,

Pech nie taki pechowy

20:58

Po ogarnięciu kosmosu zeszłego tygodnia w piątek wieczór załadowaliśmy się i rowery w auto i ruszyliśmy w Bieszczady! Nasze ruszanie skończyło się na obwodnicy Tarnowa, gdzie samochód totalnie odmówił współpracy. Po kilku godzinach auto znalazlo się w tarnowskim warsztacie, a my kombinowaliśmy, jak w środku nocy wrócić z rowerami do Krakowa.
Wróciliśmy. Po kilku godzinach spania trzeba było ratować weekend - pojechaliśmy na rowerki w Beskid Mały. Wyszła miła i przyjemna, w zasadzie popołudniowa pętelka przez Leskowiec. Gdyby nie to, że zdychałam na podjazdach z niewyspania, byłoby po prostu super.
Na niedziele niespodziewanie i spontanicznie wyklarowały się Gorce w dużej ekipie. Kawałek Pasma Lubania fajnie przejechamy w masakrycznym upale, w towarzystwie koszmarnych much. Przy okazji zaliczyłam dwa loty przez kierownice - jeden udało się wyczynić na równiutkim asfalcie - a wydawało mi się, że takie rzeczy są niemożliwe ;) 

Wyjazd pod znakiem zewsząd atakujących snejków i ciągłego łatania. Okazuje się, że snejk może zaatakować nawet rower stojący pod sklepem ;)

No, żeby było mało, to jest kolejna awaria: rozwalony SPD... ech... co jeszcze?

You Might Also Like

0 komentarze

Archiwum