Tak rowerowo sytego weekendu sobie nie przypominam :)
Sobota była przeznaczona na sportową rywalizację, hehehe... Pierwsza w tym sezonie edycja Enduro Trophy w Wilkowicach, czyli konkretne objeżdżanie Beskidu Małego. Podobało mi się, choć jak na zawody kilka fragmentów było, nazwijmy to, dziwnych. Ale ja w rejonie Magurki Wilkowickiej w ogóle nie jeździłam, więc kilka białych plam zostało fajnie przejechanych. Wniosek taki, że Mały to Beskid niedoceniony jest! Po prostu było ślicznie! A wieczorem odpoczywanie i oczekiwanie wyników w wyjątkowo sympatycznym ośrodku nad Jeziorem Żywieckim.
Haha! Jest pierwsze w karierze pudło i puchar z rowerkiem w kategorii bab! Haha! Normalnie pękam z dumy i ze śmiechu ;D O generalce nie wspominajmy...
A w niedzielę na dobicie pojechaliśmy objeżdżać OSy w ET w Brennej. Coś pięknego! Najcudowniejsze trasy jakimi w życiu jechałam! Trawers Beskidka czerwonym oraz dwa dzikie single! Mjuuuut pod kołem!
Odpuściliśmy ostatniego OSa. Pierwszy raz w życiu powiedziałam: mam dość! nie jadę! zjeżdżam asfaltem... Byłam naprawdę wyrąbana...
A w ogóle to jakaś ta wiosna mi się wydaje w tym roku w górach bardziej zielona. I tak się zastanawiam czy faktycznie tak jest, czy ja po prostu przez ostatnie sezony maj spędzałam raczej w Tatrach, w bardziej zimowych okolicznościach przyrody i nie pamiętam jak to jest ;)
0 komentarze