,

Bieszczady odrealnione, czyli pięknie jest!

10:39

Tak niesamowicie zakręconego weekendu to dawno nie było. Zupełnie spontaniczny pomysł: jedziemy w Bieszczady! został zrealizowany, mimo że wszystko mówiło - bedzie lać! Nic to! Pragnienie zobaczenia czerwieniących się, bieszczadzkich buków było silniejsze i wzorem Oli został zastosowany meteorologiczny ateizm. Długa, piątkowa droga pod znakiem Mamma mia! i Wgórowych kliamtów zakończyła się na Końcu Świata, czyli w Łupkowie. Wszystko byłoby cudnie, bo miejsce klimatyczne, gdyby nie dziki tłum  zlokalizowany w chacie, poszłyśmy, więc spać do szopy na siano w towarzystwie białego koguta z rozregulowanym zegarem - piał całą noc. A! w ogóle wyjazd był z rodzaju babskich, co znaczenie miało duże :) Po drodze było jeszcze nocne zwiedzanie odbudowanej po pożarze cerkwi w Komańczy. Poranne picie herbaty w jakże malowniczym otoczeniu ciut się wydłużyło, ale w końcu udało się wyjechać i dotrzeć do Ustrzyków. Ruszyłyśmy na podbój Tarnicy, na Szerokim Wierchu nie było widać już nic, ale nie padoło! Na szczycie mleko totalne, więc panoramę na pół Ukrainy i Słowację trzeba było sobie wyobrazić, ale za to okazało się właśnie tam, że wylicytowałam cudowny rowerek (opowieść o tym w następnym odcinku ;) Resztki zdrowego rozsądku powstrzymały nas przed obaleniem wina z tej okazji. Dalej była już tylko mgła, wiatr i ciemności na Bukowym Berdzie oraz po raz kolejny skręcona noga. Stanęło na noclegu pod parkową wiatą i dobrze, bo potem była jeszcze burza, a tam sucho, ciepło i szeroki, równy stół ;) A do tego pyszne leczo i dwa kartony grzańca. Rano w strugach deszczu zeszłyśmy do Pszczelin, na Caryńską nie było szans. I tu Ania wykazała się wyjątkową skutecznością w lapaniu stopa - zatrzymała pierwsze auto, a trzeba zaznaczyć, że byłyśmy trzy z dużymi plecakami, mokre i ubłocone solidnie. Pierwszy raz widziałam coś takiego, a na stopa jeżdżę często ;)  Zapakowałyśmy się w autko i do Siekierezady, bo cóż innego można robić w taki deszcz, a potem na pysznego pstrąga i w kierunku domu z założeniem intensywnego krajoznawstwa. Tak więc, mimo że nam się nie chciało była cerkiew w Wisłoku Wielkim, kapliczka na Przełęczy Szklarskiej, kawa i gofry w Rymanowie-Zdroju, Główny Beskidzki dla zmotoryzowanych przez Wgórza Rymanowskie, szybki zachwyt iwonickim uzdrowiskiem i zachód słońca nad Cergową, potem już tylko szybciutki powrót. Podsumowując: pięknie było! O taką jesień chodziło! No, może gdyby nie padało...

You Might Also Like

0 komentarze

Archiwum