Kierunek majowy: alpejsko-austriacko-rowerowy. Po szybkiej akcji niby-organizacyjnej wyklarował się skład ekipy: cztery stworzenia (Bojda - główny logista, mgr - główny kierowca i twardziel ;), Turbo - główny fizjoterapeuta, ja - główny serwisman, tym razem raczej bezrobotny), do tego cztery rowerki i najbadziej wyczesana Skoda w kosmosie ;)
Wyjazd w piątek wieczór, nocka autostradowa, międzylądowanie na słynnym wspinowo-biwakowym parkingu w Hollentalu pełnym Polaków. Zabawa: znajdź szczegół najbardziej niepasujący do rzeczywistości tegoż parkingu - samochód z czterema rowerami na dachu. Jazda dalej w nie do końca sprecyzowanym kierunku, deszcz i zamknięte w sobotę informacje turystyczne. Przystanek w Eisenerz u stóp totalnie rozkopanej góry, mokre krajoznawstwo i myślenie co dalej. Słoneczko, kemping w Moonsland i pierwsze wieczorne kręcenie w okolicach Nationalpark Gesäuse. Dnia następnego drugie, z założenia całodzienne, ale przerwane deszczem i skrócone fuj-asfaltem. Popołudnie spędziliśmy w uroczej, kempingowej kuchni, a wieczór uprawiając krajoznawstwo samochodowe. Dzień trzeci najfajniejszy. Przejazd w kierunku Nationalpark Kalkalpen, po drodze jazda na, a przede wszystkim z super górki. Ponad 1700 m n.p.m. na rowerku, 1000 m przewyższenia, widoki fajne, trochę śniegu, odrobinka technicznego zjazdu i długaśny, bardzo szybki, mokry szuterek z ostrymi zakrętami w strugach deszczu - mniam! Końcówka dnia była prawie wybuchowa. Miałam ochotę wysadzić w powietrze instalację grzejącą wodę, a przy okazji nas, cały kemping i pół Austrii - na szczęście mi się nie udało. Oj, adrenalina nam mocno skoczyła... Nauka na przyszłość: nie dokładać do pieca zbyt dużo... Dzień ostatni - dzień odwrotu. Najpierw odwrót z traski rowerowej, bo lać zaczęło (tylko Główny Twardziel pojechał dalej, dlatego został Twardzielem ;), potem odwrót ku domowi - o północy w Kraku.
Ubaw po pachy i trochę fajnych górek. Trochę za dużo deszczu, trochę za mało rowerowania, jak zawsze, zwłaszcza tego ciut trudniejszego ;)
Wyjazd w piątek wieczór, nocka autostradowa, międzylądowanie na słynnym wspinowo-biwakowym parkingu w Hollentalu pełnym Polaków. Zabawa: znajdź szczegół najbardziej niepasujący do rzeczywistości tegoż parkingu - samochód z czterema rowerami na dachu. Jazda dalej w nie do końca sprecyzowanym kierunku, deszcz i zamknięte w sobotę informacje turystyczne. Przystanek w Eisenerz u stóp totalnie rozkopanej góry, mokre krajoznawstwo i myślenie co dalej. Słoneczko, kemping w Moonsland i pierwsze wieczorne kręcenie w okolicach Nationalpark Gesäuse. Dnia następnego drugie, z założenia całodzienne, ale przerwane deszczem i skrócone fuj-asfaltem. Popołudnie spędziliśmy w uroczej, kempingowej kuchni, a wieczór uprawiając krajoznawstwo samochodowe. Dzień trzeci najfajniejszy. Przejazd w kierunku Nationalpark Kalkalpen, po drodze jazda na, a przede wszystkim z super górki. Ponad 1700 m n.p.m. na rowerku, 1000 m przewyższenia, widoki fajne, trochę śniegu, odrobinka technicznego zjazdu i długaśny, bardzo szybki, mokry szuterek z ostrymi zakrętami w strugach deszczu - mniam! Końcówka dnia była prawie wybuchowa. Miałam ochotę wysadzić w powietrze instalację grzejącą wodę, a przy okazji nas, cały kemping i pół Austrii - na szczęście mi się nie udało. Oj, adrenalina nam mocno skoczyła... Nauka na przyszłość: nie dokładać do pieca zbyt dużo... Dzień ostatni - dzień odwrotu. Najpierw odwrót z traski rowerowej, bo lać zaczęło (tylko Główny Twardziel pojechał dalej, dlatego został Twardzielem ;), potem odwrót ku domowi - o północy w Kraku.
Ubaw po pachy i trochę fajnych górek. Trochę za dużo deszczu, trochę za mało rowerowania, jak zawsze, zwłaszcza tego ciut trudniejszego ;)
A na zakończenie megaszacun dla Głównego Kierowcy!!!
0 komentarze