Pomysłów i opcji było pincet, ale wszystkie niepewne i w ostatniej chwili ewentualnie decydowane, głównie ze względu na gips i stan zrośnięcia mojej ręki. Jak się w końcu wyklarowało, to stanęło na tym, że jedziemy z Anną K. na Litwę, na rowery, sakwiarsko!
Wszystko kłody pod nogi nam rzucało - od PKP, przez gupich chopów, po usterki samochodowe. Ale, że my dzielne baby są, to śmy się zawzięły i pojechały :D
Sakwy zapakowane, rowery wyrychtowane, to wszystko w auto i do Sejn, a potem już z pedała na Litwę! Były Druskienniki, Dżurkijski Park Narodowy, piękne drogi, lasy sosnowe, Niemen, wioseczki jak z "Nad Niemnem", rowerowo-kolejowe luksusy, Wilno na rowerze, stópki w Bałtyku, Mierzeja Kurońska, plaże i wydmy, krzaking wzorcowy 2 km od granicy z Rosją, Kłajpeda, Kowno, Pan Tadeusz, ciut Suwalszczyny i ociekające fantastycznością jezioro Serwy.
Za kierownicą roweru jakieś 350 km, ale co ważniejsze, za kierownicą Rovera 430 km! Tadam! Prawo jazdy odkurzone! :D
0 komentarze