Weekend z definicji imprezowy, co wpisało się też idealnie w zapędy szanownej pogody, która z deszczami postanowiła poszaleć. Poszalała tak, że pół Małopolski zalało, a nam w drodze do Gochy nabruździła i most w Kamienicy naderwała.
Świętować było co, bo w końcu ten doktorat z tych nazw tatrzańskich, co to się tworzył tyle i pacy ogrom przysporzył, trzeba było opić. Zatem leniwie, ogniskowo, wiosennie, chatowo, grzankowo. Dużo znajomych, dużo dzieciaków. Miło i przyjemnie :) Przy okazji, spontanicznie w chatkowanie mnie wrobiono, więc chałupę trzeba było ogarnąć.
W niedzielne popołudnie nawet pogoda się zlitowała, pięknym słońcem w wiosenną zieleń przyświeciła i Tatry przecudnie pokazała!
0 komentarze