,

W przyszłym roku na filcowych klockach

13:28

Rowerowanie! Jakże mogło być inaczej! Taka pogoda! Takie warunki! I jak zwykle arcyspontaniczne zmiany planów. Pojawiła się koncepcja dwudniowej, słowackiej Magury Spiskiej. Jednak z powodu niedoprecyzowania pewnych faktów w sobotę wylądowaliśmy na polskim Spiszu, a w niedzielę na Luboniu i Szczeblu. Dwa kompletnie różne dni - inne warunki i inne, nazwijmy to, problemy rowerowe.
Wyjechaliśmy trochę opóźnieni z Kacwina niebieskim szlakiem wzdłuż granicy, w kierunku przełęczy nad Łapszanką. Warunki dziko-błotniste. Najgorszy możliwy rodzaj lepkiego, śliskiego błota, przeplatany śniegiem i błotem zmrożonym. Do tej pory nie mogę pojąć jakim cudem napęd ciągnie w miarę skutecznie, jak jest tak usyfiony. Było technicznie. Przy okazji moje klocki hamulcowe zawołały: nie hamuj nami więcej... Nad Łapszanką godzina okazała się trochę późnawa, więc nie wokół Osturni, a w kierunku Grandeusa. Ale fajny zjazd przeszkodził w dobrej nawigacji, zatem Łapsze po drodze trzeba było odwiedzić. W Kacwinie byliśmy punktualnie z ostatnim promieniem na Tatry padającym.
Tutaj można zobaczyć, jak do roweru klei się błoto.
Hasło dnia: filcowe klocki hamulcowe.
Wieczór mszańsko-pigwówkowy z problemami decyzyjnymi, co do dnia następnego.
Stanęło na wariacjach na temat Pasma Podhalańskiego, ale jak tylko zaparkowaliśmy na Przełęczy Spytkowickiej podmuch halnego solidnie utrudnił nam wyjście z samochodu - błyskawiczna zmiana planów. Pojechaliśmy na Luboń. Tam już koniecznie trzeba było zamienić klocki, bo inaczej zjazd groziłby śmiercią, i tak groził, ale groziłby jeszcze bardziej. Słynny zjazd z Lubonia Wielkiego na Glisne - nie zjechałam tylko trzech najbardziej technicznych odcinków - fajne to było! Ze Szczebla zjechałam tylko trzy najbardziej nietechniczne odcinki - to nie było fajne. A po drodze było jeszcze cudne, jesienne byczenie w jesiennym słonku!
Bez obrazków ani rusz!
Hasło dnia: zjadę to w przyszłym roku.

You Might Also Like

0 komentarze

Archiwum