,

Góry szutrowe, czyli rowerowe Izery

14:16

Długi weekend listopadowy. Kto normalny wybiera się gdzieś w jakieś góry w taka pogodę? Normalny nikt, ale my tak! Na rowery oczywiście! I to jeszcze w Sudety, a dokładniej na samiutki zachód - w Góry Izerskie, ponoć takie rowerowo świetne. Środa wieczór, dwa auta, pięć osób i pięć rowerów w gotowości bojowej. Koło 1.00 w nocy byliśmy już w sympatycznym ptsmie w Piechowicach, który okazał się fajną miejscówką na cały wyjazd.
Dzień pierwszy rozgrzewkowy: zjechaliśmy do Szklarskiej Poręby do IT po supermapy rowerowe, a potem na Wysoki Kamień, na Zwalisko i do kopalni kwarcu, potem powrót do Szklarskiej, karkonoski bonusik w postaci wodospadu szklarki i do ptsmu. Po drodze zimno, śnieg i pierwsza guma.
Dzień drugi był kosmicznie pokręcony. W nocy tak wiało, że odcięło nam prąd, przy okazji powaliło trochę drzew, co później mocno spowolniło naszą jazdę. Podjechaliśmy samochodami do Jakuszyc, a tam 5 cm śniegu... Chcieliśmy jechać do Chatki Górzystów, ale nie dało się... odwrót, ale przynajmniej poćwiczyliśmy zjazdy bez przyczepności. Pojechaliśmy szukać słońca. Na Rozdrożu Izerskim lało, więc zapodaliśmy zapchajdziurę muzealną. W międzyczasie wyszło słońce, zatem znów na rowerki. Było miło, tylko za dużo drzew w poprzek, a na zjeździe ścieżką krzywą poszedł hak od tylnej przerzutki - dobrze, że to było na sam koniec. Na dodatek jakieś rozbrykane dzieciaki spuściły powietrze z koła samochodowego - pompowanie oczywiście pompką rowerową ;) Szklarska Poręba taka niby rowerowa kraina, a po sezonie cięzko serwis rowerowy wyczarować, ale nowy hak zdobyć się udało! Na dobicie był powrót po porzucone przy pakowaniu do auta siodełko... Co się jeszcze mogło zdarzyć? Brak prądu w schronisku i widmo braku ogrzewania, ale naprawili w końcu...
Dzień trzeci - dzień czeski - dzień wietrzny z mega podjazdem na Smrk i nawet fajnego zjazdu w nagrodę nie było :( Nawet wyprażany syr domowej roboty i czeskie piwo nie wynagrodziło tego niedosytu.
Dzień czwraty ostatni. W końcu wyszło słońce i zrobiło się ciepło, tak na deser. Zatem jeszcze raz do Jakuszyc, a tam okoliczności przyrody zupełnie inne niż dwa dni wcześniej. Zatem do Orlego, na Hale Izerską i do mitycznej Chatki Górzystów (naleśniki rządzą!). W końcu! Spokojny niby powrót z małym lataniem z mostu w towarzystwie sporego drąga. Szczęśliwie lotnikowi nic się nie stało, rower też cały. Jeszcze tylko chwila wylegiwania w listopadowym słonku po drodze, pakowanie do aut i niekrótki powrót na wschód, do Krakowa znaczy...

Co i jak było podglądnąć też można.

Muszę się pochwalić - zostałam serwismanem wyjazdu :) na koncie: złamany hak tylnej przerzutki i demontaż połowy napędu, niewspółpracujące tarczówki mechaniczne, zacinające się Vłki, wygięta przerzutka przednia, zerwany łańcuch, podwójne klejenie dętki - dało radę wszystkie rowerki naprawić.
Moje dwukołowe kochanie marudziło z klockami - hamowanie gratis na podjeździe - poległam...

Generlanie wyjazd baaaardzo udany, ale rowerowo nie do końća - za duzo asfaltu i podjazdowych szutrów, a za mało fajnego, wymagającego zjazdu. Beskidzkie kamienie do tego są lepsze!

You Might Also Like

0 komentarze

Archiwum