Lato i zima, to takie konkretne pory roku. Na lato się czeka, bo wakacje, urlopy, wyjazdy, wyprawy... Zima to śnieg – też się czeka, żeby skorzystać z atrakcji, których w innych porach roku nie ma. A wiosna i jesień są jakieś takie niecharakterystyczne, mniej oczekiwane, siłą rzeczy przejściowe. A może dlatego właśnie fajne? Bo mniej oczywiste. W kontekście górskim oczywiście, bo nikt sięprzecież z wiosenną, zieloną trawką i kwitnącymi sadami czy jesiennymi, kolorowymi liśćmi i rudymi kasztanami kłócić nie będzie – to jest charakterystyczne i oczekiwane, ale przez ogół mieszkańców naszych szerokości geograficznych, a nie tylko tych górolubnych.
Tak to niestety już jest, że planując działanie w górach na jesień specjalnie się nie czeka, chyba że wyjątkowo chodzi o wyjazd do Nepalu, bo wtedy akurat trwa tam pomonsunowa pora arcyturystyczna. Chociaż jest jeden krajowy wyjątek – Tatry! W miesiącach wiosennych w tych górach warunki są jeszcze zupełnie zimowe, w lecie Tatry pękają w szwach, a dzikie tłumy turystów wszelkich skutecznie przyćmiewają wysokogórskie piękności. Za to we wrześniu czy październiku można je sobie poeksplorować w zdecydowanie większym spokoju.
Wprawdzie o Nepalu i Tatrach z okazji jesieni w Gazecie Górskiej nic nie będzie – tak przekornie, a co! Ale powspominamy letnie zdobywanie, poplanujemy zimowe wypady, a przede wszystkim zaprosimy do korzystania z kolorowych, bukowych, nie tylko beskidzkich lasów... Ważne! Nie tylko pieszo, ale też na rowerze!
Wprawdzie o Nepalu i Tatrach z okazji jesieni w Gazecie Górskiej nic nie będzie – tak przekornie, a co! Ale powspominamy letnie zdobywanie, poplanujemy zimowe wypady, a przede wszystkim zaprosimy do korzystania z kolorowych, bukowych, nie tylko beskidzkich lasów... Ważne! Nie tylko pieszo, ale też na rowerze!
0 komentarze