miesiąc szwędania się po górach, dolinach i innych fascynujących miejscach wziął się i skończył szczęśliwie, tylko szkoda, że już. Były góry prawdziwie Hamalajami zwane, wioski niesamowite, krajobrazy nieziemskie i ludzie z innej, chyba lepszej planety. Na dokładkę Kathmandu i Delhi. Świat zupełnie inny i piękny.
Opiszę bardziej i pokażę szczegółowo, ale powoli, w odcinkach zapewne.
No to jedziem! I długo nam to zejdzie. Nepal. Z widokiem na Manaslu. Piękne miejsca i wysokie góry. Co będzie? Jak będzie? Będzie dużo chodzenia, dużo patrzenia i dużo myślenia. Opowiem i pokażę, jak wrócę. Już w maju...
Niech wcale nie będą wesołe, radosne i spokojne! Nie!
Niech będą prawdziwe, przemyślane, rozważne i mądre, nowe, odczute i uwierzone!
Wielkie! Zmartwychwstałe Święta!
Niech będą prawdziwe, przemyślane, rozważne i mądre, nowe, odczute i uwierzone!
Wielkie! Zmartwychwstałe Święta!
No niby wiosna, a zima w końcu przyszła! W końcu! Słońce za oknem, zielona trawa już rośnie, bazie się wykluwają, a w górach leży ponad pół metra świeżutkiego, wymarzonego i wyczekanego przez co poniektórych puchu. Hmm..., a może to nie zima, tylko wiosna właśnie taka niekonwencjonalna, na nowo zdefiniowana w naszych górach? Jakby na sprawę nie spojrzeć w najbliższym czasie będziemy widzami rewelacyjnego pojedynku między srogim, zimnym, silnym a ciepłym, słonecznym i entuzjastycznym, co da zapewne wiele radości tym, którzy znów wywędrują szukać swojego miejsca w górach.Trzeba zaczerpnąć świeżego powietrza przywianego gdzieś z południa, wystawić twarz do słońca i popatrzeć na góry. To już druga wiosna nowej Gazety Górskiej, zatem przymiotnik „nowa” przestaje pasować do sytuacji. Mam nadzieję, że obecna forma zdołała już do siebie Czytelników przekonać i przyzwyczaić. Chodzenie po górach wychodzi nam całkiem nieźle, są kolejne, coraz wyższe pomysły – w pisaniu o górach cały czas się rozkręcamy. Jak to wychodzi w tej odsłonie? Zobaczcie sami! Już po raz piąty. Tym razem spotkanie trochę na ludowo, trochę językowe i literackie, a i cykl sudecki zaczynamy.
Zatem niech to będzie górska pobudka dla tych, co w zimowy letarg zapadli i od gór abstynencje w tym czasie zachowali, a dla tych, którzy sezonu górskiego nigdy nie kończą i nie zaczynają, niech to będzie zastrzyk energii do kolejnych działań wysoko nad poziomem morza.
Aha! Wiosna w klasycznej postaci walkę wygrała!
W górach też!
Idealny przykład, jak można wyjazdowo zdezorganizować weekend. No, ale może nawet z pewnych względów dobrze tak bardzo czasem pobyć sobie chwilę normalnym człowiekiem, normalnie spędzającym dwa urocze, wolne, wiosenne dni - byle nie za często. W każdym razie było poważnie, było muzycznie, było snobistycznie, a i nauki o pomarańczowych rajstopach do myślenia dały.
W ramach kręgosłupowej rekonwalescencji weekend z założenia mało ambitny, choć pokus wszelakich od metra. Że niby wspinanie na gnata najmniej szkodliwe (ciekawe z której strony?), to stanęło na tej formie aktywności. A że w piątek wiosną mocno i ciepło powiało, zatem siedzenie na panelu i wdychanie magnezji nie wchodziło w grę - w skały trzeba było się ruszyć, sezon rozpocząć. Chochołowe na celowniku, ale tam "teren prywatny" się nagle zrobił :( Więc sąsiednie Witkowe zostały oblężone. Dalej nie napiszę wiele, bo podsumować można słowem jednym: porażka... Ale dzionek wiosenny, miły, a następną razą może lepiej wspinowo będzie, miejmy nadzieję...
Mała sesyjka zdjęciowa niebieskiej liny tutaj.
Znów miał być solidny wypad tatrzański, ale kilka czynników w tym przeszkodziło. Zamiast tego wylądowałam w Małym Cichym. Z nie do końca sprecyzowanymi planami, z nartami pod pachą zapakowałam się w piątkowy wieczór do autobusu. A na miejcu śnieg, śnieg, dużo śniegu, dużo sypiącego, walącego śniegu. Z racji pogody i kawałka lenia weekend minął na bezstresowym narciarstwie wyciągowym. A przy okazji można było dwudniowe ciele pooglądać, drewniany kościółek na górce zobaczyć, spontanicznie na chwilę zakopiańskie progi nawiedzić i ciut sobie odpocząć.
Dwie nowe sprawności zdobyte: zakładanie łańcuchów samochodowych po ciemku oraz sprawność bardzo skutecznego instruktora narciarskiego ;)
Zdjęć nie ma, bo ani weny specjalnie nie było, ani potrzeby by focić.
Ale puch! Takiego świeżutkiego puchu moje narty jeszcze nie widziały, a ja po czymś takim jeszcze nie jeździłam! Cudo! Ale od początku. W piątek rano coś nieśmiało zaczęło w końcu sypać, zatem spontanicznie, jak zwykle, w piątek wieczór wylądowałam w moich dawno niewidzianych, kochanych, zakopiańskich progach :) Mieliśmy z foki Kopę Kondracką zdobywać, ale że przysypało mało bezpiecznie, a i mgła totalna, to plan został zmodyfikowany do okolic Kasprowego, zatem rańcem sobotnim szybki atak na górę narciarzy. Cały czas sypało cudnie, mróz niemożebny, a na górze słonko wyszło na chwilę. Warunki niesamowite, no więc poza trasę nas poniosło. Trzeba przynać, że jazda spod Pośredniego, jak na Goryczce odbywały się zawody skiturowe TPN, podniosła nam adrenalinę - takiego zagęszczenia parkowców na metrze kwadratowym trasy to rzadko można doświadczyć ;) Mój pierwszy prawdziwy ślad w zupełnie dziewiczym śniegu wyglądał całkiem ładnie! Jednak to ciężka praca jest. Popołudnie nam zeszło na uroczym nicnierobieniu. Po drodze zdobyłam sprawność: "superniania małego supersłodziaka" ;) Dzień zakończyliśmy zasypiając nad planszą Talismana. W niedzielę puchowa powtórka z Kasprowego w jeszcze większym i fajniejszym śniegu! No chyba sobie kupię freeridowe łopaty ;) Taka jazda jest niesamowita! Wprost nieziemska! W nagrodę był krupówkowo-knajpiany lans wzorcowy - czasem trzeba ;)
A tu kilka fociszczy z przedsmaku kaspro-puchu właściwego i z zakopiańskich, kuchennych posiadów. Tego co działo się na samej górze żadne zdjęcia nie oddadzą ;)
Kolejny zimowy wypad w Taterki. Mimo że już tradycyjnie cały tydzień prognozy były kiepskie, wiał halny, a lawinowa trójka nie chciała stać się dwójką, podjęliśmy wyzwanie.
Tak więc ulubiony, sobotni autobus o 5.35 do Zakopaca, a tam leje, potem na Palenicę, a tam sypie, potem do Piątki, a tam już nie sypie. Podjęliśmy próbę dotarcia na Krzyżne z planem zejścia do Murowańca. Zrobiliśmy testy lawinowe, ale ich interpretacja była co najmniej dziwna - próbujemy! Nie dało rady - śniegu sporo, późna godzina i uroczo pęknięty śnieg po wejściu w niezbyt fajne miejsce - trzeba się było szybko zwijąć. W międzyczasie zaliczyłam mało miły, niespodziewany, kilkumetrowy zjazd - dobrze, że stok nie był stromy, a moja reakcja szybka i dobra, nawet się zestresować nie zdążyłam - hamowanie czekanem przećwiczone. Naszym zabawom, ze stoickim spokojem przyglądała się niestrachliwa kozica. Odwrót, żeby nie było za prosto, zapodaliśmy z ominięciem schroniska, w dół do doliny Roztoki. Migusiem na Palenicę, fuksiarski stop do Zakopca i jeszcze cudny spacerek do Murowańca w świetle księżyca, gwiazd i podhalańskich stoków narciarskich - coś pięknego! Zwieńczeniem dnia była spora porcja wiśniówki ;) Rano - wiatr, mega wiatr, ale i słoneczko i dziwaczne chmury, więc lajtowy pomysł na Żółtą Turnie, którego lajtowość skończyła się po pierwszych kilku krokach w śniegu do pół uda, kosówce, przy wietrze wiejącym w twarz z prędkością 100 km/h... Nie było opcji, znów odwrót... Na otarcie łez była szarlotka w schronisku i Kasprowy o zachodzie słońca - tak, żeby cokolwiek zdobyć w ten weekend ;) W ogóle to świat się kończy - w ciągu dwóch tygodni dwa razy wylądowałam na Kasprowym i ani razu nie miała ze sobą nart...
I znów wyszedł naprawdę mocny, wykańczający, tatrzański wypad. Oby więcej! A Krówka mówi: To Twój szczęśliwy dzień!
Straty wyjazdu: pozbyłam się skóry na piętach - chodzenie w innych butach niż klapki, to chwilowo wyzwanie.
Zdjęć trochę tu. Można popatrzeć na niesamowitości pogodowe, jakie nam były dane. Tym razem lustro zostało w domu, testowałam zdolności małego idioty bojowego.
Tak więc ulubiony, sobotni autobus o 5.35 do Zakopaca, a tam leje, potem na Palenicę, a tam sypie, potem do Piątki, a tam już nie sypie. Podjęliśmy próbę dotarcia na Krzyżne z planem zejścia do Murowańca. Zrobiliśmy testy lawinowe, ale ich interpretacja była co najmniej dziwna - próbujemy! Nie dało rady - śniegu sporo, późna godzina i uroczo pęknięty śnieg po wejściu w niezbyt fajne miejsce - trzeba się było szybko zwijąć. W międzyczasie zaliczyłam mało miły, niespodziewany, kilkumetrowy zjazd - dobrze, że stok nie był stromy, a moja reakcja szybka i dobra, nawet się zestresować nie zdążyłam - hamowanie czekanem przećwiczone. Naszym zabawom, ze stoickim spokojem przyglądała się niestrachliwa kozica. Odwrót, żeby nie było za prosto, zapodaliśmy z ominięciem schroniska, w dół do doliny Roztoki. Migusiem na Palenicę, fuksiarski stop do Zakopca i jeszcze cudny spacerek do Murowańca w świetle księżyca, gwiazd i podhalańskich stoków narciarskich - coś pięknego! Zwieńczeniem dnia była spora porcja wiśniówki ;) Rano - wiatr, mega wiatr, ale i słoneczko i dziwaczne chmury, więc lajtowy pomysł na Żółtą Turnie, którego lajtowość skończyła się po pierwszych kilku krokach w śniegu do pół uda, kosówce, przy wietrze wiejącym w twarz z prędkością 100 km/h... Nie było opcji, znów odwrót... Na otarcie łez była szarlotka w schronisku i Kasprowy o zachodzie słońca - tak, żeby cokolwiek zdobyć w ten weekend ;) W ogóle to świat się kończy - w ciągu dwóch tygodni dwa razy wylądowałam na Kasprowym i ani razu nie miała ze sobą nart...
I znów wyszedł naprawdę mocny, wykańczający, tatrzański wypad. Oby więcej! A Krówka mówi: To Twój szczęśliwy dzień!
Straty wyjazdu: pozbyłam się skóry na piętach - chodzenie w innych butach niż klapki, to chwilowo wyzwanie.
Zdjęć trochę tu. Można popatrzeć na niesamowitości pogodowe, jakie nam były dane. Tym razem lustro zostało w domu, testowałam zdolności małego idioty bojowego.
Ostatnio specjalizuję się w spontanicznych zmianach weekendowych planów. Miały być narciochy krynickie, a wylądowałam w Śląskim, na turach oczywiście. Niby miałam dołączyć do kursu, który kończył obóz zimowy, ale jakoś średnio mi wyszło. Była za to leniwa turo-jazda :) Jakimś strasznym rańcem do Ustronia, a tam leje, ciut wyżej naszczęście śnieżyło, ale syf był niemożebny. Zatem z foki na Równicę, a tam w schronisku PTTK kelner w białej koszuli, z rączką za plecami podał mi kawę, a potem bardzo chciał porwać filiżankę, jak ja jeszcze nie skończyłam - uciekłam szybko... Miły zjazd leśny do Brennej, choć śnieg mokry i ciężki, potem człapanie na Błatnią. W ramach czekania na ekipę kursową można się było wyspać. Wieczorne posiady, a z rana miłe pogodowe zaskoczenie, więc myk razem na Klimczok, a tam chmury się podniosły i Skrzyczne wezwało! No to w dół po lesie do Szczyrku i pod krzesełko. Chwila dylematu i burżujska decyzja - foczyć mi się nie chciało, więc za karę solidnie wymarzłam na wyciągu. No ale w końcu mialam okazje posmakować czarnej trasy i trochę pozatrasowej jazdy też - warunki straszne - albo walka na lodzie, albo trawa i kamienie. Mimo to, miło było się zmęczyć :)
Straty tury (to chyba będzie stała rubryka...): świeżutko wyserwisowane ślizgi wyglądają tak, jakby przeżyły ciężki sezon...
Kilka takich przemysleń z weekendu... Szkolenie kursowe już mi się nudzi, jakoś przestało mnie bawić sterczenie na panoramkach i wyduszanie z kursantów strzępków wiedzy, a jeszcze nie tak dawno życ bez tego nie mogłam - smutne trochę. Tak w sumie stwierdziłam, że lubię sobie sama beskidzko turować (w Tatry solo, wiadomo, nie da rady). Człowiek sobie foczy, jak chce, gdzie chce, kiedy chce i jeszcze nikt nie widzi, jak w lesie sobie marnie radzi ;) A jak się ma ochotę na wyciągową jazdę, to też można się swobodnie poburżuić :)
Zdjęć tym razem nie ma ani pół, bo niestety czasem się nie pamięta, że baterie do aparatu to ładować należy niekiedy. A ze Skrzycznego takie ładne widoki były...
Nie może być! Pierwszy wyjazd w tym sezonie zimowym w góry bez nart! Ale za to jaki! Z foczeniem dalej nie najlepiej, więc spotanicznie wyszło zupełnie co innego, mocno tatrzańskiego. Tak więc narty zostają w domu, a mimo kiepskich prognoz w plecaku ląduje szpej :) Po półgodzinie snu z piątku na sobotę, trzeba się było zapakować do autobusu o jakiejś chorej godzinie, potem migiem na Kasprowy (pierwszy raz w zimie z buta, nie z narty). A tam syf, mgła śnieg, wiatr i inne takie przyjemności. Nic to! Związać się trzeba i pomykamy na Świnicę. Wierzchołek taternicki udało się zdobyć! Ze względu na późna godzinę i mocno niemiłe warunki została podjęta jak najbardziej słuszna decyzja, że wierzchołek właściwy odpuszczamy. No to do Murowańca z Przełęczy Świnickiej bardzo śniegowo czujnie w dół i potem niby szybko, sprawnie przez pojezierze do schroniska. Nic bardziej mylnego - jak się nie wceluje w szlak, to się ma jeszcze po drodze przyjemność przecierania śniegu miejscami po pas przez hektary kosówki. Urocze trzy godziny... No ale zwięczeniem sukcesu było trochę schroniskowego ciepełka. I mimo, że Murowańca nie lubię, to miło było. Dnia następnego atak na Kościelec. Pogoda odziwo lepsza. Najpierw nad Czarny Staw i pod Karb - niewiele poniżej przełęczy nie puściło, śnieg niebezpieczny - zatem uzasadniony odwrót. Przy okazji mogliśmy popatrzeć, jak spod Granatów zeszła lawinka - robi wrażenie, dobrze, że z daleka. Jak nie da rady z tej strony, trzeba zajść go od tyłu, więc dookoła, znów przez pojezierze, tym razem szlakiem na szczęście. A tuż pod przełęczą jakieś słońce zaczęło wychodzić, chmury się przerzedziły, góry się pokazały! I moje trzecie widmo Brockenu! Mało czasu. Z Karbu szybko na górę. Nie wiążemy się. Kościelec zimowo zdobyty! I znów bezpiecznie na Karbie - po drodze tylko cztery stresy ;) Warunki w kierunku Czarnego Stawu lepsze, kilka osób schodziło, to my też - zjeżdżamy. Szybko i sprawnie na dole, tylko z zimną pupą ;) Na chwilkę zahaczamy o schronisko i mykamy do Kuźnic.
Mega mocny wypad! Chyba nikt normalny w taką pogodę, przy takich warunkach śniegowych, w takie góry za bardzo się nie pcha, a my tak :)
Straty wyjazdu: solidnie roztargane rakiem goretexy :(
A tak w ogóle to Krówka mówi: Do dzieła! Nie poddawaj się! ;)
No i jeszcze fotki - tym razem mało bardzo, bo jakoś nieporęcznie było z lustrem walczyć.
Mega mocny wypad! Chyba nikt normalny w taką pogodę, przy takich warunkach śniegowych, w takie góry za bardzo się nie pcha, a my tak :)
Straty wyjazdu: solidnie roztargane rakiem goretexy :(
A tak w ogóle to Krówka mówi: Do dzieła! Nie poddawaj się! ;)
No i jeszcze fotki - tym razem mało bardzo, bo jakoś nieporęcznie było z lustrem walczyć.
Śnieg dalej wcale nie jest solidny, no ale trzeba się było przeszkolić lawinowo. Takie szkolenie powinno być obowiązkowe raz do roku, jak pierwsza pomoc, autoratownictwo i jazdy na czekanie. Wybrałam się zatem na Halę Miziową na kurs orgzanizowany przez odradzającą się właśnie Sekcję Narciarstwa Wysokogórskiego KW Kraków. Docieranie w piątkowy wieczór do Korbielowa okazało się nieco skąplikowane i utknęłam na dwie godziny na dworcu w Żywcu, co wróżyło nocne foczenie na Miziową. Ale, że ja mam szczęście i stopa potrafię złapać wszędzie, prawie w połowie podejścia, koło północy, podjechał do mnie sympatyczny goprowiec na skuterze i postanowił zabrać mnie na górę. Pierwszy raz w życiu jechałam takim pojazdem - na stromszych odcinkach było ciekawie. Od samego sobotniego ranka zabraliśmy się za szkolenie: były testy śniegowe, latanie z pipsami po lawinisku (mogłam sobie w końcu solidnie potestować swój detektor), sondowanie, kopania mało, bo nie za bardzo było w czym kopać. W przerwie kilka zjazdów i eksploracja zakrzaczonej, czarnej trasy z Miziowej na Szczawiny - mocna rzecz. A zamiast obiadu pierwsza próba zdobycia Pilska - w połowie drogi moje foki postanowiły się odkleić i krzyknąć: chcemy do serwisu! Popołudniu wykłady, a wieczorem posiady przy wiśnióweczce... Godzinę przed świtem gotowość bojowa i druga próba zdobycia Pilska. Tym razem dotarłam do jednej trzeciej drogi i po stwierdzeniu, że wschodu słońca i tak nie będzie, wróciłam. W totalnej chmurze, na dzień dobry rozpoznawaliśmy sobie rodzaje śniegu, a potem podejście trzecie do Pilska. Oj, ładna, odziwo słoneczna tura nam wyszła z miłym zjazdem w odrobinie świeżutkiego puchu. No i dalej do pipsów, ćwiczyć! Jak już szkolenie się skończyło trzeba było zjechać na dół - nie lubię jeździć z większym plecakiem. I znów wylądowaliśmy w krzakach czarnej trasy, potem w lodzie nartostrady i na kamerdolcach gdzieś już prawie na dole. Powrót do Kraka poszedł zdecydowanie sprawniej niż piątkowa podróż.
Fajnie było! SNW to całkiem niegłupi pomysł ;) Nasze lawin nauki i spacery z fokami do podglądnięcia tu.
Tydzień jakoś tak się zrobił wyjątkowo towarzyski. Zaczęło się od tortilli, przez kurczaka po chińsku, chilijskie i mołdawskie wino, po sushi. Spotkania tak różne, jak te frykasy ;) W międzyczasie, jak zwykle odbywał się nieustanny monitoring warunków śniegowo-pogodowych z nastawieniem na porządną, tatrzańską turę. I po raz kolejny tej zimy w okolicach piątku trzeba było zapomnieć o marzeniach na temat dużej ilości cudnego, białego i zweryfikować plan. Zatem choćby Kasprowy... No i może śniegowo było ok, ale pogodowo zdecydowanie nie-ok. Stanęło na niezbyt ambitnym rozjeździe śnieżnickim. Jakoś ten stok wydawał mi się te kilka sezonów temu trudniejszy i, co tu dużo mówić, trochę mi się nudziło. A jak się człowiekowi nudzi w takich okolicznościach przyrody, to wjeżdża do lasu :D Śniegu przyzwoicie - tak, żeby się nie zabić, choć do ideału daleko. Jazda ciekawa, bez bliższych spotkań z drzewami. W zasadzie to jestem z siebie dumna, bo chyba pierwszy raz wjechałam w dość gęsty las na nartach bez przerażenia w oczach. Przeżyłam i jeszcze na dodatek mi się podobało, bardzo! Podziwiać to należy tu ;)
Ha! Nadszedł ten jedyny w roku wieczór, kiedy zakładam kieckę i szpilki! Bal Przewodnika! Hasło balu: Dziki Zachód, czyli każdy kiedyś chiał być kowbojem - to było widać! Konwencja balu doprowadzila do tego, że panowie w zdecydowanej większości, słusznie zresztą, przyszli w dżinsach. A ja chciałam sobie te garniaki pooglądać... Ale za to ilość damskich szpilek była odpowiednia. Pojawiło się całe stado szeryfów, byli "WANTED", kaktus, lasso, indianki, panie z saloonu, muzyka country, farmerzy i galaretka - to słowo zmieniło swoje znaczenie ;) Fajne miejsce i cała noc świetnej imprezy. Szpilki założyłam - żeby nie było - i sukienkę też, i wytańczyłam się, też ;) Co to był za bal spojrzeć wystarczy.
Co ta zima w tym roku wyprawia? Najpierw zaskoczyła jakimś takim dziwnym i niespodziewanym październikowym wybrykiem. Spragnieni śniegu, zwłaszcze tego pod oklejoną foką nartą od razu wyruszyli sprawdzić czy to białe w górach, w środku jesieni na pewno jest prawdziwe. Było prawdziwe! I stopniało, no ale w końcu to jednak jesień. Przyszło czekać na zimę właściwą...
Nadeszła połowa listopada. No niby w górach to już czas na zimę. Pojawiła się, sypnęła ładnie, połechtała lekko świeżo serwisowane ślizgi nart, odwróciła się na pięcie i sobie poszła. Pomroziła tylko przez chwilę w międzyczasie, dając złudny cień nadziei. Zaraz mi tu ktoś powie, że przecież cała Polska cierpi z powodu zimy dekady. A ja odpowiem, że może i cała, ale na północ od Krakowa. W górach tylko jakiś marny substytut się palenta. I co z tego, że na gałązkach stroszą się ładnie zmrożone pióropusze? Co z tego, że mróz skrzy się uroczo w promieniach zachodzącego słońca? Co z tego? Jak ze śniegiem mizeria! Czarne kamienie łypią złowrogimi oczami spod kilkucentymetrowej wartswy puchu, a szaro-bura trawa prezentuje swoje zaskakujące wdzięki na polanach, jak w marcu.
Skoro zima się na nas wypięła, to my na nią też! A co! Zimowy numer wcale nie będzie taki zimowy, jakby się można tego spodziewać. Uczymy się od zimy, dopasowujemy do jej fanaberii, spóźniamy się i również próbujemy zaskoczyć. Czy coś oprócz spóźnienia z tego wyszło zobaczcie sami. A o śniegu, mrozie, lawinach i innych takich, ponoć zimowych, frykasach może będzie na wiosne, jak się już z zimą i górami w tym aspekcie dogadamy.
Mimo tych zimowych przebojów, albo raczej wybojów, na góry się nie obrażajcie. Cóż z tego, że śniegu tam brakuje?
Zatem górskiej zimy prawdziwej! Choćby wiosną!
Nadeszła połowa listopada. No niby w górach to już czas na zimę. Pojawiła się, sypnęła ładnie, połechtała lekko świeżo serwisowane ślizgi nart, odwróciła się na pięcie i sobie poszła. Pomroziła tylko przez chwilę w międzyczasie, dając złudny cień nadziei. Zaraz mi tu ktoś powie, że przecież cała Polska cierpi z powodu zimy dekady. A ja odpowiem, że może i cała, ale na północ od Krakowa. W górach tylko jakiś marny substytut się palenta. I co z tego, że na gałązkach stroszą się ładnie zmrożone pióropusze? Co z tego, że mróz skrzy się uroczo w promieniach zachodzącego słońca? Co z tego? Jak ze śniegiem mizeria! Czarne kamienie łypią złowrogimi oczami spod kilkucentymetrowej wartswy puchu, a szaro-bura trawa prezentuje swoje zaskakujące wdzięki na polanach, jak w marcu.
Skoro zima się na nas wypięła, to my na nią też! A co! Zimowy numer wcale nie będzie taki zimowy, jakby się można tego spodziewać. Uczymy się od zimy, dopasowujemy do jej fanaberii, spóźniamy się i również próbujemy zaskoczyć. Czy coś oprócz spóźnienia z tego wyszło zobaczcie sami. A o śniegu, mrozie, lawinach i innych takich, ponoć zimowych, frykasach może będzie na wiosne, jak się już z zimą i górami w tym aspekcie dogadamy.
Mimo tych zimowych przebojów, albo raczej wybojów, na góry się nie obrażajcie. Cóż z tego, że śniegu tam brakuje?
Zatem górskiej zimy prawdziwej! Choćby wiosną!
W piątkowy wieczór tym razem nie udało się zrobić rozgrzewki zjazdowej w Myślenicach, ale za to w sobotę w Wyspowy z kursem i fokami. Jeszcze w grudniu mnie naszło, zatęskniłam za zimowym wyjazdem szkoleniowym... Śnieg po pachy, mróz, jak diabli, a ty człowieku rozczajaj panoramę z Ćwilina przez dwie godziny - cudownie! Dawno tego nie robiłam, sentyment poczułam, więc jechać trzeba przypomnieć sobie, jak to się kursantów szkoli. Inaczej tylko tyle, że śniegu trochę maławo, jak na kursową zimę, a na nogach narty! Jak się o tym marzyło w starych, dobrych, kursowych czasach...
W sobotę Mogielica, w niedzielę Ćwilin - dwa klasyki przy dobrej pogodzie. Patrzyć tu! Młode kursnaty sympatyczne i nawet trochę naumiane. Ech, no fajnie było, tylko zmęczyłam się jakby mniej i nie zmarzłam zbytnio... puchóweczka na zimowe panoramki to jest to ;)
No i co z tym śniegiem?! Niby jest, niby nie ma, a człowiek się niecierpliwi i foki maltretuje. Choć w sumie weekend narciarsko wyszedł mocno wydłużony. Narty mogą nawet zmusić człowieka do stawienia się w pracy na 8.00 rano :) A po pracy do Myślenic, na stok, ujeździć się. Cel: ćwiczyć, ćwiczyc, ćwiczyć skręt NW, bo bez tego poza trasę ani rusz, a u mnie to nierewelacyjnie w tym temacie niestety.
Weekend właściwy - foczy, choćby nie wiem co! W Tatrach pogoda do kitu, w moich pagórach śniegu tak sobie, ale narty pod pachę i do Chaty! Przy okazji na imprezę wośpową się załapać. No ale główny element programu to gorczańskie foczenie. Foki biedne, wymęczone, poharatane, ze zjazdu w sumie nici, ale człapanie zupełnie fajne :) Jak się chce, to się da! Zresztą, co będę pisać, jak zobaczyć można. Było tylko ciut husarii, narty wodne, narty krzalowe, a i na Gorc zawędrowałam, zobaczyć co tam na bazowych włościach słychać - cisza i spokój, jak w domu...
Straty tury: roztargana foka i urwany troczek od plecaka do przypinania narty, ale i tak warto było!
Poniedziałkowy wieczór też na stoku w Myślenicach i dalej ćwiczyć! Ale w tym sezonie na mnie zarobią, za to ja się ujeżdżę ;)
góry,
imprezy,
krajoznawstwo,
z buta,
zjazdówki
Bawarskie zabawy, alpejskie jazdy, sylwestrowo-noworoczne spacery!
09:21No i nas poniosło! Tym razem na zachód. Pierwsze wyzwanie - pakowanie. Jak tu zmieścić pięć ludzików, pięć par nart, pięć par kijów, pięć par butów narciarskich, pięć plecaków, pięć toreb z jedzeniem i całe mnóstwo innych drobiazgów do jednego auta? Da się :) Caaały dzień jazdy urozmaicany nową grą strategiczną LPG i udało nam się dotrzeć do Monachium, gdzie u kochanej i wyjątkowo cierpliwej Aśki ulokowaliśmy cały nasz bajzelek i nas też. Dnia następnego ruszyliśmy na podbój Alp Bawarskich, zaczęliśmy od trochę nieprzewidzianego zwiedzania infrastruktury turystycznej okolic Garmisch, ale w końcu udało się dotrzeć pod Zugspitze i pojeździć! Cudne alpejskie szczyty, cudny alpejski śnieg i trochę jazdy pozatrasowej, ale i pewien niedosyt, jak na takie góry. Popołudniu zabraliśmy się z sukcesem za "zdobywanie" wierzchołka dachu Niemiec. Kolejny dzień to eksploracja Garmisch-Classic, no i w końcu śliczne, długie, całkiem trudne, czarne trasy, niektóre nawet zamknięte, muldziaste i wydarte - mniam! Jakie? Zerknąć polecam tu. W międzyczasie trzeba się było jeszcze zapoznać z litrowym kuflem bawarskiego piwa i wieczornymi ulicami Monachium. Nasze transportowo-miejskie zabawy między górami a nartami w obrazkach są tutaj.
Żyć, nie umierać, tylko dlaczego wszystko człowieka tak boli, a zwłaszcza mięśnie ud? Cieżka praca... W Sylwestra odpoczynek i wielka, alpejska wyprawa...
Stoczywszy ciężką walkę z naszym niechciejem, zaawansowanym, sylwestrowym popołudniem wyruszyliśmy w Tyrol, do doliny Karwendel. Nowy Rok witać mieliśmy w winterhausie u jej zwieńczenia. A że dolina długa jest, a droga nią jeszcze dłuższa świętowaliśmy jakieś dwie godziny przed dotarciem do schroniska, ale za to w jakiej scenerii! Pełnia, bezchmurne niebo i niesamowite, śnieżne góry wokół. Nieziemsko! Niespodziewanie! Inaczej! Jedynie w swoim rodzaju! Tak Sylwestra jeszcze nie spędzałam, czegoś takiego jeszcze nie widziałam... Po dotarciu do chaty odbył się opóźniony rytuał imprezowy, a na deser dostaliśmy morze mgieł i ponad górami słońce! I wszystko proste tak! Znów w dół, do doliny, w Nowy Rok, w nowy czas... Wyglądało to właśnie tak.
Jeszcze dzień narciarskiej przyjemności, jeszcze urocze Ga-Pa, jeszcze dziwaczne w noc siedzenie i powrót do domu.
A tak na marginesie, to Monachium jest idealnie rowerowym miastem! Ilość ścieżek, oznakowań, stojaków dla rowerów, wolność jeżdżenia, wolność porzucania rowerów bez obawy przed kradzieżą. Prawie że, o mało co, rowerowy raj. Nawet przez chwilę zapragnęłam tam mieszkać ;)



