,

Oppenheim byłby dumny!

13:42

Piękny weekend tatrzański się zapowiadał i właśnie taki był. Po kilku zawiłościach logistycznych upchnęliśmy pięć par nart, butów narciarskich, plecaków i inne szpejstwo wraz z pięcioma duszami do auta - wyczyn! Piękna pogoda i wielkie focze apetyty. W sobotni dzionek ruszyliśmy na Kondratową i potem w kierunku Kopy przez Przełęcz Kondracką naprowadzeni na fajny śnieg przez tych co wcześniej wstali ;) Doszliśmy na Kopkę Kondracką i spod niej zjechaliśmy w bajkowych warunkach do samego schroniska, potem siup na szybką zupę w Jurcie i na dobicie dwie godzinki walki z lodem na Harendzie. Wieczór i nocleg spędziliśmy w towarzystwie kursu co z autokarówką podtatrzańską się zmagał. Na niedzielę plan był wielce ambitny, prawdziwa tatrzańska wyrypa! Cel Czerwone Wierchy. Zrobiliśmy pętlę z Kościeliskiej przez Przysłop Miętusi, Czerwony Grzbiet na Małołączniak, potem Krzesanica, Ciemniak i zjazd czerwonym szlakiem z powrotem do Kościeliskiej. Mega! Koniecznie musimy wrócić do Kobylarzowego Żlebu! Podchodziliśmy nim i cały czas marzyliśmy o zjeździe tamtędy! Piękny jest! Na górze nas nie rozpieściło pięknym widokiem. Chmura naszła i tylko chwilami uchylała rąbka widokowej tajemnicy. Zjazd z Ciemniaka z niezwykłym potencjałem. Nie mogliśmy go do końca wykorzystać, bo na górze było kiepsko ze śniegiem, była mgła, robiło się ciemno i moje czwórki zaczęły odmawiać współpracy. Wrócić tam trzeba! W sumie to jazda po lesie po ciemku wcale nie jest taka ekstremalna jak myślałam ;) W ferworze walki niestety mój jeden kijek pozazdrościł bananowi i zmienił kształt.
Finałem fantastycznego weekendu były ćwiczenia z jazdy samochodem. Wszyscy pasażerowie przeżyli, włącznie z właścicielką samochodu, a ja przejechałam od rogatek Zakopanego do rogatek Krakowa, choć zajęło to trochę więcej czasu niż zwykle.

You Might Also Like

0 komentarze

Archiwum