Jak się okazuje są jeszcze w Gorcach ścieżki, którymi nie jeździłam. I to bardzo fajne ścieżki. Przy okazji jest też inwersja, morze mgieł, piękne słońce, nieziemskie widoki na Tatry, lód włóknisty oraz wszelkie odmiany szronu i szadzi. Jest też kurs, który ma pierwszy wyjazd i dziesięcioletnie, związane z tym sentymenty oraz trwała już chyba awersja do szkolenia.
Jest też trauma drugiego haka i miny grupy napotaknych endurowców na widok mojego roweru i działań na nim oraz magiczne słowo "szacun" - bezcenne :D
Nie ma za to zdjęć, choć aparat przejechał się w plecaku, ale karta została w domu. Jest za to komórkowy żart fotograficzny.
Jest również oficjalny koniec (mocnego) sezonu rowerowego w górach :(
0 komentarze