Przymiotników wyrażających zachwyt w słowniku języka polskiego nie starczy, aby opisać ten weekend w Tatrach! W piątek wieczór dotarliśmy na Łysą Polanę, gdzie w budynkach dawnego przejścia granicznego jest teraz super miejscówa noclegowa. Sobotnim, bladym rankiem szybkie przedostanie do Jaworzyny i w górę Jaworowej Doliny ze śniadaniem w Jaworowym Ogrodzie. W końcu Lodowa Przełęcz i wodoki na wszystko. Potem migiem na Lodową Kopę, a tam widoki na jeszcze więcj niż wszystko. W nagrodę był rosół z cyferkami. Dalej na dół do Lodowej Dolinki z lukiem zza winkla na Kotlinę Pięciu Stawów Spiskich. Spindranie na Czerwoną Ławkę i już tylko niekrótkie wędrowanie do Zbójnickiej Chaty w towarzystwe Jaworowych, sześciu kozic i różowego zachodu słońca. W schronisku miłe spotkanie i czasowe powiększenie ekipy, dwa piwa i szybka decyzja, że 14,50 euro za glebę to za dużo, a spanie pod chmurką jest fajne. Wszystkie ciuchy na się, a się do śpiwora-firanki i pod nrcetkę. Odziwo było ciepło! Tak, że prawie na wschód słońca zaspaliśmy. Po leniwym śniadaniu z widokiem na otoczenie Doliny Staroleśnej wymarsz na Rohatkę i ciągłe Gerlaha podziwianie. Potem Polski Grzebień w wystupem na Małą Wysoką i koniec graniowych przyjemności. Już tylko w dół do Doliny Białej Wody, która długa jest, nawet bardzo, za bardzo. Mimo swojej omszałej urody w środkowej części, stworzona to przemierzania na nogach nie jest. Kółko zamknęło się na Łysej Polanie, a Tatry zamknęły się w chmurach. Nieziemsko było!
A obrazkowy dowód tej nieziemskości znajduje się tutaj.
0 komentarze