Górskie wakacje już się skończyły. Tylko dlaczego człowiek po nich taki zmęczony?
Oj, dużo działo się w górach w tym czasie. Dużo w naszych pagórach, sporo w nie naszych, ale i w górach wysokich polskie ekipy mocno namieszały w tym roku. Tylko czy to można jeszcze nazwać wakacjami? Chyba raczej nie. No właśnie, gdzie jest granica między spędzaniem w górach wolnego czasu, wakacji, urlopu, a profesjonalnym, poważnym, górskim działaniem wyprawowym? Gdzie tu jeszcze wcisnąć sport i fanatyzm górski? Bo współistnieją w niektórych przypadkach zarówno ze zwykłym tygodniowym urlopem, jak i wielką wyprawą. Czy, żeby być wielkim himalaistą trzeba życie tylko ku temu ustawić? Czy, jak człowiek wypisuje kwitek urlopowy i wyskakuje na miesiąc z pracowniczego gajerka, to jest tylko „niedzielnym, górskim turystą”? Eeee, nie! Nie tak prosto, nie tak od razu! W każdym razie ja się nie zgadzam!
Po wrześniowych deszczach, które prawie zdusiły nadzieję na fajną jesień, zaświeciło słońce, buki klasycznie zrudziały, błota odpowiednia ilość zaległa na ścieżkach i można powiedzieć, że wszystko wróciło do corocznej normy. No chyba nie do końca – 2 lipca można było jeszcze przy odrobinie szaleństwa zjechać na nartach z Rysów, a 4 września można było już prawie spokojnie, szusem między kamieniami podziałać na Kasprowym. No nie jest normalnie! Ale potrzeba nienormalności, nazwijmy ładniej: niezwykłości, znów wyciąga człowieka w lodowaty, mglisty ranek spod kołdry i mówi: już cię tu nie ma! TAM jest fajnie! – Mimo że w takiej chwili nikt w to nie wierzy...
Zatem idziemy poszurać liśćmi, obdrapujemy zaschnięte błoto z butów albo z roweru, ubieramy rękawiczki i czekamy na śnieg – jesień w górach, proszę Państwa!
A! Rośniemy! I chwalimy się tym: Gazeta ma więcej stron!
Oj, dużo działo się w górach w tym czasie. Dużo w naszych pagórach, sporo w nie naszych, ale i w górach wysokich polskie ekipy mocno namieszały w tym roku. Tylko czy to można jeszcze nazwać wakacjami? Chyba raczej nie. No właśnie, gdzie jest granica między spędzaniem w górach wolnego czasu, wakacji, urlopu, a profesjonalnym, poważnym, górskim działaniem wyprawowym? Gdzie tu jeszcze wcisnąć sport i fanatyzm górski? Bo współistnieją w niektórych przypadkach zarówno ze zwykłym tygodniowym urlopem, jak i wielką wyprawą. Czy, żeby być wielkim himalaistą trzeba życie tylko ku temu ustawić? Czy, jak człowiek wypisuje kwitek urlopowy i wyskakuje na miesiąc z pracowniczego gajerka, to jest tylko „niedzielnym, górskim turystą”? Eeee, nie! Nie tak prosto, nie tak od razu! W każdym razie ja się nie zgadzam!
Po wrześniowych deszczach, które prawie zdusiły nadzieję na fajną jesień, zaświeciło słońce, buki klasycznie zrudziały, błota odpowiednia ilość zaległa na ścieżkach i można powiedzieć, że wszystko wróciło do corocznej normy. No chyba nie do końca – 2 lipca można było jeszcze przy odrobinie szaleństwa zjechać na nartach z Rysów, a 4 września można było już prawie spokojnie, szusem między kamieniami podziałać na Kasprowym. No nie jest normalnie! Ale potrzeba nienormalności, nazwijmy ładniej: niezwykłości, znów wyciąga człowieka w lodowaty, mglisty ranek spod kołdry i mówi: już cię tu nie ma! TAM jest fajnie! – Mimo że w takiej chwili nikt w to nie wierzy...
Zatem idziemy poszurać liśćmi, obdrapujemy zaschnięte błoto z butów albo z roweru, ubieramy rękawiczki i czekamy na śnieg – jesień w górach, proszę Państwa!
A! Rośniemy! I chwalimy się tym: Gazeta ma więcej stron!

0 komentarze