Zaproszenie w słoweńskie progi miałam od dawna, tylko jakoś kiepsko było z realizacją wyjazdu. W tym roku większych wypraw nie planowałam, ale chęć na jakiś wysokogórski rowerek się pojawiła, więc akurat pomysł zaczął się klarować. W efekcie babską, rowerową ekipą ruszyłyśmy na południe - lekko spontanicznie, z milionem różnych pomysłów wykorzystania słoweńskiego potencjału. Brak konkretu trochę nas potem zgubił, ale cóż bywa... Miało być przede wszystkim ultra-alpejsko-rowerowo, ale jak się okazało szukanie sytych singli w górach wysokich, to nie taka prosta sprawa. Była Lubjana, było morze, był mikro wspin, były ferraty i Triglav, no i dwa godne bajkparki. Wszystko pięknie! Góry rewelacyjne, miejsca fajne i świetni miejscowi bajkerzy, którzy nam swoją radą końcówkę wyjazdu uratowali. Nawet moja kostka, co prawie by była wyjazd storpedowała, dała radę i zachowywała się grzecznie - rower na skręcone stawy nie jest zły ;)
Jedyne co nie dało rady i wyjazd nam intensywnie próbowało popsuć, to ćwierć naszej ekipy, co to z innej planety chyba pochodzi, ale zmilczmy temat, po prostu nie zawsze się ma pełne szczęście do kompanii...
Podziękowania ogromne dla Piotrka i Tiny za przygarnięcie i gościnę :)
Po wizycie na Wielkiej Planinie wielce rozumiem miłość do AKS-u ;)
0 komentarze