Nareszcie rozpoczęła się na dobre! Intensywne dwa dni solidnego rowerowania. Najpierw Makowski: z Suchej do Kalwarii przez Koskową - mocna trasa, dużo błota, kilka sporych podjazdów odziwo podjechanych i chrzest bojowy na prawdziwego rowerzystę, czyli moje pierwsze OTB. Wszystkiemu winien niepozorny rowek melioracyjny w poprzek pola, zarośnięty trawą tak, że oczywiście widać go nie było. Zatem koło w rów - mimo, że Spec ma się czym z przodu pochwalić, to szansy nie miał. Potem ja przez kierownicę szczupakiem ślicznym w bloto-trawę (cud, że tam ani kamienia nie było), a nad moją głową, lotem uroczym poszybował rower, lądując kilka metrów z przodu. Jak to się stało, że się nic nie stało - nie wiem. Anioła Stróża trzeba pytać, koleś jest naprawdę niezły, a robotę ma ciężką. Ciekawe co przeskrobał, że takie cuś, jak ja pod opiekę dostał. Fotorelacja z miejsca wypadku jest.
Na dobicie dnia nastepnego, w cudnym, jesiennym słońcu wyjazd w Pasmo Jałowieckie - od Makowa przez Grzechynię, Przysłop na Jałowiec, a potem w dół do Stryszawy i na pociąg do Suchej. Tym razem bez ekstremalnych rewelacji, tylko cicho i spokojnie przez jesienny, bukowy las :)
Zwycięzscy w rankingu na najlepszy zjadz weekendu: niebieski z Mioduszyny na wschód i droga z Jałowca do Stryszawy. Polecam!
W efekcie tego wszystkiego boli mnie wszystko...
Poza tym stała się rzecz straszna: zapomniałam o Zielonym... Cały weekend stał przed blokiem i odmrażał sobie kółka, zamiast grzać się w swoim domowym kąciku. Jest mi wstyd!
0 komentarze