Długi weekend sierpniowy najlepiej wykorzystać rowerowo, więc może by tak się w Sudety ruszyć, które potencjał mają znaczny, a na zwykły weekend trochę tam daleko jest. Idealnie złożyło się, że akurat wypadły zawody ET w Szklarskiej. Zatem zaczęliśmy od Rychlebów, które to łaziły za nami od dawna, ale jakoś nie po drodze było. Sześć dych bez sensownej przerwy na batonika i siku, to lekkie przegięcie, no ale mus to mus. Same rychlebskie ścieżki nie powaliły mnie jakoś szczególnie. Brakowało mi konkretnego zjazdu, za dużo technicznego trawersu w dokręcaniem. Spodziewałam się zdecydowanie większego hardkoru bardziej w dół. Na poprawę humoru piwo, syra i kąpiele w uroczym kamieniołomie. Dalej do Szklarskiej! Z racji tego, że z definicji nie objeżdżam tras, bo po co jeździć dwa razy to samo, przed zawodami zapodałam lajtową wycieczkę indywidualną po fajowych singlach w Izerach. w międzyczasie reszta ekipy patentowała OS1 i rozwalała sobie dość konkretnie brodę :( W sobotę zawody, luz, blues, bez napinki - jedynka trudna, kamienista, ale fajna, dwójka przyzwoicie podjeżdżalna, trójka super zjazd, czwórka tak samo, ale popsuty przez snejka, a piątka to porażka wszechczasów, na której umierałam (trzydniowe zmęczenie akurat wtedy miało ochotę się ujawnić ze wzmożoną siłą). W każdym razie zawody ukończyłam, nic sobie nie zrobiłam, rowerowi też nie, nawet żadnej konkretnej gleby nie było - niezaliczone! ;) O generalce oczywiście nie wspominam ;)
W niedzielę na dobicie eksploracja bajkparku w Spindlerovym Mlynie - generalnie słabo i na mega zmęczeniu, więc bez radochy specjalnej.
Podsumowując: ja chcę więcej na rower w Sudety! :)
0 komentarze