Ot, takie małe nowości. Skoro są narciochy, to w zamian muszą być kajaki. Najpierw koncertowo, potem basenowo. Dałam się zawiesić w wodzie głową w dół i się nie utopiłam. Fajne to to :)
Świat się kończy! Na tym wyjeździe zrobiłam tylko to jedno zdjęcie. No dobra, w sumie można zwalić na kiepską pogodę, mgłę i słabe światło.
Bujaliśmy się ćwiczebnie, foczo i zjazdowo w okolicach Pilska. Mizeria śniegowa straszliwa, choć powyżej Miziowej nawet do lasu dałoby radę wjechać na chwilę. Ech, zimy! Śniegu! Bo zaraz znowu rower okaże się sensowniejszym gadżetem do lasu...
W ramach działań posylwestrowo-noworocznych teleport wylądował na Słowacji. Skoczyliśmy na Chocz. I tylko dla nas, tylko na 14 minut odsłonił nam się on tak właśnie!
Sylwestra już dawno zaplanowanego spędzaliśmy na Kodratowej. Tak właśnie! Takie małe marzenie, żeby w tatrzańskim schronisku w fajnej ekipie i w ogóle :) I proszę! Jak impreza właściwa wyglądała upubliczniać nie będziemy, ale cośmy się ubawili to nasze ;)
Weekend poświąteczny w sumie nie wiadomo czy śnieżno-zimowy, czy jeszcze nie. Zatem z nieśmiałością pewną z rowerami wylądowaliśmy na Leskowcu czego efektem było miłe śniegowe zjeżdżanie, dla mnie ciut ekstremalne w swej nowości :)
Fantastycznie, przedświątecznie Zatrzymywaliśmy Czas na wieży mariackiej przez długie trzy godziny. Taki oto plener specjalny naszej foto-ekipy :)


























































