Lawinowa trójka, rosnąco na dodatek, sypie, wieje, zimno, fuj. Ha! Nic bardziej mylnego!
Wszyscy straszyli prognozami, lawinami, a my i tak uderzyliśmy do Chochołowskiej. Najpierw, żeby nie człapać tą dłuuugą doliną, przespacerowaliśmy się Lejową i zjechaliśmy przez Kominiarską Niżną do Chochoła. I już myśleliśmy, że na tym się skończy, bo syf, lawiny i leń. Ale popatrzywszy na kilka uhahanych twarzy po zjeździe z Grzesia, udaliśmy się również w tamtym kierunku. Oj, warto było! Obróciliśmy dwa razy. Zjazd w cudownym puchu przez przejrzysty las, długi zjazd.
W niedziele dopadało 25 cm cudnego, świeżutkiego śniegu. Po sobotnich śladach nie było ani śladu ;) Grześ został zaatakowany kolejne trzy razy. Już mi nawet puchowe pływanie z kicaniem zaczyna wychodzić! Chyba trzeba będzie szerokie potwory zapodać na przyszły sezon ;)
A na wieczorny deser byli dawno niewidziani znajomi i pokaz argentyński. Nie mogło być lepiej! Tak z pozoru beznadziejny weekend udało się tak fantastycznie wykorzystać! Tak na złość tym, co zostali pod kocykami w domu ;)
0 komentarze