Pierwsze w tym sezonie zawody endurowe na Ślęży. Ostrzyliśmy sobie na nie zęby od dobrej chwili. Mimo że w zasadzie bardziej to pora foczo-tatrzańska, to jednak rowerowe ssanie zwyciężyło. Warto było, bo zawody na terenie cudnym, mi nieznanym. Syte oesy, nawet przesycające i o mdłości przyprawiające, bo zwyczajnie za trudne, ale zobaczyć to trzeba było na własne oczy i doświadczyć na własnej skórze (aktualnie solidnie posiniaczonej). Ja leżę! Ja latam! To motywy przewodnie imprezy. Podobało mi się, choć wniosek z całości niewesoły taki, że na rowerze to ja za bardzo jeździć nie umiem. Trenuj!
A na deserowe dobicie jeszcze ryhlebskie ścieżki nas pociągnęły i trochę płynnego kompotu na orzeźwienie zaserwowały ;)
0 komentarze