Od ponad tygodnia prószył śnieg, zrobiło się w końcu zimowo zimno. Nadzieja na fajne narciochy pielęgnowana była starannie przez cały tydzień. Warunki jednak nierewelacyjne, dla turów bez szału, ale za to na stokach intensywnie śnieżyli i śnieżą. W każdym razie biały śnieg! Mimo to, to weekend przedświąteczny... a takie weekendy mają to do siebie, że widząc piorunujące spojrzenie rodziny, człowiek postanawia jednak poświęcić chwilę na odgruzowanie domowego kawałka przestrzeni. Tą chwilą była w tym wypadku sobota. Ale za to niedziela... zaczęła się jeszcze w sobotni wieczór. Znów mnie zawiało w zakopiańskie, ukochane porogi. Dzień niedzielny wyjątkowo lodowaty, narciarsko dwudzielny. Najpierw zapodałyśmy ekstremalną, babską turę dolinkową, ale jak czarne oczy kamieni zaczęły groźne spoglądać na nasze foki, to z litości dla ich futerek porzuciłyśmy narty w lesie i z buta zdobyłyśmy Małą Łąkę - wyczyn nie lada! Warun jeszcze zdecydowanie nie ten, ale foki przewietrzone! Wnioski z ekspedycji takie, że przy -18 stopniach mrozu zamarza: woda w rurce od camelbaka, katar w nosie, autofocus w aparacie, moje paluszki w puchowych rękawiczkach i pośladki w cienkich getrach, w grubych już nie :) A popołudniowym wieczorem, na dobicie, na stok na Harendzie, rozjeździć się, poćwiczyć sobie. Całkiem fajne boisko, testowane po raz pierwszy. Oj, dobrze tak się wysilić przed świąteczną chwileńką bezruchu.
Oczywiście popatrzeć prosze jeszcze tu. Jak śnieg biały wygląda, zobaczyć można.
0 komentarze