Gorce mam objeżdżone na dziesiąta stronę. Wiadomo, nie wszystkie szlaki jeszcze zjechane, ale te w zasięgu koleji, już tak. No ale co tu zrobić, jak na lubański Dzień NaLeśnika trzeba się dostać, a towarzystwo rowerowo-samochodowe się akurat w świat rozjechało. Nie ma, że boli - znów do Pyzówki, przez błonta na Stare Wierchy i Turbolot. Potem było arcymiło przez chwilę z Kiczory na Knurowską i arcydługaśnie Pasmem Lubania. Na konkurs naleśnikowy się spóźniłam, ale porcje naleśników dostałam :) Nocleg na Lubaniu był ekperymentalny - testowałam nowy patent namiotowo-rowerowy, czyli wpaniałą, ultrakompaktową płachtę biwakową - patent rowerowo ma przyszłość, nawet w deszczu ;)
Po porannym, niedzielnym deszczu przystawiłam się do zjazdu z Lubania. Od dawna chciałam w końcu spróbować pokonać ten najstromszy odcinek ze szczytu. No prawie się udało, ale czysto i ładnie zdecydowanienie nie było - jeszcze kilka razy... Fajny, różnorodny zjazd niebieskim do Ochotnicy i do Gorcowego asfaltem do końca, a potem dobijający wypych na Gorc (ech, szałas na polance przy skrócie się posypał). Znów na Gorcu! Jak ja lubię tam być! No i właśnie z tego lubienia szanse na złapanie pociągu do Kraka spadły do zera. Kilka pomysłów się pojawiło, jak tu z rowerem do domu wrócić, włącznie z powrotem w poniedziałkowy, blady poranek - wówczas załadownie rowerka do PKSu jest bardziej realne niż w niedzielny wieczór. Jednak rozsądek zwyciężył i z bólem serca bazę trzeba było opuścić i na sporym spidzie do Nowego Targu przez Turbolot się pokulać. Zjazd zielonym do Kowańca, zwłaszcza na ostatnim odcinku, jest całkiem ekscytujący. Pozostało tylko wcisnąć się do jakiegoś Szwagra, co z baaardzo ubłoconym rowerem nie jest proste. Pierwszy kierowca wysłał mnie na drzewo, ale za to serdecznie pozdrawiam przesympatycznego pana kierowcę ze Szwagra o 19.00 z NT, który na widok mojego totalnie ucioranego rowerka powiedział: nie ma problemu i z uśmiechem otworzył bagażnik :)
Po porannym, niedzielnym deszczu przystawiłam się do zjazdu z Lubania. Od dawna chciałam w końcu spróbować pokonać ten najstromszy odcinek ze szczytu. No prawie się udało, ale czysto i ładnie zdecydowanienie nie było - jeszcze kilka razy... Fajny, różnorodny zjazd niebieskim do Ochotnicy i do Gorcowego asfaltem do końca, a potem dobijający wypych na Gorc (ech, szałas na polance przy skrócie się posypał). Znów na Gorcu! Jak ja lubię tam być! No i właśnie z tego lubienia szanse na złapanie pociągu do Kraka spadły do zera. Kilka pomysłów się pojawiło, jak tu z rowerem do domu wrócić, włącznie z powrotem w poniedziałkowy, blady poranek - wówczas załadownie rowerka do PKSu jest bardziej realne niż w niedzielny wieczór. Jednak rozsądek zwyciężył i z bólem serca bazę trzeba było opuścić i na sporym spidzie do Nowego Targu przez Turbolot się pokulać. Zjazd zielonym do Kowańca, zwłaszcza na ostatnim odcinku, jest całkiem ekscytujący. Pozostało tylko wcisnąć się do jakiegoś Szwagra, co z baaardzo ubłoconym rowerem nie jest proste. Pierwszy kierowca wysłał mnie na drzewo, ale za to serdecznie pozdrawiam przesympatycznego pana kierowcę ze Szwagra o 19.00 z NT, który na widok mojego totalnie ucioranego rowerka powiedział: nie ma problemu i z uśmiechem otworzył bagażnik :)
0 komentarze