Foczyć! Foczyć! Jeszcze foczyć! Jest śnieg! Śliczny, majowy śnieg, więc foczyć!
Cel: Niżne Rysy, tak na oficjalne zakończenie sezonu turowego.
Ugadani na niedzielne działania wystartowaliśmy z Kraka jakimś bladym świtem, a z Palenicy bladym rańcem i przemknęliśmy ten cholerny, mokowy asfalt. Lampa, śnieg w żlebach, lecim dalej. Przy Czarnym Stawie można się było ofoczyć i z narty drzeć dalej. Tylko czemu to tak daleko? Na podejściu piękny firnik pobudzał wyobraźnię - zjazd zapowiadał się miodny. W międzyczasie postraszyło nas kilkoma kroplami deszczu i paroma grzmotami, ale pogoda okazała się jednak ogromnie łaskawa, a prognozy się nie sprawdziły - lało w Pieninach, w Tatrach Wysokich nie. Trochę przysmędziliśmy na podejściu, więc godzina późna i kilka innych obiektywnych czynników sprawiło, że na same Niżne Rysy niestety nie doszliśmy, zjeżdżaliśmy spod. Było późno, zatem cudny firnik trochę zmiękł i nie był już tak cudowny. Ale sam zjazd pierwszoklaśny! Długi przede wszystkim! Piękna tura, jak na oficjalne zakończenie sezonu przystało. Zwieńczona, odpowiednio odświętnie, domowym ciastem.
W pięknym słonku zbieg do schroniska na zasłużone jedzenie i piwo! A potem czarna godzina asfaltem na Palenicę. Czy ja już przypadkiem kiedyś nie wspominałam, że nie lubię, nie cierpię, nie znoszę mokowego asfaltu?
Do Moka foczo w przyszłym sezonie wrócimy konieczne, tylko jednak z noclegiem w schronisku, bo właśnie tej godziny zmarnowanej na dojściowym asfalcie nam zabrakło. Poza tym Rysa kusi... na zakończenie następnego sezonu... ;)
Cel: Niżne Rysy, tak na oficjalne zakończenie sezonu turowego.
Ugadani na niedzielne działania wystartowaliśmy z Kraka jakimś bladym świtem, a z Palenicy bladym rańcem i przemknęliśmy ten cholerny, mokowy asfalt. Lampa, śnieg w żlebach, lecim dalej. Przy Czarnym Stawie można się było ofoczyć i z narty drzeć dalej. Tylko czemu to tak daleko? Na podejściu piękny firnik pobudzał wyobraźnię - zjazd zapowiadał się miodny. W międzyczasie postraszyło nas kilkoma kroplami deszczu i paroma grzmotami, ale pogoda okazała się jednak ogromnie łaskawa, a prognozy się nie sprawdziły - lało w Pieninach, w Tatrach Wysokich nie. Trochę przysmędziliśmy na podejściu, więc godzina późna i kilka innych obiektywnych czynników sprawiło, że na same Niżne Rysy niestety nie doszliśmy, zjeżdżaliśmy spod. Było późno, zatem cudny firnik trochę zmiękł i nie był już tak cudowny. Ale sam zjazd pierwszoklaśny! Długi przede wszystkim! Piękna tura, jak na oficjalne zakończenie sezonu przystało. Zwieńczona, odpowiednio odświętnie, domowym ciastem.
W pięknym słonku zbieg do schroniska na zasłużone jedzenie i piwo! A potem czarna godzina asfaltem na Palenicę. Czy ja już przypadkiem kiedyś nie wspominałam, że nie lubię, nie cierpię, nie znoszę mokowego asfaltu?
Do Moka foczo w przyszłym sezonie wrócimy konieczne, tylko jednak z noclegiem w schronisku, bo właśnie tej godziny zmarnowanej na dojściowym asfalcie nam zabrakło. Poza tym Rysa kusi... na zakończenie następnego sezonu... ;)
0 komentarze