Jak się nie da jechać w góry na narty, na rower też nie, to się uprawia krajoznawstwo. A jak się jeszcze kilka innych zbiegów okoliczności zdarza, to się ląduje we Wrocławiu! Z dużych i ważnych miast polski na liście jeszcze niezwiedzanych miałam Poznań i właśnie Wrocław, zatem w podskokach się tamże wybrałam. Jak za starych dobrych czasów, wyszło rodzinne krajoznawstwo wzorcowe.
Podoba mi się to miasto! Lubię takie! Ładne bardzo stare miasto, robiąca wrażenie wielkomiejskość, pincet gotyckich kościołów, Panorama Racławicka, Ostrów Tumski i urzekająco-zaskakujące krasnale (no ktoś tu zapodał pierowskim majstersztykiem). Ale i tak za największą rewelację uważam smaczki modernistyczno-funkcjonalistyczno-socrealistyczne: Halę Stulecia, dom handlowy „Renoma” i bloki przy pl. Grunwaldzkim.
Dodatkowo wielki plus dla miasta za infrastrukturę rowerową! uwaga! Wrocław ma śluzy rowerowe na skrzyżowaniach. Do tego mnóstwo bardzo ładnych i funkcjonalnych stojaków rowerowych, barierki na ścieżkach rowerowcyh przed skrzyżowaniami i kilka innych fajnych dla dwókołowców patentów. No, prawie, że o mało co, mogłabym tam mieszkać ;)
Niefajne z tego wszystkiego było pięc godzin w pociągu do Kraka, ale przynajmniej przejeżdżaliśmy przez Kędzierzyn, gdzie właśnie Resovia dostawała baty od Zaksy w pierwszym meczu finałowym...
0 komentarze