Jak co roku od kilku sezonów był to weekend od dawna zarezerwowany na 11. Krakowski Festiwal Górski, choć milion pincet sto dziwincet innych wydarzeń miało mieć miejsce w tym samym czasie. Ale nie, jak już zwożą te góry wielkie i ogromne do Krakowa, to można się na jeden weekend poświęcić i zostać. Nawet pogoda miała ułatwić siedzenie w górskim kinie i zniechęcić do działań na zewnątrz, ale w niedzielę coś jej się pomyliło i pięknym słońcem w pięknym śniegu przyświeciła. Ech, no, na foki by się poszło.
Podobało mi się: golasy, Bargiel i spółka i foty, panowie od Antarktydy i przepięknej produkcji obrazkowej bez ściemy, że to tak przy okazji cykane, Bielecki i Małek oczywiście, no i bonus w postaci wygranych okularów :) Rozczarowałam się trochę panelem frirajdowym i jakąś taką generalnie "słabszą" atmosferą.
Dodatkowym przerywnikiem była sobotnia impreza PRL-owska. Gdzie się podziały tamte prywatki... i takie tam ;) Była też okazja spektakularnie otworzyć zimowy sezon rowerowy - trzy konkretne gleby na mieście, nie muszę mówić, że na środku skrzyżowań ;)
2 komentarze