Co robi baba, jak sobie kupi za dużą choinkę, żeby załadować ją na rower?
Baba, jak to baba, ma chustkę i tą chustkę od pradziejów wykorzystuje do noszenia rzeczy wszelkich - od jabłek po bachory.
Baba chwilę myśli, bo czasem jej się to zdarza, ściąga chustkę z szyi (trudno, gardło się trochę przewietrzy), owija choinkę chustką, jak niemowle, zarzuca na plecy, przywiązuje do siebie i wsiada na rower.
Baba tak jedzie na tym rowerze przez pół miasta, czasem jej się ta choinka na plecach przekrzywi.
Generalnie baba wzbudza radość wielką wśród innych uczestników ruchu, ale w efekcie i baba i choinka docierają do domu :)
Życzę zatem umiejętności radzenia sobie w każdej sytuacji i sporej dawki poczucia humoru ;)
...powoli zaczynam rozróżniać wolnobieg od kasety i klucz do wolnobiegu od klucza do kasety. Nauka trwa, Zielony ma nową, tylną biżuterię, a ja mam nietypową dekorację świąteczną...
Świąt na Święta!
Są takie progi w Zakopanem, gdzie można pogadać, posłuchać mądrych rzeczy, pobawić się betoniarą, gdzie świeci słońce i pada śnieg nawet, jak w całej reszcie świata plucha.
Te oto progi odzwiedziłam, bo się za ich właścicielami bardzo stęskniłam :)
Weekend w Krakowie, ale w górach i to tych najwyższych. 9. Krakowski Festiwal Górski, to dwa dni ciężkiej, górskiej pracy ;) Jak zwykle wszystkiego było dużo, jak zwykle ciężko było wybrać. Ciekawie i różnorodnie, więcej o zdobywaniu gór najwyższych, mniej o wspinaniu w skale, co akurat mi się podobało. Sporo było o człowieku w górach, o reakcjach, decyzjach, powodach - dobrze, bo zazwyczaj tego mi brakuje, dominuje wyczyn, technika i siła, a tym razem wylazło na pierwszy plan to, co chyba w tym zdobywaniu ważniejsze.
Filmy - większość warta oglądnięcia. Odziwo w końcu nie wszystkie były takie same. Wygrał piękny obraz bez treści, co akurat bardzo nie przeszkadzało w jego kontemplacji, na dodatek o nartach.
Mistrzostwa Polski w Boulderingu - sport, zawody, rywalizacja, ale miło było popatrzeć.
"Jedynki" nie było - i bardzo dobrze!
Przypomniałam sobie przy okazji tekst, który o KFG napisałam dwa lata temu. Nawet chciałam go tu przytoczyć, ale przeczytałam jeszcze raz i chyba już się z moją ówczesną krytyką tej imprezy w pełni nie zgadzam... Podejście do gór mi się zmieniło? Nie wiem do końca, ale festiwal mi się podobał :)
Filmy - większość warta oglądnięcia. Odziwo w końcu nie wszystkie były takie same. Wygrał piękny obraz bez treści, co akurat bardzo nie przeszkadzało w jego kontemplacji, na dodatek o nartach.
Mistrzostwa Polski w Boulderingu - sport, zawody, rywalizacja, ale miło było popatrzeć.
"Jedynki" nie było - i bardzo dobrze!
Przypomniałam sobie przy okazji tekst, który o KFG napisałam dwa lata temu. Nawet chciałam go tu przytoczyć, ale przeczytałam jeszcze raz i chyba już się z moją ówczesną krytyką tej imprezy w pełni nie zgadzam... Podejście do gór mi się zmieniło? Nie wiem do końca, ale festiwal mi się podobał :)
Narty start! Sezon narciarski uważam za otwarty! Dla ścisłości powtórzę: narciarski - foczy jeszcze nie.
Nie ma ja głupie wypady od czapy - trzy godziny jazdy, cztery godziny jazdy, trzy godziny jazdy. Ta jazda środkowa to na nartach, po białym, sztucznym białym, bo góry raczej jeszcze w scenerii sierpniowej.
A, no na Chopoku byłam, znaczy tuż pod, za jedno euro i dzień urlopu :)
A siatkarze nasi kochani na dzieńdobry ograli Włochów w Pucharze Świata!
To musiało się tu pojawić! Oglądajcie!
18 minut rowerowej niesamowitości!
Ja też tak kiedyś będę jeździć! ;D
18 minut rowerowej niesamowitości!
Ja też tak kiedyś będę jeździć! ;D
Jak się okazuje są jeszcze w Gorcach ścieżki, którymi nie jeździłam. I to bardzo fajne ścieżki. Przy okazji jest też inwersja, morze mgieł, piękne słońce, nieziemskie widoki na Tatry, lód włóknisty oraz wszelkie odmiany szronu i szadzi. Jest też kurs, który ma pierwszy wyjazd i dziesięcioletnie, związane z tym sentymenty oraz trwała już chyba awersja do szkolenia.
Jest też trauma drugiego haka i miny grupy napotaknych endurowców na widok mojego roweru i działań na nim oraz magiczne słowo "szacun" - bezcenne :D
Nie ma za to zdjęć, choć aparat przejechał się w plecaku, ale karta została w domu. Jest za to komórkowy żart fotograficzny.
Jest również oficjalny koniec (mocnego) sezonu rowerowego w górach :(
...długim weekendzie, czyli dwa rewelacyjne koncerty.
W czwartek koncert symfoniczny orkiestry Filharmonii Krakowskiej - polska muzyka filmowa.
W czwartek koncert symfoniczny orkiestry Filharmonii Krakowskiej - polska muzyka filmowa.
W poniedziałek Anna Maria Jopek z niesamowitymi dźwiękami.
A to jeszcze nie koniec kultury w tym tygodniu :)
A to jeszcze nie koniec kultury w tym tygodniu :)
Gdybyśmy to planowali od pół roku, na pewno tak by nie wyszło. Planu na długi weekend nie było, powstał tak spontanicznie, że wszyscy zastanawialiśmy się jakim cudem udało się to tak perfekcyjnie zorganizować. W efekcie 11 osób i 11 rowerów 11 listopada zameldowało się u Uszatej w Teodorówce.
A! Spec dalej na L4 - nie dowieźli mi haka, więc podróż sentymentalna była. Powrót do górskich, rowerowych początków na Zielonym. Da się! To jest najcudowniejszy rower świata!
Dzień pierwszy - kółeczko przez Olchowiec, szarlotka i racuchy z jabłkami.
Dzień drugi - kółeczko przez Lipowiec i Zyndranową, rowerokrzal i dobry film narciarski.
Dzień trzeci - dla odmiany spacer z buta do źródeł Jasiołki z bobrami w tle.
A! Spec dalej na L4 - nie dowieźli mi haka, więc podróż sentymentalna była. Powrót do górskich, rowerowych początków na Zielonym. Da się! To jest najcudowniejszy rower świata!
Kolejny rocznik blachę wziął...
Kolejny wesoły pociąg przetoczył się przez teren uprawnień...
Kolejny raz kabaret szydził z tego samego...
Kolejny raz była fantastyczna impreza...
Ale!
Pierwszy raz od dziewięciu lat WYGRALIŚMY z Tatrzańcami!
Niezwykle emocjonujący mecz Tatry-Beskidy zakończył się wynikiem 3:3 i 1:3 w karnych!
Chwała i cześć Konradowi za pierwszą bramkę, Łysiowi za dwie kolejne i Bartusiowi za niesamowitą obronę!
Kto nie był na Leciu ma czego żałować ;)
Kolejny wesoły pociąg przetoczył się przez teren uprawnień...
Kolejny raz kabaret szydził z tego samego...
Kolejny raz była fantastyczna impreza...
Ale!
Pierwszy raz od dziewięciu lat WYGRALIŚMY z Tatrzańcami!
Niezwykle emocjonujący mecz Tatry-Beskidy zakończył się wynikiem 3:3 i 1:3 w karnych!
Chwała i cześć Konradowi za pierwszą bramkę, Łysiowi za dwie kolejne i Bartusiowi za niesamowitą obronę!
Kto nie był na Leciu ma czego żałować ;)
Tego, że miało być zupełnie inaczej pisać już chyba nie muszę - standard. Pomysł na rowerową Gochę przekształcił się w dwukołowe Bieszczady, z których wykluł się Beskid Niski.
Całość imprezy rozpoczęła się logistyczną porażką: Kraków - Grybów w 8 godzin! Potem miłe pomykanie na wschód zakończone czołówkowym docieraniem do schroniska pod Magurą Małastowską. Wieczór zwieńczony winem Bieszczady!
Dzień następny piękny, słoneczny i liściaście kolorowy. Bartne, Magura Wątkowska i rewelacyjny zjazd ze Świerzowej z klasycznym OTB w pakiecie (drugie moje latanie przez kierownicę, w cenie bardzo promocyjnej - dwa siniaki), a na deser śliczny singiel z Przełęczy Hałbowskiej do Krempnej.
Na zakończenie miały być endurocuda na Cergowej i Dukla, ale pod Grzywacką Górą biedactwo moje specjalne zostało zaatakowane przez potworny drut! Drut się wkręcił we wszystko w co mógł. W efekcie złamałam hak przerzutki, pogiełam wózek przerzutki (na szczęście sama przerzutka cała), pogiełam prawie nowy łańcuch i nadszarnęłam szprychę (na szczęście nie zerwałam). Jedyne co można było zrobić, to założyć łańcuch na sztywno, bez możliwości zmiany przełożeń... Ewakucja do Nowego Żmigrodu, a dalej asfaltem do Gorlic... Bez biegów trzeba było cisnąć... oj, czwórki będą boleć...
A Specjałkowi-biedakowi konkretny serwis teraz potrzebny.
Ci, co lubią asfalt pod rowerem, będą mieć asfalt. Ci, co asfaltu nie lubią, a lubią wszystko inne, będą mieć wszystko inne. Będą dwie superowe trasy na przyszłorocznym Karpackim Maratonie Rowerowym i w końcu będzie konkretny teren!
Dziś objechaliśmy propozycje tras, szkoda tylko, że bez rowerów. Okolice Nowego Sącza są fantastyczne, jeszcze w tym sezonie trzeba tam ma dwukółku popędzić.
W sumie Białystok jest strasznie daleko i jazda tam na weekend wydaje się bezsensu, ale ku chwale i na cześć, spełniając pttkowski obowiązek, popędziałam na spotkanie z kawałkiem Szanownego Koleżeństwa w wydaniu akademickim ;)
Ale Podlasie jest niesamowicie ciekawe i trzeba tam kiedyś na dwukółku dłużej podziałać. Tym razem był Supraśl z najstarszym klasztorem prawosłąwnym w Polsce i świetnym muzeum ikon, Tykocin z Narwią, kościołem, zamkiem i rewelacyjną synagogą, no i Białystok. Dowiedziałam się na przykład, ze Zamenhof, twórca języka esperanto, pochodził z Białegostoku i, że nowa, największa cerkiew w Polsce może być ładna. Fajnie, twórczo, krajoznawczo.
Dowiedziałam się również, że na dworcu centralnym w Warszawie jest informacyjno-remontowa masakra i nie można w kasach biletowych płacić kartą...
Ale Podlasie jest niesamowicie ciekawe i trzeba tam kiedyś na dwukółku dłużej podziałać. Tym razem był Supraśl z najstarszym klasztorem prawosłąwnym w Polsce i świetnym muzeum ikon, Tykocin z Narwią, kościołem, zamkiem i rewelacyjną synagogą, no i Białystok. Dowiedziałam się na przykład, ze Zamenhof, twórca języka esperanto, pochodził z Białegostoku i, że nowa, największa cerkiew w Polsce może być ładna. Fajnie, twórczo, krajoznawczo.
Dowiedziałam się również, że na dworcu centralnym w Warszawie jest informacyjno-remontowa masakra i nie można w kasach biletowych płacić kartą...
Umwówienie się z dwoma facetami na raz graniczy z cudem. Zwłaszcza jeśli chodzi o rower, w górach, w śrdoku jesieni. Ale marudzą!
W efekcie nie weekend a słoneczna niedziela, nie góry a Jura Północna... jedynie rower się zgadzał :)
W efekcie nie weekend a słoneczna niedziela, nie góry a Jura Północna... jedynie rower się zgadzał :)
Dwie edurowce z endurobaranem na czele, pojechali endurostadem w siną dal...
No dobra... jurajskie wapienie i piachy pod oponami są prawie tak fajne jak flisz karpacki. Było zwiedzanie świetnych miejscówek wspinowych (Rzędkowice, Mirów) i zamków (Bobolice, Mirów), był piękny, sosnowy las (prawie wszędzie) i nawet odcinki specjalne po krzakach, było ciepło (na pewno cieplej niż w Beskidach). Ale nie było konkretnego zjazdu i nie było widoku na Tatry.
No dobra... było bardzo fajnie! Zwłaszcza, że tam wcześniej nie byłam :)
Zielonemu też coś się od życia należy - stwierdziłam to zobaczywszy, jak prawie zniknęły kółeczka od tylnej przerzutki. Podzieliłam się spostrzeżeniem ze światem i dostałam ślicznego, prawie nieużywanego, oldskulowego SISa - w sam raz dla Zielonego. Moje wzruszenie było wielkie :) Jak już się przystawiłam do działań, to się okazało, że kilkanaście lat nieodkręcana śruba od haka jest nie do ruszenia, nawet po dwóch dniach kąpieli w WD-40... I tak się skończyło wymienianie przerzutki, choć przynajmniej napęd czysty i linka nowa. Może kąpiel powinna trwać dwa tygodnie? Zobaczymy...
W Tatrach spadł pierwszy śnieg! 33 cm na Kasprowym! Aż narty w kącie podskoczyły z radości. W Beskidach powyżej 1000 m n.p.m. też przypudrowało.
Mimo kiepskich prognoz na weekend, trzeba było przynajmniej jego kawałek jakoś sensownie wykorzystać. Rowerowo oczywiście. Miał być Niski, wyszedł Mały i nawet w ostatniej chwili honor Szanownych Kolegów od Roweru został uratowany ;) Jesienny, bukowy las w odsłonie mglistej, mżawkowej oraz słonecznej udostepnił nam pod dwukółki swoje kamieniste ścieżki. Aczkolwiek feerii kolorów jeszcze brak, może za tydzień albo dwa.
A poza tym andyjsko się dzieje - całą ekipą w końcu zobaczyliśmy się na oczy i nawet udało się omówić kilka konkretów :)
Mimo kiepskich prognoz na weekend, trzeba było przynajmniej jego kawałek jakoś sensownie wykorzystać. Rowerowo oczywiście. Miał być Niski, wyszedł Mały i nawet w ostatniej chwili honor Szanownych Kolegów od Roweru został uratowany ;) Jesienny, bukowy las w odsłonie mglistej, mżawkowej oraz słonecznej udostepnił nam pod dwukółki swoje kamieniste ścieżki. Aczkolwiek feerii kolorów jeszcze brak, może za tydzień albo dwa.
A poza tym andyjsko się dzieje - całą ekipą w końcu zobaczyliśmy się na oczy i nawet udało się omówić kilka konkretów :)
Lato i zima, to takie konkretne pory roku. Na lato się czeka, bo wakacje, urlopy, wyjazdy, wyprawy... Zima to śnieg – też się czeka, żeby skorzystać z atrakcji, których w innych porach roku nie ma. A wiosna i jesień są jakieś takie niecharakterystyczne, mniej oczekiwane, siłą rzeczy przejściowe. A może dlatego właśnie fajne? Bo mniej oczywiste. W kontekście górskim oczywiście, bo nikt sięprzecież z wiosenną, zieloną trawką i kwitnącymi sadami czy jesiennymi, kolorowymi liśćmi i rudymi kasztanami kłócić nie będzie – to jest charakterystyczne i oczekiwane, ale przez ogół mieszkańców naszych szerokości geograficznych, a nie tylko tych górolubnych.
Tak to niestety już jest, że planując działanie w górach na jesień specjalnie się nie czeka, chyba że wyjątkowo chodzi o wyjazd do Nepalu, bo wtedy akurat trwa tam pomonsunowa pora arcyturystyczna. Chociaż jest jeden krajowy wyjątek – Tatry! W miesiącach wiosennych w tych górach warunki są jeszcze zupełnie zimowe, w lecie Tatry pękają w szwach, a dzikie tłumy turystów wszelkich skutecznie przyćmiewają wysokogórskie piękności. Za to we wrześniu czy październiku można je sobie poeksplorować w zdecydowanie większym spokoju.
Wprawdzie o Nepalu i Tatrach z okazji jesieni w Gazecie Górskiej nic nie będzie – tak przekornie, a co! Ale powspominamy letnie zdobywanie, poplanujemy zimowe wypady, a przede wszystkim zaprosimy do korzystania z kolorowych, bukowych, nie tylko beskidzkich lasów... Ważne! Nie tylko pieszo, ale też na rowerze!
Wprawdzie o Nepalu i Tatrach z okazji jesieni w Gazecie Górskiej nic nie będzie – tak przekornie, a co! Ale powspominamy letnie zdobywanie, poplanujemy zimowe wypady, a przede wszystkim zaprosimy do korzystania z kolorowych, bukowych, nie tylko beskidzkich lasów... Ważne! Nie tylko pieszo, ale też na rowerze!
Rzucić wszystko i jechać w Tatry! Tak to właśnie w ten weekend wyglądało. Konkurencyjnych działań było kilka, z rowerowymi na czele, ale nie! Ostatni taki piękny weekend w Tatrach tej jesieni trzeba było wykorzystać. Od piątku ma sypnąć śniegiem - też fajnie ;)
Wysokie Słowackie, w sobotę Dolina Kiezmarska, Zelene Pleso i Jagnięcy - jakie Bielskie są z tej perspektywy piękne! Po zażegnaniu małego kryzysu, udało się jeszcze przeskoczyć przez Świstową Przełęcz i zaczepić na nocleg przy pośredniej stacji kolejki na Łomnicę. Odziwo nie było zimno, a i towarzystwo sympatyczne ;) Pobiegliśmy na burżujskie śniadanie do Chaty Zamkowskiego, a potem do Tereho, przez Czerwoną Ławkę i Staroleśną do Smokowca.
Piękności tatrzańskie bezchmurne! A na deser wizyta u Burego Misia w Małej Manufakturze Radykalnej Metamorfozy Złomu. Łał!
Wysokie Słowackie, w sobotę Dolina Kiezmarska, Zelene Pleso i Jagnięcy - jakie Bielskie są z tej perspektywy piękne! Po zażegnaniu małego kryzysu, udało się jeszcze przeskoczyć przez Świstową Przełęcz i zaczepić na nocleg przy pośredniej stacji kolejki na Łomnicę. Odziwo nie było zimno, a i towarzystwo sympatyczne ;) Pobiegliśmy na burżujskie śniadanie do Chaty Zamkowskiego, a potem do Tereho, przez Czerwoną Ławkę i Staroleśną do Smokowca.
Piękności tatrzańskie bezchmurne! A na deser wizyta u Burego Misia w Małej Manufakturze Radykalnej Metamorfozy Złomu. Łał!
Od grudnia do maja w Tatry jeździ się na skitur, w lecie z definicji w Tatry się nie jeździ, natomiast we wrześniu jeździ się w Tatry przede wszystkim.
Weekend przedłużony o poniedziałek, plan ambitny, perfekcyjnie wykonany.
Sobota i niedziela przeznaczone na słowackie Tatry Zachodnie z Siwym Wierchem, Banówką i Trzema Kopami w roli głównej z noclegiem w Chacie pod Naruzim, jedynym schronisku tatrzańskim, które można by okreslić mianem chatki studenckiej - klimat pierwszoklaśny! Gulasz i piwo po 1 euro, a nocleg za 5 euro! Prawie niemożliwe! A jednak!
W niedzielny wieczór szybka teleportacja do Zakopanego, nocny bieg przez Boczań i tak zwany "dziczek" w Murowańcu. Wszystko po to, by poniedziałkowym, bladym rańcem rozpocząć realizacje planu specjalnego ;) Po dobrym śniadanku nad Czarnym Stawem Gąsienicowym strzała na Zawrat. Start imprezy pt. Orla na raz! Dało radę! Siedem godzin później zameldowałyśmy się na Krzyżnym! Potem sprint do schroniska na zasłużone naleśniki, do Kuźnic i w Kraku o północy.
Sobota i niedziela przeznaczone na słowackie Tatry Zachodnie z Siwym Wierchem, Banówką i Trzema Kopami w roli głównej z noclegiem w Chacie pod Naruzim, jedynym schronisku tatrzańskim, które można by okreslić mianem chatki studenckiej - klimat pierwszoklaśny! Gulasz i piwo po 1 euro, a nocleg za 5 euro! Prawie niemożliwe! A jednak!
W niedzielny wieczór szybka teleportacja do Zakopanego, nocny bieg przez Boczań i tak zwany "dziczek" w Murowańcu. Wszystko po to, by poniedziałkowym, bladym rańcem rozpocząć realizacje planu specjalnego ;) Po dobrym śniadanku nad Czarnym Stawem Gąsienicowym strzała na Zawrat. Start imprezy pt. Orla na raz! Dało radę! Siedem godzin później zameldowałyśmy się na Krzyżnym! Potem sprint do schroniska na zasłużone naleśniki, do Kuźnic i w Kraku o północy.
Generalnie spokojnie można stwierdzić, że nie taka ta Orla straszna. Połowy lańcuchów mogłoby spokojnie nie być.
Dzień później - zakwasy wszechczasów w czworogłowach.
Coś mi się ostatnio siatkówkowe klimaty zintensyfikowały. Jakoś większą radochę mam z poniedziałkowego grania i jakoś się nawet bardziej przykładam. Jakoś bardziej mnie losy naszej reprezentacji obchodzą, jakoś tak bardziej intensywnie śledziłam Mistrzostwa Europy, które się właśnie skończyły, a nasza drużyna wywalczyła na nich fantastyczny brąz ogrywając w końcu faworyzowanych Rosjan 3:1!!!
Miałam nawet wielką ochotę na jakiś kawałek tego turnieju jechać, a że nie pojechałam, to sobie prezent w zamian zrobiłam i całej naszej ekipie chyba też - kupiłam oficjalną piłkę meczową Mikasa MVA 200.
Miałam nawet wielką ochotę na jakiś kawałek tego turnieju jechać, a że nie pojechałam, to sobie prezent w zamian zrobiłam i całej naszej ekipie chyba też - kupiłam oficjalną piłkę meczową Mikasa MVA 200.
Ale tym się gra! Ale tym gwoździe wchodzą! Ale długo będziemy się przyzwyczajać do tego kamienia...
Weekend z cyklu: zróbmy coś, ale raczej leniwego. Jakieś choróbsko mnie chwyciło, więc do żadnych ambitnych tatro-rowerów się nie nadawałam. Zatem w auto i nieplanowanie wyszło fajne zwiedzanie Pogórza z przyległościami. No bo przecież nigdy nie zwiedzalam wewnątrz zamku w Nowym Wiśniczu, nigdy nie widziałam fortepianu Paderewskiego w Kąśnej Dolnej (i akurat znowu nie zobaczyłam), nigdy nie chodziłam po Skamieniałym Mieście, Nigdy nie spałam w Bacówce na Brzance, nigdy nie podziwiałam kwiatków na chałupach w Zalipiu i nigdy nie szukałam w Dębnie rycerza na białym koniu. Nigdy wcześniej, ale właśnie się udało :)
Fabryka czekolady. Prawdziwa. Brakowało tyko Johnnego Deppa w czerwonym wdzianku :)
Duuża hala, duuuże maszyny i kranik z najprawdziwszą czekoladą płynącą gąrącym strumieniem, a na końcu małe czekoladki wyjeżdżające pasem transmisyjnym z chłodni. Można je było zjeść! No, raj czekoladowo-krajoznawczy po prostu!
Uwielbiam zwiedzać fabryki - od hut żelaza, po zakłady spożywcze :)
Duuża hala, duuuże maszyny i kranik z najprawdziwszą czekoladą płynącą gąrącym strumieniem, a na końcu małe czekoladki wyjeżdżające pasem transmisyjnym z chłodni. Można je było zjeść! No, raj czekoladowo-krajoznawczy po prostu!
Uwielbiam zwiedzać fabryki - od hut żelaza, po zakłady spożywcze :)
Odkręciłam tą cholerną śrubkę sterową! Obyło się bez wiertarki, nie obyło się bez zbawiennych rad szanownych kolegów. Śrubka nie dość, że wyrobiona, to jeszcze skrzywiona - badziew wszechczasów! A w środku syf! Okolice gwiazdki skorodowały, że się ukruszyła ciut. Nową śrubkę (razem z gwiazdką na wszelki wypadek) kupiłam. Cały bebech sterów rozebrałam, wyczyściłam, nasmarowałam, złożyłam i skręciłam (nie za mocno). Ale będę teraz precyzyjna w skręcie ;)
Rozczulająco wygląda taki rower bez przodu. Jakby się przewrócił na pysk i zarył główką ramy o podłogę ;)
Z serii koncertów spadających z nieba:
festiwal muzyki współczesnej
Sacrum Profanum
Steve Reich
w Łaźni Nowej
Było wysoko, bardzo.
festiwal muzyki współczesnej
Sacrum Profanum
Steve Reich
w Łaźni Nowej
Było wysoko, bardzo.
Miały być Tatry, ale znowu się pozmieniało i był rowerek w Żywieckim. Najpierw wyczłap do Bacówki na Rycerzowej w solidnej mżawce (a miała być śliczna pogoda). Jak padać przestało zaczęliśmy zjeżdżać czerwonym w kierunku Rajczy. Po deszczu było bardzo ślisko, zdradliwe korzenie i zaskakujące kamienie - efekt: urocza gleba i rozwalone kolano (a przy pakowaniu miałam w ręce ochraniacze...). Na Mładej Horze Bojda zapragnął asfaltu i nas opuścił, a my dalej czerwonym w kierunku Hutyrowa. Piękna jazda! Potem bocznym grzbietem w kierunku Ujsoł - było wszystko - wąskie single, kamieniste zjazdy, wciagające błoto, zaczepiające ostrężyny, cudne trawy i kąpiel w rzece. Potem w auto i z powrotem na Mładą Horę i już z buta na Rycerzową. A tam fantastyczna impreza i tańcowanie przy ognisku.
Z nie bardzo rana zbiegliśmy do auta i podjechaliśmy do Złatnej. Męczarnia na Rysiankę, a potem coś niesamowicie wspaniałego :) Zjazd żółtym szlakiem przez Redykalny Wierch przy cudnych widokach na góry wszelkie. Szybka, miejscami solidnie techniczna jazda! To właśnie lubię najbardziej!
A! Manetki chodzą jak masełko, czyli jestem genialna! Ale nie lubię jeździć na bardzo twardych gumach - 3 atmosfery, to jednak trochę za dużo.
Z nie bardzo rana zbiegliśmy do auta i podjechaliśmy do Złatnej. Męczarnia na Rysiankę, a potem coś niesamowicie wspaniałego :) Zjazd żółtym szlakiem przez Redykalny Wierch przy cudnych widokach na góry wszelkie. Szybka, miejscami solidnie techniczna jazda! To właśnie lubię najbardziej!
A! Manetki chodzą jak masełko, czyli jestem genialna! Ale nie lubię jeździć na bardzo twardych gumach - 3 atmosfery, to jednak trochę za dużo.
A uzbierało mi się. Jeden i drugi dwukółek potrzebowały czułości. Narzędzia pożyczyłam już dawno, brakowało tylko wolnego popołudnio-wieczora. Gdy się znalazł, udało mi się okiełznać kilka problemów. W Specu nowa linka i przeczyszczone pancerze, przeglądnięte manetki i poprawiona sprężyna - teraz ślicznie hula, do tego przeczyszczona przednia piasta i nowy łańcuch - trzeci, czyli ideał dbania o napęd. Przystawiłam się też do przeglądu sterów, miałam sobie oglądnąć, jak zintegrowane wyglądają, wyczyścić, nasmarować i ładnie skręcić, ale kto je montuje taką badziewną, miękką śrubą?! Kiedyś ponoć można ją było imbusem piątką odkręcić, teraz to jest zagadka. A strery cosik nie takie, nie dlatego, że zabrudzone, ale dlatego, że ciut zbyt mocno skręcone. Szukam patentu na wymianę tej śruby, wtedy dowiem się co w tych sterach siedzi. Wiem natomiast co w sterach skręcanych u Zielonego jest. Wprawdzie całych nie rozkręciłam, bo mostek zatarty na amen, ale trochę wyczyściłam, nasmarowałam i w końcu luzy wszelkie zlikwidowałam - koniec ze stukaniem przy hamowaniu! A i tylna piasta wyczyszczona, łożyska poskładane do kupy, nasmarowane i skręcone bez luzów - w końcu koło chodzi równo! A, i odkrycie! Korby zielonego jednak są na kwadrat! Ukryty pod dziwną śrubą na ósmego imbusa! Więc jak mi ktoś jeszcze raz powie, że się nie da, bo Zielony to prehistoria, to się wkurzę. Teraz tylko ściągacz do korb i w następnym odcinku bawimy się suportem!
Tak na zakończenie sezonu, na ostatni tydzień (choć niestety niecały), trzeba sobie było pobazować. W końcu chwila spokoju na Gorcu. Pogoda cudna, turystów trochę i powolna likwidacja grajdołka. Uwielbiam taką bazę...
A od czwartkowego wieczora demolka. Pierwsze zwijanie bazy w tak pięknym słońcu, wszystko suche, wszystko sprawnie złożone. Ekipa dzielna szybciutko sobie z robotą poradziła :)
Tylko wóz zapakować i na Chatę jechać świętować zakończenie kolejnego dobrego sezonu bazowego.
A od czwartkowego wieczora demolka. Pierwsze zwijanie bazy w tak pięknym słońcu, wszystko suche, wszystko sprawnie złożone. Ekipa dzielna szybciutko sobie z robotą poradziła :)
Tylko wóz zapakować i na Chatę jechać świętować zakończenie kolejnego dobrego sezonu bazowego.
Dzięki, cześć i chwała wszystkim dobrym stworzeniom co w tym roku w bazę się zaangażowali! Tym co rozbijali, zwijali, bazowali, pomagali, praktykowali i po prostu Gorc odwiedzali!
Startujemy znowu za 10 miesięcy, pod koniec czerwca! Już zapraszamy do pomocy!
Gram w siatkówkę, jak mi wyszło z obliczeń, już 20 lat! I do tej pory jeszcze na porządnym meczu naszej reprezentacji nie byłam. Nie mam pojęcia, jak doszło do tak straszliwego zaniedbania. No ale w końcu się udało! Pojechaliśmy do katowickiego Spodka na dwa mecze Memoriału Huberta Jerzego Wagnera. Włosi wtłukli Czechom - ale był zaciekły mecz - drugi set 38:36. No ale prawdziwe widowisko, to był mecz Polska - Rosja (trzecia i pierwsza drużyna Ligi Światowej). Na początku szły takie gwoździe w parkiet i były stawiane takie bloki, że trudno było pojąć, jak w ogóle piłka może być tak szybko uderzona. Kawał niesamowitej siatkówki! Jaka atmosfera! Choć głosu nie straciłam :) Niestety Rosjanie nam dołożyli.
Fotografia sportowa to zagadnienie niełatwe. Problemy z ostrością, światłem i stopami poza kadrem, ale pierwsze koty za płoty, ogladać się da :)
Fotografia sportowa to zagadnienie niełatwe. Problemy z ostrością, światłem i stopami poza kadrem, ale pierwsze koty za płoty, ogladać się da :)
Jak ja lubię okolice Jordanowa! Te wszystkie pagóry, co to jedne są w Paśmie Podhalańskim, inne nie. Tym razem jazda z Jordanowa właśnie na Piątkową na ślub Kaśki i Żywczyka przez Górę Ludwiki, Góry Ostojowe, a potem Rabską Górę - same krzaki, ale ładnie tam jest i tereny pod rowerek superowe. Nawet żółty szlak z Piątkowej do Rabki jest fajny - w życiu nie wpadłabym na to, żeby ten szlak robić z buta. No fantastycznie, tylko upał straszliwy i odziwo błota dużo - zapomniałam chyba, jak się po nim jeździ i trzy konkretne poślizgi zaliczyłam.
W Bieszczady na weekend? Bez sensu! Przecież to daleko jest... A nieprawda!
W Bieszczady na weekend pojechaliśmy na rowery rzecz jasna. Sobotni dzień zaczął się gdzieś koło 3.15, wyjechaliśmy przed 5.00, w Cisnej byliśmy koło 10.00. Dzień pierwszy słowacki, czyli w bojdowym królestwie szutru i asfaltu. Dzień drugi prawdziwie górski. Zjazd z Jasła do Cisnej czerwonym szlakiem, to najpiękniejszy zjazd, jaki do tej pory zjechałam! Długi, trudny, różnorodny - od krętych singli w trawie z widokiem na Połoniny, przez szybkie dróżki w bukowym lesie, po kamieniste, ukorzenione i strome, bardzo techniczne zjazdy. Piękne!
Wężowo było. Pierwszy snejk z prawdziwego zdarzenia zaliczony. W sumie cztery gady (mój tylko jeden ;) - 10 dziur i 8 łatek. Do kolekcji rozwalone kolano - na sam koniec, na asfalcie, przez spdy...
A! Pierwszy raz od sześciu lat siedziałam za kierownicą SAMOCHODU! Przejechałam z Jaślisk do Cisnej i nikomu się krzywda nie stała. Kilku innych kierowców wspomina to zapewne traumatycznie, ale właściciel auta nie dostał zawału i szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce :)
Aby wakacje udać się musiały przede wszystkim konieczna jest odpowiednio duża dawka nieplanowanej spontaniczności!
W drugiej kolejności niezbędne są:
W drugiej kolejności niezbędne są:
- miejsce: Radocyna
- czas: dłuuugi weekend sierpniowy
- towarzystwo: kombajn, traktor i snopowiązałka oraz inne spersonifikowane maszyny rolnicze
- czas: dłuuugi weekend sierpniowy
- towarzystwo: kombajn, traktor i snopowiązałka oraz inne spersonifikowane maszyny rolnicze
Poza tym muszą być:
- buszowanie, siedzienie i leżenie w trawie
- nauka gry na trawce
- widokowej górki zdobywanie
- krzalowanie w sandałkach
- łażenie przez brody też w sandałkach
- dobre grzanki z pieca, pierogi, jajecznica, leczo i wino
- ognisko z gitarowym smętem w najlepszym wydaniu
- babinton, nie mylić z badmintonem
- rozrywka intelektualna - scrable
- rowerka ciut, ciut
- pływanie w nieznajowskiej kałuży
- cerkwa w Gładyszowie
- krajoznawczy powrót beskidzko-nisko-pogórzański
(w Małoposlce są drogi publiczne bez asfaltu)
- wiatraczek rzecz jasna...
- nauka gry na trawce
- widokowej górki zdobywanie
- krzalowanie w sandałkach
- łażenie przez brody też w sandałkach
- dobre grzanki z pieca, pierogi, jajecznica, leczo i wino
- ognisko z gitarowym smętem w najlepszym wydaniu
- babinton, nie mylić z badmintonem
- rozrywka intelektualna - scrable
- rowerka ciut, ciut
- pływanie w nieznajowskiej kałuży
- cerkwa w Gładyszowie
- krajoznawczy powrót beskidzko-nisko-pogórzański
(w Małoposlce są drogi publiczne bez asfaltu)
- wiatraczek rzecz jasna...
A w ogóle to miałyśmy jechać w Tatry, najpierw Niżne, potem Wysokie, ale poskładało się tak, że istaniało realne zagrożenie zmarnowania długiego weekendu... na szczęście się nie udało!
A wisi balon czasem nad Krakowem, a czasem nawet kontrowersyjny ponoć jest, a jak ma reklamę to jeszcze bardziej. A Kraków ładny z góry jest, z balonowej góry właśnie. Tak w ramach uprawiania lokalnego krajoznawstwa wzbiliśmy się w balonowe powietrze, by zażyć miejskiej przyjemności w wakacyjny, letni wieczór.
W sumie to nie przypuszczałam, że to się kiedykolwiek wydarzy... Dwa zupełnie różne, rowerowe światy - Zielony na miejskiej emeryturze, Specjalista żądny trudnego, stromego zjazdu. A tu proszę - obaj zgodnie i leniwie na beskidzkoniskich szutrach :)
Tak właśnie pojechałyśmy sobie z Anką na Radocynę. Ja wyjątkowe ciśnienie na rowerek miałam, ale Anka sensownego dwukółka nie posiada, więc coś wymyślić trzeba było. Zielony przecież górską przeszłość ma, więc pojechał z nami, mimo że mu już tylko asfalt pod oponą obiecywałam.
Wyszedł z tego rowerowy radocynizm wzorcowy, a ambitny plan krynicko-radocyńsko-krynicki po raz kolejny odkładam na rok przyszły...
Przy okazji nauczyłam się wydobywać dźwięki z trąbki, dokładniej dwa dźwięki :)
Oczywiście były obowiązkowe krzaczory rowerowe ;)
Aha, tym oto sposobem zakończyłam tegoroczny triatlon bazowy!
Jak pierwsze stroi z drugim, a drugie z trzecim, to pierwsze z trzecim na pewno nie...
Niektórym zajmuje to dwie godziny, mnie zajęło dwa dni... Centrowanie kół - zajęcie zdecydowanie dla cierpliwych. Centrownice pożyczyłam już dawno, wzbudzając spore zdziwinie i troskę o mój rower. Ale że chodziło o Zielonego, narzędzie dostałam jednak do ręki. Chwilę to leżało, ale jak kołowatość tylnego koła przestała mieścić się w ramach przyzwoitości wzięłam się w końcu do roboty. Przy pierwszym podejściu efekt był gorszy od stanu pierwotnego... Przy drugim koło zaczęło przypominać koło, nie ósemkę :)
Zatem kolejna sprwaność rowerowa zdobyta! Choć od kół Specjalisty będę się trzymać z daleka... na razie.
Niektórym zajmuje to dwie godziny, mnie zajęło dwa dni... Centrowanie kół - zajęcie zdecydowanie dla cierpliwych. Centrownice pożyczyłam już dawno, wzbudzając spore zdziwinie i troskę o mój rower. Ale że chodziło o Zielonego, narzędzie dostałam jednak do ręki. Chwilę to leżało, ale jak kołowatość tylnego koła przestała mieścić się w ramach przyzwoitości wzięłam się w końcu do roboty. Przy pierwszym podejściu efekt był gorszy od stanu pierwotnego... Przy drugim koło zaczęło przypominać koło, nie ósemkę :)
Zatem kolejna sprwaność rowerowa zdobyta! Choć od kół Specjalisty będę się trzymać z daleka... na razie.
Rowerowa gotowość bojowa, super plan, tylko pogoda nie stanęła na wysokości zadania - lało. Ratunek przyszedł jednak z innej strony. W deszczowe, sobotnie popołudnie pojechałyśmy we trzy do Ropczyc na wakacje. Bo tam zawsze są wakacje, nawet jak leje. Dobre wino, arbuz, trzy małe koty, lody w deszczu, scrable, gumiaki, kałuże, sosnowy, mokry las, w którym można się zgubić i trzy kolorowe wiatraczki! Spełniło się w końcu jedno z moich marzeń - mam kolorowy wiatraczek z odpustu! :)
A tak przy okazji i generalnie, jak to jeden Szanowny Kolega powiada: trza być twardy słowian, a nie mientka nindża! ;)
Etap drugi triatlonu bazowego - wyprawa na Lubań. Ciężko tam jakąś rowerową petelkę zrobić, prognozy były mizerne, a łańcuch taki czysty po ostatnim szorowaniu, zatem nie na rowerku tym razem, tylko z buta. Jakie ja wieki po górach na nogach nie chodziłam! Trochę mi tylko żal było, jak słyszałam pisk hamulców ekipy, która ze szczytu Lubania na ochotnicką stronę zjeżdżałą. Co raz bardziej się przekonuje, że to jednak jest zjeżdżalne i kiedyś to zjadę. A na pewno zjadę czerwony do Krościenka, bo to rowerowo-zjazdowa cudowność jest.
A na bazie bazowo - wojna na materaco-poduszki, żurek, grzanki, borówki, no i rzecz jasna - naleśniki! Lubań jest fajny! (dokładnie tak samo, jak fajny jest Gorc i Radocyna - żeby nie było ;)
A na bazie bazowo - wojna na materaco-poduszki, żurek, grzanki, borówki, no i rzecz jasna - naleśniki! Lubań jest fajny! (dokładnie tak samo, jak fajny jest Gorc i Radocyna - żeby nie było ;)
Impreza na bazie zapowiadała się godna, zatem trzeba było "kontrolę" interesu przeprowadzić...
Rowerek pod pachę i pociągiem do Pyzówki. Po raz koleny pani w głównej kasie "Przewozów regionalnych" doprowadziła mnie do furii, bo turysta z rowerem, to kosmita i chce rzeczy niestworzonych... No ale pociąg nowy mają fajny, tylko oczywiście nie bardzo jest w nim gdzie rowery postawić, ech...
Ale z Pyzówki przez Stare Wierchy, Turbacz na Gorc jest fajnie! Zawsze tam jest fajnie! Najfajniejszy jest baaardzo techniczny zjazd po korzeniach za Jaworzyną Kamienicką. Na bazie kazkowe rządy - baza nie do poznania prawie, ful wypasik, zwłaszcza w łazience ;) Dużo luda znajomego, więc miło i sympatycznie zabawy wieczorne można było uskuteczniać. Niespiesznym rankiem odwrót dwukołowy do Rabki, ale żeby nie było za prosto z Turbacza zielonym do Niedźwiedzia, na Potaczkową i potem niby nowym czarnym szlakiem z Mszany do Rabki. Szlak może i jest nowy, tyle tylko, że w terenie go nie ma... Na koniec lody i spanie na ławce pod św. Mikolajem, bo "Kasprowego" chyba o godzine opóźnili w nowym rozkładzie kolejowym...
Rowerek pod pachę i pociągiem do Pyzówki. Po raz koleny pani w głównej kasie "Przewozów regionalnych" doprowadziła mnie do furii, bo turysta z rowerem, to kosmita i chce rzeczy niestworzonych... No ale pociąg nowy mają fajny, tylko oczywiście nie bardzo jest w nim gdzie rowery postawić, ech...
Ale z Pyzówki przez Stare Wierchy, Turbacz na Gorc jest fajnie! Zawsze tam jest fajnie! Najfajniejszy jest baaardzo techniczny zjazd po korzeniach za Jaworzyną Kamienicką. Na bazie kazkowe rządy - baza nie do poznania prawie, ful wypasik, zwłaszcza w łazience ;) Dużo luda znajomego, więc miło i sympatycznie zabawy wieczorne można było uskuteczniać. Niespiesznym rankiem odwrót dwukołowy do Rabki, ale żeby nie było za prosto z Turbacza zielonym do Niedźwiedzia, na Potaczkową i potem niby nowym czarnym szlakiem z Mszany do Rabki. Szlak może i jest nowy, tyle tylko, że w terenie go nie ma... Na koniec lody i spanie na ławce pod św. Mikolajem, bo "Kasprowego" chyba o godzine opóźnili w nowym rozkładzie kolejowym...
Przychodzi sobie zima, wiosna, przyszło sobie też lato. Może przyjdzie też jesień, w sumie dobrze by było. Tak w kółko, tak samo, najprawdopodobniej nic nowego w związku z tym się nie wydarzy. Znowu wakacje, znowu upały, znowu niezbędni współpracownicy wybyli na urlop w najbardziej nieodpowiednim momencie, a człowiek siedzi w nieklimatyzowanym biurze przed komputerem i intensywnie zastanawia się nad tym co jeszcze robi w tak letnio niedorzecznym położeniu.Skoro położenie niedorzeczne, to trzeba je zmienić! Szybko!
Zmiany takiej można dokonywać na różne sposoby. Najprościej? Po prostu spakować plecak! Banalne, nie? Można na długo w góry dalekie, wysokie i trudne się wybierać, można też na krótko, w pagórzaste Beskidy wyskoczyć na wypoczynkowy weekend. W każdym razie zacząć od pakowania plecaka należy. Nie! Chyba jendak pomysł powinien być wcześniej. Potem już jakoś poleci. Towarzystwo niespodziewanie się znajdzie, projekty nagle się skończą, druczek urlopowy cudownie zostanie podpisany, bilety na samolot akurat będą w promocji albo uruchomią nowe połączenie kolejowe pasujące nam idealnie. A jeśli ktoś powie, że akurat mała pociecha trzyma lub ewentualnie tylko nad morze posyła, to ja odpowiem, że albo morze łączymy z górami, albo maleństwo w góry ze sobą bierzemy, no bo przeciez się da!
Oto taki obraz świata letnio-wakacyjno-urlopowo-górsko idealnego! Życzę wszystkim dokładnie takiej wersji najbliższych wydarzeń!
Pozdrowienia dla tych, którzy właśnie są w trakcie realizowania wakacyjnych działań górskich!
Pozdrowienia również dla tych, którzy biorą wolne w listopadzie!
I to pewnie długie wolne, takie by jechać daleko, tam gdzie wtedy, po monsunie białe góry widać wyjątkowo ostro i wyraźnie...
Nowa dyscyplina sportu - noszenie roweru - w górę, w dół i po krzakach...
Zawsze bardzo chciałam pojechać na rowerek w Wielką Fatrę! No przecież tam takie fajne hale, przez które można pomykać na dwukółku z czystą przyjemnością... tiaaa...
Takiej porażki planistyczno-rowerowej to ja w życiu nie zaliczyłam. Jak można wymyślić trasę, gdzie 85% czasu nosi się rower w totalnie beznadziejnym terenie, po krzakach, kamerdolcach, lesie, stromiznach i to nie tylko do góry, ale też w dół... Góry Klak w Wielkiej Fatrze nienawidzę! Mimo, że widoczki z niej ładne...
Dla odmiany miały też być lajtowe dolinki w Górach Choczańskich, tia... były... Wąwóz Prosiecki z rowerkiem na plecach, to jest to! Jakby ktoś nie wiedział, to łańcuchy i drabinki z rowerem da się przejść. W tym sezonie zapewne zaliczymy Słowacki Raj, a w przyszłym Orlą Perć, oczywiście z rowerem... extra po prostu!
Na deser, jakby nam było mało, była jeszcze burza. A my właśnie zapodawaliśmy odkrytym grzbietem z widokiem na całe Choczańskie. Pomijając walące pioruny, to była najfajniejsza jazda całego wyjazdu :)
Wniosek z tego taki, że chyba raczej nie powinnam się brać za planowanie tras rowerowych...
Zawsze bardzo chciałam pojechać na rowerek w Wielką Fatrę! No przecież tam takie fajne hale, przez które można pomykać na dwukółku z czystą przyjemnością... tiaaa...
Takiej porażki planistyczno-rowerowej to ja w życiu nie zaliczyłam. Jak można wymyślić trasę, gdzie 85% czasu nosi się rower w totalnie beznadziejnym terenie, po krzakach, kamerdolcach, lesie, stromiznach i to nie tylko do góry, ale też w dół... Góry Klak w Wielkiej Fatrze nienawidzę! Mimo, że widoczki z niej ładne...
Dla odmiany miały też być lajtowe dolinki w Górach Choczańskich, tia... były... Wąwóz Prosiecki z rowerkiem na plecach, to jest to! Jakby ktoś nie wiedział, to łańcuchy i drabinki z rowerem da się przejść. W tym sezonie zapewne zaliczymy Słowacki Raj, a w przyszłym Orlą Perć, oczywiście z rowerem... extra po prostu!
Na deser, jakby nam było mało, była jeszcze burza. A my właśnie zapodawaliśmy odkrytym grzbietem z widokiem na całe Choczańskie. Pomijając walące pioruny, to była najfajniejsza jazda całego wyjazdu :)
Wniosek z tego taki, że chyba raczej nie powinnam się brać za planowanie tras rowerowych...
Zmęczyłam się...
Po nieprzespanej, krókiej nocce na Chacie, zapakowaliśmy wóz i wywieźliśmy szpejstwo na Gorc. Zaczęła się akcja rozbijania całego tego kochanego grajdołka. Trzy NSy (trochę nam nie wyszły w tym roku), podesty, Hawaje i Skauty, wyposażenie kuchni i bazowego, no i kibelek - tym razem flisz karpacki okazał się dla kopiących łaskawy, ale poszły dwa style od kilofów.
Nawet piec udało się stworzyć w tempie wyjątkowo expresowym - w niedziele popołudniu już się w nim paliło!
Byli też pierwsi turyści!
Ogromnie dziekuję całej, wspaniałej Ekipie walczacej w strugach deszczu, żeby baza na Gorcu mogła po raz kolejny być najwspanialszym miejscem na ziemi!
Zapraszamy na Gorc! :)
W ciągu ostatnich dwóch tygodni nadrobiłam zaległości koncertowe z ostatnich dwudziestu lat ;)
Tym razem podróż do Tarnowa na koncert Scorpionsów! Niesamowity kawał mocnego, pięknego grania. Nic to, że w strugach deszczu. Nic to, że zalało nagłośnienie i multimedia (na szczęście na chwilę ;) Gitarowy majstersztyk i bębnowe solo stulecia!
No i szacun dla organizatorów logistyki koncertowej!
No i szacun dla organizatorów logistyki koncertowej!
A potem w środku nocy na Chatę, bazę rozbijać :)
A tak dla odmiany pojechaliśmy sobie na spływ kajakowy.
Nida, cztery kiepsko sterowne kajaki, cztery dni, czterech dzielnych wioślarzy i cztery syrenki dziobowe, ubaw po pachy, bezciśnieniowość wzorcowa, siatkówka plażowo-trawiasta, piwo, ciasteczka i prawdziwa noc świętojańska...
Wiedz, że coś się dzieje!
Dzisiaj będzie bardzo lapidarnie, bo w zasadzie mnie zatkało i mowę odebrało. Zanim wrócę do siebie minie jeszcze chwila ;)
Szybki wywczas w Borach Tucholskich - piękny kawałek przestrzeni - trzeba będzie podziałać tam rowerowo kiedyś.
Koncert Stinga w Gdańsku - ŁAAAAAAAAAAAAŁ!!! - pierwszy raz byłam na tak wielkim i tak perfekcyjnie zagranym koncercie, jedynie ciut brakło interakcji z publicznością, ale Desert rose...
Gdynia, kite'y w Zatoce i morze prawdziwe na Helu. A może by tak kurs kite'owy? ;)
Chwała i cześć wszystkim fantastycznym stworzeniom po drodze! :)
Szybki wywczas w Borach Tucholskich - piękny kawałek przestrzeni - trzeba będzie podziałać tam rowerowo kiedyś.
Koncert Stinga w Gdańsku - ŁAAAAAAAAAAAAŁ!!! - pierwszy raz byłam na tak wielkim i tak perfekcyjnie zagranym koncercie, jedynie ciut brakło interakcji z publicznością, ale Desert rose...
Gdynia, kite'y w Zatoce i morze prawdziwe na Helu. A może by tak kurs kite'owy? ;)
Chwała i cześć wszystkim fantastycznym stworzeniom po drodze! :)
W wersji pierwszej miał być - rower beskidzki, w wersji drugiej - wspin jurajski, w wersji ostatecznej wyszedł - jurajski rower, czyli odrobinka krajoznawstwa; pokrzywy po pachy, a trawa po pas; szlaki, które prowadzą zupełnie indziej niż miały prowadzić i dzieci, które nie zauważają roweru nawet 10 cm od ich jestestwa, mimo że jest trzy razy większy od nich samych.
Owym tortem było bardzo niespodziewane, ogniskowe spotkanie u Joanny na działce, a czereśnią - czereśnia w rzeczy samej :)
A na koniec dnia piękne zdanie usłyszałam: szukanie całości w dziurze, to jest dopiero sztuka!
Miał być arcyrowerowy weekend! I w swej pierwszej części był!
Cel: Pilsko, czyli, jakby na spawę nie spojrzeć, solidna rowerowo górka. A i cała trasa godnie wymagająca. Zastartowaliśmy z Węgierskiej Górki, wytargaliśmy się na Prusów, potem zjazd na Boraczą i kamienisto-korzenny, techniczny trawers w ultrazielonym lesie. Pewne załamanie - na Rysiance spojrzeliśmy na zegarek i odległość dzielącą nas od Pilska... Co tam, jazda! Chwila wątpiącego lenia na Miziowej w promieniach ciepłego słonka. Ale nie ma, że boli! Rower na plecy i Pilsko! A potem - zjazdowy miód z duszą na ramieniu. Z powrotem na Rysiankę na przyjemnej szybkości i kamolasto-błotnisto-stromy zjazd do Żabnicy o zachodzie słońca.
Generlanie stwierdzam całkiem przyzwoity progres :)
Jak zwykle plan na weekend był zupełnie, ale to zupełnie inny... W sobotę intensywny rowerek podkrakowski i impreza urodzinowa pewnej Anny, a w niedziele kolejne, tym razem mocno surrealistyczne, zakończenie foczego sezonu w Dzkiej Dolince pod Baranimi Rogami... Taka była koncepcja...
Nie wiele z tego wyszło... ale od początku. Wszystko zaczęło się w czwartek, kiedy to rzeczona pewna Anna miała urodziny właściwe, więc trzeba było wydrzeć "sto lat" na pół ulicy. Zrobił się z tego konkretny biforek. Można się było spodziewać co wydarzy się w sobotę...
A w sobotę zamiast wystartować na rower, się konkretnie zaspało, a potem to już się nie chciało. Poszło się imprezować, konkretnie imprezować.
W międzyczasie szanowny kawałek foczej ekipy zląkł się pioruna i z foki wyszły nici. W ramach ambitnej alternatywy - rower! Jednak pewne obiektywne czynniki plan dwukołowy skutecznie zniweczyły. Za to odbyła się bardzo konkretna inauguracja "akcji kryspinów"!
Pierwszy od stu lat chyba wyjazd integracyjno-szkoleniowo-krajoznawczy SKPG - brzmi groźnie ;)
Wyjazd na Morawy, czyli zwiedzanie kilku ciekawych miejsc w północno-wschodnich Czechach.
Mocna ekipa, mocno specyficzny, imprezowy klimat, mocne, szybkie krajoznawstwo. Olomuniec w strugach deszczu, Brno w promieniach słońca. Zdecydowanie za mało czeskiego piwa, a za dużo lodów.
Wniosek tylko taki, że chyba intensywne, naukowe krajoznastwo autokarowe już mnie jakoś dziwnie mniej bawi. A w szyderczych oparach absurdu na moim poziomie abstrakcji zrobiło się niezdrowo duszno.
Wyjazd na Morawy, czyli zwiedzanie kilku ciekawych miejsc w północno-wschodnich Czechach.
Mocna ekipa, mocno specyficzny, imprezowy klimat, mocne, szybkie krajoznawstwo. Olomuniec w strugach deszczu, Brno w promieniach słońca. Zdecydowanie za mało czeskiego piwa, a za dużo lodów.
Wniosek tylko taki, że chyba intensywne, naukowe krajoznastwo autokarowe już mnie jakoś dziwnie mniej bawi. A w szyderczych oparach absurdu na moim poziomie abstrakcji zrobiło się niezdrowo duszno.
Foczyć! Foczyć! Jeszcze foczyć! Jest śnieg! Śliczny, majowy śnieg, więc foczyć!
Cel: Niżne Rysy, tak na oficjalne zakończenie sezonu turowego.
Ugadani na niedzielne działania wystartowaliśmy z Kraka jakimś bladym świtem, a z Palenicy bladym rańcem i przemknęliśmy ten cholerny, mokowy asfalt. Lampa, śnieg w żlebach, lecim dalej. Przy Czarnym Stawie można się było ofoczyć i z narty drzeć dalej. Tylko czemu to tak daleko? Na podejściu piękny firnik pobudzał wyobraźnię - zjazd zapowiadał się miodny. W międzyczasie postraszyło nas kilkoma kroplami deszczu i paroma grzmotami, ale pogoda okazała się jednak ogromnie łaskawa, a prognozy się nie sprawdziły - lało w Pieninach, w Tatrach Wysokich nie. Trochę przysmędziliśmy na podejściu, więc godzina późna i kilka innych obiektywnych czynników sprawiło, że na same Niżne Rysy niestety nie doszliśmy, zjeżdżaliśmy spod. Było późno, zatem cudny firnik trochę zmiękł i nie był już tak cudowny. Ale sam zjazd pierwszoklaśny! Długi przede wszystkim! Piękna tura, jak na oficjalne zakończenie sezonu przystało. Zwieńczona, odpowiednio odświętnie, domowym ciastem.
W pięknym słonku zbieg do schroniska na zasłużone jedzenie i piwo! A potem czarna godzina asfaltem na Palenicę. Czy ja już przypadkiem kiedyś nie wspominałam, że nie lubię, nie cierpię, nie znoszę mokowego asfaltu?
Do Moka foczo w przyszłym sezonie wrócimy konieczne, tylko jednak z noclegiem w schronisku, bo właśnie tej godziny zmarnowanej na dojściowym asfalcie nam zabrakło. Poza tym Rysa kusi... na zakończenie następnego sezonu... ;)
Cel: Niżne Rysy, tak na oficjalne zakończenie sezonu turowego.
Ugadani na niedzielne działania wystartowaliśmy z Kraka jakimś bladym świtem, a z Palenicy bladym rańcem i przemknęliśmy ten cholerny, mokowy asfalt. Lampa, śnieg w żlebach, lecim dalej. Przy Czarnym Stawie można się było ofoczyć i z narty drzeć dalej. Tylko czemu to tak daleko? Na podejściu piękny firnik pobudzał wyobraźnię - zjazd zapowiadał się miodny. W międzyczasie postraszyło nas kilkoma kroplami deszczu i paroma grzmotami, ale pogoda okazała się jednak ogromnie łaskawa, a prognozy się nie sprawdziły - lało w Pieninach, w Tatrach Wysokich nie. Trochę przysmędziliśmy na podejściu, więc godzina późna i kilka innych obiektywnych czynników sprawiło, że na same Niżne Rysy niestety nie doszliśmy, zjeżdżaliśmy spod. Było późno, zatem cudny firnik trochę zmiękł i nie był już tak cudowny. Ale sam zjazd pierwszoklaśny! Długi przede wszystkim! Piękna tura, jak na oficjalne zakończenie sezonu przystało. Zwieńczona, odpowiednio odświętnie, domowym ciastem.
W pięknym słonku zbieg do schroniska na zasłużone jedzenie i piwo! A potem czarna godzina asfaltem na Palenicę. Czy ja już przypadkiem kiedyś nie wspominałam, że nie lubię, nie cierpię, nie znoszę mokowego asfaltu?
Do Moka foczo w przyszłym sezonie wrócimy konieczne, tylko jednak z noclegiem w schronisku, bo właśnie tej godziny zmarnowanej na dojściowym asfalcie nam zabrakło. Poza tym Rysa kusi... na zakończenie następnego sezonu... ;)
Sympatyczny, wspinowy dzionek w Górnej Będkowskiej - Mur Skwira, Wielka Turnia i Łabajowa. Fajne działanie, choć ciągle jeszcze mocno rekreacyjne, a do tego dziki tłum spotkanych znajomych.
I wszystko wygląda zupełnie inaczej, wszystko, choć w sumie rewolucji nie było, drobiazgi... ale, jak się pewnie okaże, ważne drobiazgi.
Miały być kolejne sobotnie tury majowe, ale jakoś focze towarzystwo się rozmyło. Zatem zupełnie spontanicznie, jak to zwykle bywa, urodził się plan wspinowy w przełomie Białki, czyli męczenie na Kramnicy. Nigdy wcześniej się tam nie wspinałam, więc skorzystać trzeba było koniecznie z takiej propozycji. Drogi piękne, długie, wymagające i niewyślizgane! Ja tam działam rekracyjnie bardzo, ale mi się podobało :) A jaka fantastyczna nagroda za ukończenie drogi - nieziemski widok na Tatery!
Na deser kultura zakopiańska - otwarcie nowej filii Muzeum Tatrzańskiego w wilii Oksza, niespodziewana wizyta na Ciągłówce i kultowa pizza w Adamo. A potem zaczęło lać...
Niedziela remontowo-sprzątaniowa... Takie jakieś te weekendy jednodniowe ostatnio... hmm...
A za tydzień może jeszcze z foki?
Jasna sprawa! Maj to najlepszy miesiąc do jeżdżenia na nartach! Nie żartuję!
Jak mokliśmy w Alpach na rowerkach, to w Tatrach padał śnieg. Jeszcze nie zdążyliśmy wrócić, a już bylismy umówieni na majowe foczenie. Miała być tatrzańska lampa - krótkie spodenki i 50-tka na twarz - synoptycy się jednak ciutkę tym razem walnęli, ale co tam.
Piąta rano w sobotę, migiem do Kuźnic, kolejna pielgrzymka husarii przez Boczań, śniadanko w Murowańcu. Nawet w tym miejscu wzbudzaliśmy lekkie zdziwnienie. Pytanie gdzie dalej? Znowu Świnicka. Jakieś 100 m powyżej dolnej stacji krzesła można było założyć narty. Na Liliowe.
W dziurze imprezka urodzinowa :) Tort lodowo-lizaczkowy był fantastyczny! Aż się wzruszyłam i humor mi się poprawił, nawet chmury się podniosły. W takich okolicznościach przyrody, to jeszcze nie świętowałam. Dzięki i chwała całej ekipie! :)
Dalej na Skrajną (kusiło...), potem z nartami w ręce na Świnicką i przefajny zjazd. Myk na Karb i baaaardzo wymagający zjazd. Od Stawu wesołą, uskrzydloną gromadką popędziliśmy w dół.
Co za tura! Ostatnia czy nieostatnia w tym sezonie? Sie zobaczy za tydzień...
Kierunek majowy: alpejsko-austriacko-rowerowy. Po szybkiej akcji niby-organizacyjnej wyklarował się skład ekipy: cztery stworzenia (Bojda - główny logista, mgr - główny kierowca i twardziel ;), Turbo - główny fizjoterapeuta, ja - główny serwisman, tym razem raczej bezrobotny), do tego cztery rowerki i najbadziej wyczesana Skoda w kosmosie ;)
Wyjazd w piątek wieczór, nocka autostradowa, międzylądowanie na słynnym wspinowo-biwakowym parkingu w Hollentalu pełnym Polaków. Zabawa: znajdź szczegół najbardziej niepasujący do rzeczywistości tegoż parkingu - samochód z czterema rowerami na dachu. Jazda dalej w nie do końca sprecyzowanym kierunku, deszcz i zamknięte w sobotę informacje turystyczne. Przystanek w Eisenerz u stóp totalnie rozkopanej góry, mokre krajoznawstwo i myślenie co dalej. Słoneczko, kemping w Moonsland i pierwsze wieczorne kręcenie w okolicach Nationalpark Gesäuse. Dnia następnego drugie, z założenia całodzienne, ale przerwane deszczem i skrócone fuj-asfaltem. Popołudnie spędziliśmy w uroczej, kempingowej kuchni, a wieczór uprawiając krajoznawstwo samochodowe. Dzień trzeci najfajniejszy. Przejazd w kierunku Nationalpark Kalkalpen, po drodze jazda na, a przede wszystkim z super górki. Ponad 1700 m n.p.m. na rowerku, 1000 m przewyższenia, widoki fajne, trochę śniegu, odrobinka technicznego zjazdu i długaśny, bardzo szybki, mokry szuterek z ostrymi zakrętami w strugach deszczu - mniam! Końcówka dnia była prawie wybuchowa. Miałam ochotę wysadzić w powietrze instalację grzejącą wodę, a przy okazji nas, cały kemping i pół Austrii - na szczęście mi się nie udało. Oj, adrenalina nam mocno skoczyła... Nauka na przyszłość: nie dokładać do pieca zbyt dużo... Dzień ostatni - dzień odwrotu. Najpierw odwrót z traski rowerowej, bo lać zaczęło (tylko Główny Twardziel pojechał dalej, dlatego został Twardzielem ;), potem odwrót ku domowi - o północy w Kraku.
Ubaw po pachy i trochę fajnych górek. Trochę za dużo deszczu, trochę za mało rowerowania, jak zawsze, zwłaszcza tego ciut trudniejszego ;)
Wyjazd w piątek wieczór, nocka autostradowa, międzylądowanie na słynnym wspinowo-biwakowym parkingu w Hollentalu pełnym Polaków. Zabawa: znajdź szczegół najbardziej niepasujący do rzeczywistości tegoż parkingu - samochód z czterema rowerami na dachu. Jazda dalej w nie do końca sprecyzowanym kierunku, deszcz i zamknięte w sobotę informacje turystyczne. Przystanek w Eisenerz u stóp totalnie rozkopanej góry, mokre krajoznawstwo i myślenie co dalej. Słoneczko, kemping w Moonsland i pierwsze wieczorne kręcenie w okolicach Nationalpark Gesäuse. Dnia następnego drugie, z założenia całodzienne, ale przerwane deszczem i skrócone fuj-asfaltem. Popołudnie spędziliśmy w uroczej, kempingowej kuchni, a wieczór uprawiając krajoznawstwo samochodowe. Dzień trzeci najfajniejszy. Przejazd w kierunku Nationalpark Kalkalpen, po drodze jazda na, a przede wszystkim z super górki. Ponad 1700 m n.p.m. na rowerku, 1000 m przewyższenia, widoki fajne, trochę śniegu, odrobinka technicznego zjazdu i długaśny, bardzo szybki, mokry szuterek z ostrymi zakrętami w strugach deszczu - mniam! Końcówka dnia była prawie wybuchowa. Miałam ochotę wysadzić w powietrze instalację grzejącą wodę, a przy okazji nas, cały kemping i pół Austrii - na szczęście mi się nie udało. Oj, adrenalina nam mocno skoczyła... Nauka na przyszłość: nie dokładać do pieca zbyt dużo... Dzień ostatni - dzień odwrotu. Najpierw odwrót z traski rowerowej, bo lać zaczęło (tylko Główny Twardziel pojechał dalej, dlatego został Twardzielem ;), potem odwrót ku domowi - o północy w Kraku.
Ubaw po pachy i trochę fajnych górek. Trochę za dużo deszczu, trochę za mało rowerowania, jak zawsze, zwłaszcza tego ciut trudniejszego ;)
A na zakończenie megaszacun dla Głównego Kierowcy!!!
Jakaś ta wiosna pokręcona. Zresztą jak każda wiosna chyba, więc nic to odkrywczego. Pozostaje się pokręcić razem z wiosną,
a jak pokręcić to w górach rzecz jasna!
Można kręcić – o tak! Rower w gotowości bojowej, a nawet już w użyciu. Można skręcić – ze szlaku w las na przykład. Można też skręcić sobie coś – zdecydowanie nie życzę, nie polecam! Może się też zakręcić w głowie – od tych wszystkich kwietnych zapachów i kolorów. Może też człowieka pokręcić – bo w natłoku wszelkich górskich opcji, możliwości, propozycji zdecydować się trudno na jedną formę górskiego działania.
Zatem podsumowując. Obraz stanu ducha i umysłu przeciętnego górzysty, któremu wiosna zapukała w okienko, wygląda mniej więcej tak: żałość wielka i już budząca się powoli tęsknota za białym, puszystym, czasem pokrywającym góry w zimie miesza się z pewnym lekkim zniecierpliwieniem i podenerwowaniem wynikający z oczekiwania na powrót do aktywności porzuconych
wraz z nadejściem obślizgłej wilgoci i pierwszych mrozów. Natomiast euforię i przypływ niesamowitej energii spowodowany otwierającymi się możliwościami realizacji najambitniejszych, górskich planów miejscami delikatnie przyćmiewa potrzeba słodkiego lenistwa...
Taki stan rzeczy przekłada się na następujący plan działania: człowiek stojąc na metrze kwadratowym rozmiękłego śniegu uparcie rozgląda się za suchą skałą i nie bardzo błotnistą ścieżką, a planując poważne i dalekie wyprawy wysokogórskie, wyleguje się na świeżo wyrośniętej, zielonej trawce w promieniach już całkiem ciepłego słonka.
No, pokręcona ta wiosna, nie?
a jak pokręcić to w górach rzecz jasna!
Można kręcić – o tak! Rower w gotowości bojowej, a nawet już w użyciu. Można skręcić – ze szlaku w las na przykład. Można też skręcić sobie coś – zdecydowanie nie życzę, nie polecam! Może się też zakręcić w głowie – od tych wszystkich kwietnych zapachów i kolorów. Może też człowieka pokręcić – bo w natłoku wszelkich górskich opcji, możliwości, propozycji zdecydować się trudno na jedną formę górskiego działania.
Zatem podsumowując. Obraz stanu ducha i umysłu przeciętnego górzysty, któremu wiosna zapukała w okienko, wygląda mniej więcej tak: żałość wielka i już budząca się powoli tęsknota za białym, puszystym, czasem pokrywającym góry w zimie miesza się z pewnym lekkim zniecierpliwieniem i podenerwowaniem wynikający z oczekiwania na powrót do aktywności porzuconych
wraz z nadejściem obślizgłej wilgoci i pierwszych mrozów. Natomiast euforię i przypływ niesamowitej energii spowodowany otwierającymi się możliwościami realizacji najambitniejszych, górskich planów miejscami delikatnie przyćmiewa potrzeba słodkiego lenistwa...
Taki stan rzeczy przekłada się na następujący plan działania: człowiek stojąc na metrze kwadratowym rozmiękłego śniegu uparcie rozgląda się za suchą skałą i nie bardzo błotnistą ścieżką, a planując poważne i dalekie wyprawy wysokogórskie, wyleguje się na świeżo wyrośniętej, zielonej trawce w promieniach już całkiem ciepłego słonka.
No, pokręcona ta wiosna, nie?
Generał Mariusz Zaruski - ten, od którego zaczęło się narciarstwo w Tatrach, ten od zjazdu z Koziego i Kościelca, od pierwszych przewodników narciarskich, sekcji narciarskiej, od instruktorów narciarskich, od TOPRu i zimowego wspinu tatrzańskiego. Od żeglarstwa i kilku innych rzeczy też.
Cherson, miasto portowe nad Dnieprem, południowa Ukraina.
Cherson, miasto portowe nad Dnieprem, południowa Ukraina.
Cztery dni w autokarze, dwie noce w pociągu, cały dzień uroczystości.
70. rocznica śmierci Zaruskiego.
Na zaproszenie Kancelarii Prezydenta Szanownej RP trzeba było pierś wypiąć przy sztandarze Szanownego Towarzystwa.
Ciekawie. Zaskakujące spotkania, zaskakujące rozmowy. Coś nowego zupełnie z innej bajki.
70. rocznica śmierci Zaruskiego.
Na zaproszenie Kancelarii Prezydenta Szanownej RP trzeba było pierś wypiąć przy sztandarze Szanownego Towarzystwa.
Ciekawie. Zaskakujące spotkania, zaskakujące rozmowy. Coś nowego zupełnie z innej bajki.
Kowalska śpiewa Ciechowskiego. Niesamowity materiał niesamowitym głosem. Musiałam iść na ten koncert! Z sentymentu dla Kowalskiej i z chęci posłuchania kawałka świetnej muzyki.
No i kto by pomyslał?! Znowu na turach! Udało się!
W sobotę sms: 5.00 rano, weź spódnicę! - Ok! Jedziem w Tatry!
Po ciężkim, sobotnim rowerowaniu pobudka 3.10, 5.00 zbiórka i wyjazd. Cztery baby, cztery spódnice, cztery pary turów i fok, oj działo się!
Na początek zamiast 200 pln mandatu, rutynowa kontrola dokumentów ;) Kuźnice i babska husaria w geterkach i kieckach popędziła do Murowańca, śniadanko, sesja zdjęciowa z połową facetów w schronisku, przepak, krótka burza mózgów gdzie idziemy i z foki w kierunku Przełęczy Świnickiej. Muszę przynać, że buty narciarskie wyjątkowo dobrze komponują się ze zwiewnymi spódniczkami ;)
Liliowe - szklana ściana, pod Skrajną Przełęczą wyglądało ciekawie, a my darłyśmy dalej pod Świnicką. Dużo twardego i wylodzonego, z samej góry zjechać się za bardzo nie dało, więc niżej trzeba się było przepiąć, wdziać gacie na te nasze kiecki i na dół! Tam gdzie był śnieg (nie lód) było fantastycznie! Jeszcze! Pół podejścia pod Skrajną i drugi superowy zjazd! Kto by pomyślał, że będą tak fenomenalne warunki! Zjazd do schroniska, przepak i husaria zbiega na dół - to zejście nas wykończyło.
Nie ma jak babskie, spódnicowe tury! Faceci wymiękli, a my pysznie się bawiłyśmy!
Oj, dawno nie byłam tak zmęczona...
Jak wszystko mogę, to rowerować też mogę! Klasyka gatunku wokół Brennej w sam raz na rozpoczęcie sezonu. Rączke wytelepało, ale dalej cała :)
Mimo kiepskich prognoz pogody udało się zrealizować solidny, rowerowy dzień. Tylko raz zawiało tak, że rower przestawiło w bok, zamiast toczyć go do przodu, tyko trzy razy sypnęło solidnym śniegiem i raz udawało, że zaczyna padać, ładnych kilka razy wyszło słońce. Odziwo zabrakło wiosennego błocka.
Beskid Śląski jest świetny pod dwukółka! Można się solidnie zmęczyć :)
Narty, rower, wspin! MOGĘ!!!!!
Można by pomyśleć, że to prima aprilis - a nie! W piątek lekarz stwierdził, żem pozrastana i mogę sobie robić, co chcę :) Od razu postanowiłam skorzystać! Już wcześniej byłam ugadana na niedzielne skały. Miałam robić za samobieżny przyrząd asekuracyjny. A że się okazało, że przyrząd nie tylko samobieżny, ale też wszystkomogący, więc i pierwszy przyzwoity wspin w tym sezonie był. Ręka dalej cała i nie boli!
Wybraliśmy się na Słoneczne do Jerzmanowic na rodzinny piknik. Więcej takich bezciśnieniowych wspinodni!
A że wszystko mogę, to za tydzień, gdybym nawet miała sobie śnieg w plecaku wynieść, to jadę na tury! Choćby nie wiem co!
Można by pomyśleć, że to prima aprilis - a nie! W piątek lekarz stwierdził, żem pozrastana i mogę sobie robić, co chcę :) Od razu postanowiłam skorzystać! Już wcześniej byłam ugadana na niedzielne skały. Miałam robić za samobieżny przyrząd asekuracyjny. A że się okazało, że przyrząd nie tylko samobieżny, ale też wszystkomogący, więc i pierwszy przyzwoity wspin w tym sezonie był. Ręka dalej cała i nie boli!
Wybraliśmy się na Słoneczne do Jerzmanowic na rodzinny piknik. Więcej takich bezciśnieniowych wspinodni!
A że wszystko mogę, to za tydzień, gdybym nawet miała sobie śnieg w plecaku wynieść, to jadę na tury! Choćby nie wiem co!
Remont przestrzeni - początek - życie under construction - re-mont - re-mount - re-góra - góry też w przebudowie...
Oświata oświęcimska - reaktywacja.
Scrable - sport dla kontuzjowanych - odsłona trzecia.
Tatry. Po dwóch miesiącach znów w Piątce. Tym razem z ręką w jednym kawałku, tylko ukochanych, zimowych zwierzątek brak. Poza tym nic się nie zmieniło, góry jak stały, stoją, słońce tak samo świeci, tylko śniegu sporo mniej. A na krokusy, to może trzeba się było do Chochołowskiej wybierać, ale w zasadzie, to nie o nie tu chodziło tak naprawdę.
Jak mi nic nie wolno, to przynajmniej chodzić mi wolno po Łodzi rankiem bladym przez dziwne dwie godziny i po Krakowie wczesnym popołudniem.
A wieczorem panowie WesołoSmutni zagrali kawał dobrej muzyki!
W związku z tym stwierdzam, że: skakać - mogę, podnosić rączki do góry - mogę, klaskać - nie mogę. I mam już dwa zielone, gumowe jeżyki do ściskania!
A na koniec apel taki: Ludki wszystkie, co się po Tatrach zimą włóczycie! Nie ruszjacie się nigdzie bez trójcy lawinowej!
Zdjęli mi gips! Ale...
...o turach w tym sezonie mogę zapomnieć... do zobaczenia w listopadowym puchu!
...na rowerek w teren dopiero w maju...
...wspin i siatkówka dopiero w wakacje...
...wynegocjowałam na teraz basen i rower miejski...
ale mam takiego fajnego, zielonego, gumowego jeżyka do ściskania...
...o turach w tym sezonie mogę zapomnieć... do zobaczenia w listopadowym puchu!
...na rowerek w teren dopiero w maju...
...wspin i siatkówka dopiero w wakacje...
...wynegocjowałam na teraz basen i rower miejski...
ale mam takiego fajnego, zielonego, gumowego jeżyka do ściskania...
No tak... od kopalni złota, przez Jałowiec i Tatry można dotrzeć na Jurę Północną. W pielgrzymce tam, gdzie swój początek polskie, zorganizowane krajoznawstwo miało (w dużym skrócie - w efekcie powstało PTTK) udać się przez przypadek trzeba było. A za miedzą mekka wspinu północnojurajskiego jakaś taka pusta dziwnie białą skałą świeciła.
Dla niezorientowanych - chodzi o Ogrodzieniec i Podzamcze.
A przy okazji jeszcze Birów, Pustynię Błędowską i Rabsztyn się odwiedziło.
Każdy powód, żeby zrobić imprezę jest dobry. Jak się chce, żeby się ktoś na gipsie podpisał, co by był jeszcze bardziej wyjątkowy, to też można zrobić imprezę. Wystarczy kupić opakowanie kolorowych pisaczków, trochę pączków, trochę wiśniówki i jest!
Zauważyłam taką dziwną prawidłowość, że zdecydowana większość moich podróży na Chatę wiązała się z jakimś lizaniem ran po moich dziwacznych przygodach. I tak:
- listopad 2009 - naderwane ścięgno prawego kolana...
- maj 2010 - 523 porysowe siniaki...
- wrzesień 2010 - opad sił po wściekłej szczepionce...
- luty 2011 - ręka w gipsie...
Równocześnie, zupełnie nie wiem czemu, zawsze to leczenie wiązało się z dość ciekawą imprezą...
Tym razem Gocha skończyła 2 lata! I godnie ten jubileusz uczciliśmy! ;) Kielona, i to pełnego, zagipsowaną ręką trzymać się da!
A na gorcowych włościach biała cisza i spokój...
A na gorcowych włościach biała cisza i spokój...
- dwadzieścia pięć godzin snu
- jedno muzeum
- trzy rozpusty
- jeden Kraków
- pierwszy weekend od trzech miesięcy stacjonarnie.
Muzeum Fabryka Schindlera
wystawa "Kraków – czas okupacji 1939–1945"
Zarezerwować sobie cały dzień i migiem pomykać!
Rewelacja!
- jedno muzeum
- trzy rozpusty
- jeden Kraków
- pierwszy weekend od trzech miesięcy stacjonarnie.
Muzeum Fabryka Schindlera
wystawa "Kraków – czas okupacji 1939–1945"
Zarezerwować sobie cały dzień i migiem pomykać!
Rewelacja!
To się nazywa miłość do roweru...
Łancuch rowerowy stał się moją integralną częścią...

Jeszcze trzy tygodnie gipsu...
Łancuch rowerowy stał się moją integralną częścią...

Jeszcze trzy tygodnie gipsu...
No i dlaczego zachwycam się kobietą?!
W ramach bycia kuter-ręką miał być szybki wypad w "Góry dla zabieganych" na Babkę. Rano jakoś dziwnie nikt mi nie chciał wierzyć, że będzie lampa...
Zaczęło się od małego wypadku, więc z poszkodowaną trzeba było zawrócić. Gdy oddałam ją w dobre ręce, w południe znów wylądowałam na Krowiarkach - zatem szybkie bieganie na Babkę :)
To znaczy najpierw rozsądnie pomyślałam: babo! masz rękę w gipsie - tylko spacer do schroniska na spotkanie reszty ekipy.
Potem pomyślałam: e, tak ładnie, szkoda by było, tylko na Sokolicę, potem odwrót, jak będzie kichowato, bo babo! masz rękę w gipsie.
Na Sokolicy pomyślałam: e, tam, lecim!
No i wyleciałam :) Cud pogoda, lekki, babski zefirek, jak zawsze, ach! Zbieg na Bronę, choć bez kijów było czujnie, w rakach byłoby milej. A z Brony tyłko-zjad do schroniska, pycha-żurek i na dół.
Dobrze, że nie postanowiłam "być kaleką" i siedzieć w domu - to będę robić jutro ;)
Powiedziałabym nawet wręcz przeciwnie - miła i sympatyczna. W zasadzie pierwszy raz miałam doczynienia ze szpitalem tak na poważnie. W zeszłą niedzielę, gdzieś koło 23.00 zameldowałam się ze spuchniętą, fioletową ręką na SORze w szpitalu na Galla, nastawiona na spędzenie tam połowy nocy. Wchodzę, czytam informacje na okienku, rozglądam się, miły portier mówi, że zaraz ktoś podejdzie. Podeszła miła pielęgniarka, spytała o co chodzi, spisała i kazała chwilę poczekać. Po 10 min (!) wyszła pani z SORu i poprosiła mnie, 20 minut później miałam zrobioną fotę ręki, stwierdzone podwójne złamanie i byłam w trakcie gipsowania. Dostałam skierowanie na konsultacje w tymże szpitalu na piątek.
W piątek stawiłam się w wyznaczonym czasie. 4 osoby przede mną. Pół godziny później już odbierałam kontrolnego rentgena. Weszłam do gabinetu wg poprzedniej kolejki. 10 minut później wędrowałam do rejestracji ze skierowaniem do szpitala na krojenie ręki.
W południe w niedzielę zameldowałam się na oddziale ortopedyczno-urazowym, ślicznym z resztą, przedwczoraj wyremontowanym. Miły pan doktor, też jeżdżący na nartach, wywiad ze mną zrobił i położył do łóżka. Przemiłe panie pielęgniarki i panie salowe ganiały w te i nazad, pomagały wszystkim jak mogły. Nawet głupio człowiekowi było, że mu łóżko ścielą. A jeszcze zakręcony anestezjolog przyszedł na ploty. Obiecał, że jeśli jeszcze raz połamię się poza trasą, to będę składana bez znieczulenia.
W poniedziałek zdarto mnie z łóżka i wypucowano mi rączkę. Zaprowadzono na blok operacyjny, podano ćpuńską dawkę morfiny i wstrzyknięto w pachę coś co sprawiło, że rączka przestała być moja. Wylądowałam w zielonym pokoju, a za zielonym parawanikiem panowie chirurdzy zabrali się za rzeź mojej dłoni. Cosik im to długo szło, narzekali trochę - wniosek, że proste te moje kostki do poskładania nie były. W efekcie moje wnętrze wzbogaciło się o kilka kawałków tytanu. Potem chwilę jeszcze poleżałam, fote z żelastwem kontrolnie zrobili, odwieźli na salę i w końcu dali jeść, a jak trzeba było to i przecibólowe świństwo zapodali.
Dziś przedpołudniowe czekanie, wypis i do domu. W piątek kolejna kontrola.
Naprawdę wszyscy dla wszystkich byli mili i sypatyczni, odwalali kawał porządnej i ciężkiej roboty praktycznie na każde wezwanie. Jak się już musi mieć coś ze służbą zdrowia wspólnego, to taka wersja jest jak nabardziej ok :)
Regionalne Forum Oddziałów Małopolskich PTTK - brzmi potwornie. Jak była łapanka na tą imprezę, to szybko stwierdziłam: ja mam nowe narty, na pewno będzie śnieg - nie ma mnie! Jak widać bywa przewrotnie. W poniedziałek najperw się na de mną szczerze użalono na widok gipsu, a potem z szyderczym uśmiechem padło: jedziesz! No to pojechałam. Zwiedziłam skansen w Wygiezłowie, zjadłam dwa obiady i przy pysznych pączkach po raz sto pięćdziesiąty ósmy przekonałam się dlaczego nasze Szanowne Towarzystwo działa jak działa - no sympatycznie...
A na jutro przygoda nowa: szpital.
Prognozy na weekend były więcej niż wspaniałe, śniegu w Tatrach coś dopadało, no nic, tylko foczyć! A tu weekend przeznaczony na Bal Przewodnika i jak tu to wszystko połączyć?
Pierwszy plan: szybki Kasprowy w sobotę i na bal z powrotem do Kraka. Plan szybko się zmienił i stanęło na przejściu od Kasprowego do Piątki w towarzystwie świetnej ekipy. W takich okolicznościach przyrody powrót był bezsensu. Wyszła przepiękna, dwudniowa, tatrzańska tura. Dla mnie prawdziwa szkoła foczego życia :) Spora naukowa droga jeszcze przede mną. A, i testowanie nowych nartek było i pierwsze rysy na ślizgach też.
Pierwszy plan: szybki Kasprowy w sobotę i na bal z powrotem do Kraka. Plan szybko się zmienił i stanęło na przejściu od Kasprowego do Piątki w towarzystwie świetnej ekipy. W takich okolicznościach przyrody powrót był bezsensu. Wyszła przepiękna, dwudniowa, tatrzańska tura. Dla mnie prawdziwa szkoła foczego życia :) Spora naukowa droga jeszcze przede mną. A, i testowanie nowych nartek było i pierwsze rysy na ślizgach też.
Ja chce więcej!!! Ale...
Wróciłam z niezłą pamiątką: złamane dwie kości śródręcza lewej dłoni, jedna lekko przemieszczona - tylko się ręką podparłam na pierwszym nietrudnym zjeździe, potem jeszcze dwa dni tury z tą ręką zrobiłam... Fota dłoni nie wygląda najlepiej... Gips na 6 tygodni...
No ale zawsze można kijek narciarski do gipsu srebrną taśmą przylepić ;)
Patrzeć, jak było niesamowicie pięknie!
Wróciłam z niezłą pamiątką: złamane dwie kości śródręcza lewej dłoni, jedna lekko przemieszczona - tylko się ręką podparłam na pierwszym nietrudnym zjeździe, potem jeszcze dwa dni tury z tą ręką zrobiłam... Fota dłoni nie wygląda najlepiej... Gips na 6 tygodni...
No ale zawsze można kijek narciarski do gipsu srebrną taśmą przylepić ;)
Patrzeć, jak było niesamowicie pięknie!
Sie trzeba pochwalić! A co! Druga inwestycja życia zakończona sukcesem. Pół roku myślenia, trzy miesiące kupowania, dwa wieczory składania i jest. Teraz testy. Oczywiście chodzi o nowe narciochy, a dokładniej cały zestaw turowy. Generlanie przesiadka na Dynafita - ma być lekko! Największy zamot był z butami, bo warunków do dokonywania wyborów w naszej wspaniałej okolicy sklepowej nie ma. A jeszcze doktorat z pasowania by się przydał, bo jak się okazało to nauka wielka i wiedza tajemna. W końcu stanęło na nowej Scarpie. Po zczajeniu wszelkich możliwych promocji i źródeł tańszego kupowania, przelewy poszły, zaczęło się czekanie i zastanawianie czy aby na pewno dokonane wybory są słuszne, zwłaszcza, że konto troche odchudziły. Zamiast wiązań dostałam kubek termiczny, a narty chwilę jechały przez zaśnieżoną Europę, ale już wszystko jest.
Z całym tym szpejstwem w pudełkach i folijkach jeszcze stawiłam się w serwisie: buty wygrzane, wiązania przykręcone, foki sama przycięłam (aż się spociłam przy tym, ale nie wyszło tak bardzo krzywo ;).
Jakie to szerokie! Jakie to lekkie! Jak się w to wpiąć?! - to takie pierwsze wrażenia, testy w sobotę na Kasprowym :)
Oczywiście, jak tylko kupiłam, to się na pewnym forum dowiedziałam, że:
- TE buty są za duże...
- TO wiązanie pęka...
- klej spływa z TYCH fok...
- TE narty są rachityczne, nietrwałe, zaraz się złamią, ślizgi znikną, krawędzie odpadną i jazda na nich to żadna przyjemność...
No chyba przestanę to czytać ;)
Aha, no teraz to ja się już MUSZĘ nauczyć na tym jeździć!
Z całym tym szpejstwem w pudełkach i folijkach jeszcze stawiłam się w serwisie: buty wygrzane, wiązania przykręcone, foki sama przycięłam (aż się spociłam przy tym, ale nie wyszło tak bardzo krzywo ;).
Jakie to szerokie! Jakie to lekkie! Jak się w to wpiąć?! - to takie pierwsze wrażenia, testy w sobotę na Kasprowym :)
Oczywiście, jak tylko kupiłam, to się na pewnym forum dowiedziałam, że:
- TE buty są za duże...
- TO wiązanie pęka...
- klej spływa z TYCH fok...
- TE narty są rachityczne, nietrwałe, zaraz się złamią, ślizgi znikną, krawędzie odpadną i jazda na nich to żadna przyjemność...
No chyba przestanę to czytać ;)
Aha, no teraz to ja się już MUSZĘ nauczyć na tym jeździć!
Po sobotnim zjazdowym Szczyrku przyszła pora na niedzielny foczy Kasprowy! To druga próba w tym sezonie. Przed świętami nas wywiało z kotła, teraz pełnia szczęścia. Ale w końcu pojawił się jakiś śnieg! I to w najlepszym wydaniu - PUCH!!! Świeżutki, cudowny puszek! Wszędzie indziej jeszcze mało, więc Goryczką na Kasprowy, jeden zjazd Gąsienicą i potem fantastyczny zjazd Goryczką!
Puch jest cudowny, fantastyczny, po prostu wspaniały! I choć jeszcze nie umiem za bardzo po nim jeździć, to już uwielbiam! Udało się poczuć plywanie! :)
Sypie!!!! Dla niedowiarków obrazki.
A tak tylko wspomnę cicho, że następne puchowe zabawy będa już na nowych, i co ważne, szerszych dechach! Juhu!
W styczniu zeszłego roku, po powrocie z alpejsko-narciarskeigo wyjazdu sylwestrowego siadłam przed kompem i mnie zamurowało... Kaśka Goncerz, koleżanka z koła miała wypadek lawinowy, w Tatrach, pod Kończystą, na zwykłej wycieczce, przy ładnej pogodzie, przy lawinowej jedynce...
Kaśka jest przewodnikiem, była u mnie na kursie, sporo się wspinała, foczyła, ciągle w górach.
Minął już ponad rok, Kaśka ma uszkodzony kręgosłup, nie chodzi, ale walczy!
No to teraz POMAGAMY! Co i jak szczegółowo robić napisane jest tu.
Co ja będę ukrywać! Powiem wprost, na samym wstępie: uwielbiam tury i foki! To moje ukochane zwierzątka! Foki mają takie fajne futerko i piskają, wcale nie tak cicho, jak tylko pojawi się pierwszy śnieg. A tury, które, jak twierdzą niektórzy wyginęły, żyją sobie czasem spokojnie, czasem całkiem ekstremalnie. Ich populacja wbrew pogłoskom z sezonu na sezon powiększa się coraz bardziej.
No tak, ten uroczy zwierzyniec zabieramy ze sobą w góry w zimie. Tylko po co? Żeby pojeździć na nartach! Ale nie na stoku, zamarzając w kolejce do wyciągu lub na ślamazarnym krzesełku, narzekając na źle wyratrakowaną trasę i lód, omijając hałaśliwe szkółki narciarskie, wdychając zapach przypalanej kiełbaski z grila i słuchając kiepskiej jakości, głośnej muzyki lecącej z głośników. O nie! Bierzemy narty na plecy i idziemy z nimi poza trasę...
Turystyka narciarska, skitouring, skitur, skialpinizm, narciarstwo wysokogórskie, frirajd, turowanie, foczenie – w sumie każde z tych określeń opisuje odrobinę coś innego, ale wszystko to łączą dwie rzeczy: narty i pozatrasowość zagadnienia! Czyli w zasadzie wracamy do początku narciarstwa w ogóle, do początku zimowej eksploracji gór. Tylko w międzyczasie ultralekkie włókna wszelakie zastąpiły drewniane deski bez krawędzi, skomplikowane konstrukcje z kosmicznych stopów metali zastąpiły skórzane rzemienie i metalowe sprężyny, plastikowe skorupy z termoformowalnymi botkami zastąpiły wiązane trzewiki. Trochę się zmieniło, ale góry w zasadzie te same, stoki tak samo nachylone i śnieg pada też w ten sam sposób.
Zatem wypuszczamy foki na wolność! Niech sobie pobiegaj! Tylko w skiturowej euforii i zachwycie proszę uważać, żeby sobie jakiejś lawiny na głowę nie spuścić...
Co w ósmym numerze Gazety Górskiej można sprawdzić tu.
Co w ósmym numerze Gazety Górskiej można sprawdzić tu.
Połowa stycznia, środek zimy, powinien leżeć metr świeżego śniegu, powinno być -10 stopni i powinno lekko pruszyć z nieba, do tego ładne słonko... w marzeniach jakiś niedorzecznych... Zatem jak się nie da z foki to się da na rowerze :) Też cudnie! A jak się okazało podkrakowska okolica super na śródzimowy rozjazd rowerowy się nadaje. Muszę swoją miejscówkę bardziej wykorzystywać i na północny-zachód dwa kólka ruszać, bo kawał fajnego lasu, a i zjazdu też się tu znajdzie.
I nawet zimno nie było, błota też nie jakoś strasznie. Ot, zupelnie miłe, niedzielne rowerowanie, co tam, że w styczniu... W maju będziemy na nartach jeździć!
Jak nie spadnie śnieg, to się za tydzień trzeba będzie gdzieś w góry dwukołowo ruszyć. Choć w sumie wolałabym śnieg, śnieg, duuuużo śniegu...
A tak wygląda styczeń bez śniegu.
To nieprawda, że Trzej Królowie przybyli na wielbłądach! To były foki!
Długi weekend styczniowy podarowano nam z zaskoczenia, więc jakiś fajerwerków wyjazdowych nie udało się szybko zorganizować. Zresztą i tak wszędzie kiepsko ze śniegiem. Nic to! Z foki trzeba było zapodać.
Pierwszy dzień foczo-zjazowy w Szczawnicy z wieczornym przeczłapem na Durbaszkę. Drugiego dnia mała walka pozatrasowa nad Jaworkami, co doprowadziło do tego, że jeden uczestnik imprezy od nas uciekł i we dwie z Anią podreptałyśmy dalej na Niemcową, we mgle i po ciemku, gubiąc się w lesie kilka razy. Ale zjazd spod Rogacza do chaty ciemną nocą był ciekawy. Rankiem sobotnim miały być zjazdy po łące przed chałupą, jako to drzewiej bywało, ale śniegu niedobór znaczny. Zjechałyśmy do Piwnicznej połowicznie, a potem się zaczęło czołganie w Pasmo Jaworzyny. Narty trzeba było sporo wytargać, mgła się szybko zasnuła, szlak oczywiście zgubił, a i padać zaczęło! W styczniu deszcz?! Dokulałyśmy się mokre, ale nawet niezmaltretowane na Cylre - miejsce cudne i urocze - gdzie nas nakarmiono pierogami, upieczono w piekarniku i rudymi kotami sympatycznie poszczuto. Ranek niedzielny, a tu słońce! Na Jaworzynę zatem! Kawał drogi w dobrym czasie, a po drodze: Tatr i morza mgieł kątemplucie, obiad na Łabowskiej, ratowanie dżdżownicy, trzy sarenki i trzy duże, jelenie zady, sprint na Runek, wywieszony jęzor na Jaworzynę, mglisty zjazd i fuks transportowy - jednym słowem wielka nagroda za trudy wcześniejsze.
Śniegu już nie ma :( Chwilami wydawało nam się, że ktoś specjalnie dla nas rozłożyl biały dywanik szerokości metra, który jak tylko przejedziemy zostanie zwinięty.
Refleksja tury: stworzeń tatrzański beskidzkiego nie pojmie ;)
Obrazków kilka charakteru w żaden sposób nieoddających.
Długi weekend styczniowy podarowano nam z zaskoczenia, więc jakiś fajerwerków wyjazdowych nie udało się szybko zorganizować. Zresztą i tak wszędzie kiepsko ze śniegiem. Nic to! Z foki trzeba było zapodać.
Pierwszy dzień foczo-zjazowy w Szczawnicy z wieczornym przeczłapem na Durbaszkę. Drugiego dnia mała walka pozatrasowa nad Jaworkami, co doprowadziło do tego, że jeden uczestnik imprezy od nas uciekł i we dwie z Anią podreptałyśmy dalej na Niemcową, we mgle i po ciemku, gubiąc się w lesie kilka razy. Ale zjazd spod Rogacza do chaty ciemną nocą był ciekawy. Rankiem sobotnim miały być zjazdy po łące przed chałupą, jako to drzewiej bywało, ale śniegu niedobór znaczny. Zjechałyśmy do Piwnicznej połowicznie, a potem się zaczęło czołganie w Pasmo Jaworzyny. Narty trzeba było sporo wytargać, mgła się szybko zasnuła, szlak oczywiście zgubił, a i padać zaczęło! W styczniu deszcz?! Dokulałyśmy się mokre, ale nawet niezmaltretowane na Cylre - miejsce cudne i urocze - gdzie nas nakarmiono pierogami, upieczono w piekarniku i rudymi kotami sympatycznie poszczuto. Ranek niedzielny, a tu słońce! Na Jaworzynę zatem! Kawał drogi w dobrym czasie, a po drodze: Tatr i morza mgieł kątemplucie, obiad na Łabowskiej, ratowanie dżdżownicy, trzy sarenki i trzy duże, jelenie zady, sprint na Runek, wywieszony jęzor na Jaworzynę, mglisty zjazd i fuks transportowy - jednym słowem wielka nagroda za trudy wcześniejsze.
Śniegu już nie ma :( Chwilami wydawało nam się, że ktoś specjalnie dla nas rozłożyl biały dywanik szerokości metra, który jak tylko przejedziemy zostanie zwinięty.
Refleksja tury: stworzeń tatrzański beskidzkiego nie pojmie ;)
Obrazków kilka charakteru w żaden sposób nieoddających.
Trzy okołosylwestrowe dni w leśniczówce w Zubrzycy. Organizator nic nie zapewnia, bo nie ma organizatora, czyli jak NIE zorganizować imprezy sylwestrowej, żeby wyszła fantastycznie. Dużo ludzi, niskie i wysokie temperatury, śnieg i lód, narciochy i tępe krawędzie, wino i wiśniówka w drewutni, dziwne klimaty, pomieszane towarzystwo i chropowate dźwięki starego gramofonu.
Ot, nowego roku witanie!
Wszystkiego górskiego w Nowym Roku tym!
A co! Jak już sobie zapisuję w kalendarzu, to sobie policzyłam i mi wyszło, że w roku 2010 podzialałam tak:
116 dni wyjazdowych, czyli 1/3 roku, czyli calkiem nieźle
w tym
12 dni z foki - słabizna, ale zima była słaba
11 dni zjazdowo - ale zima była słaba, bo mogło być to z foki
7 dni z buta - nie przypuszczałam, że tak mało! od razu widać, że mi się foko-wspino-rowerowo zrobiło
9 dni wspinowych - mizeria straszliwa
18 dni rowerowych - oj, mogłoby być lepiej, ale pogoda sporo tu napsuła
26 dni w dalekim świecie i górach prawdziwych - tego zawsze mogłoby być więcej
20 dni górsko-imprezowo-leniwych - aż tak się obijałam?! na usprawiedliwienie - tutaj bazowanie zaliczyłam
13 dni jakoś inaczej, nie wiadomo do końca jak, ale na wyjeździe
Niedosyt i tak mam...
116 dni wyjazdowych, czyli 1/3 roku, czyli calkiem nieźle
w tym
12 dni z foki - słabizna, ale zima była słaba
11 dni zjazdowo - ale zima była słaba, bo mogło być to z foki
7 dni z buta - nie przypuszczałam, że tak mało! od razu widać, że mi się foko-wspino-rowerowo zrobiło
9 dni wspinowych - mizeria straszliwa
18 dni rowerowych - oj, mogłoby być lepiej, ale pogoda sporo tu napsuła
26 dni w dalekim świecie i górach prawdziwych - tego zawsze mogłoby być więcej
20 dni górsko-imprezowo-leniwych - aż tak się obijałam?! na usprawiedliwienie - tutaj bazowanie zaliczyłam
13 dni jakoś inaczej, nie wiadomo do końca jak, ale na wyjeździe
Niedosyt i tak mam...



