Już trzeci wrześniowy, rewelacyjny weekend w Tatrach! Plan jesiennego ataku na te górki realizuje się całkiem intensywnie. Tym razem padło na szeroko rozumiane okolice Moka z pomysłem na wielkie zdobywanie. Zatem WHP w łapki i do dzieła! Dzień sobotni został poświęcony Mięguszowi. Od Czarnego Stawu w kierunku Przełęczy pod Chłopkiem, a dalej na prawo i do grani powyżej Hińczowej Przełęczy, potem nieudane niestety, ale dzielne próby dotarcia na wierzchołek oraz mądra decyzja odwrotu przez Hińczową pod Mnicha i do Moka. Miał być nocleg w dzikiej dziczy, ale stanęło na schroniskowej werandzie. Dzień niedzielny z braku starań rozpoczął się ciut późno i mimo oporu chęci został przeznaczony na zdobywanie Cubryny. Zatem znów pod Mnicha, pod ścianę i myślenie co i jak dalej. Opisy okazały się mało precyzyjne i wylądowaliśmy w terenie, nazwijmy to, trudnym - dwójkowo i straszliwie krucho z elementami wyjeżdżających trawek. Cóż za radość była wielka po dotarciu na grań. To, że nikt z nas nie poleciał i krzywdy sobie nie zrobił, to tylko i wyłącznie do kategorii cudu można zaliczyć. W każdym razie szczęśliwie Cubryna została zdobyta :) Pozostał tylko odwrót do Moka, znów przez Hińczową, kolacja i do domu. Aha, drogi do Morskiego Oka nie znoszę w dalszym ciągu, nawet po ciemku i z nowym asfaltem.
Wnioski z całej imprezy są takie, że kawałek liny i kask zawsze trzeba mieć ze sobą, bo inaczej to głupio można skończyć. Mądre to to nie było, ale jakie fajne :)
Na szczęście czystej głupoty na zdjęciach nie widać tylko fajne góry, więc zapraszam tu.
0 komentarze