Wielka rewolucja w moim rowerowym grajdołku następuje, więc tak sobie pomyślałam, że kilka słów, jak to było i skąd to się wzięło umieścić tu należy.
Pierwszy był Reksio - piękny, seledynowy, dziecięcy rowerek w pierwszej fazie podparty dwoma dotakowymi kółeczkami. Ech, co to były za czasy! Potem, zaraz po kółeczkach pojawił się gruby, długi drąg sprawiony przez dziadka i wciśnięty za siodełkiem, a w zestawie był mój tata, który biegał za mną po osiedlu trzymając za ten kijek właśnie. Dobrze pamiętam wielką tragedię w postaci rozbitego kolana, jak tego drąga pewnego razu puścił. Jechałam na dwóch już kółkach, nie czterech, zupełnie sprawnie dopóki sobie nie uświadomiłam, że nikt mnie nie trzyma :) Jak już opanowałam trudną sztukę korzystania z dwukołowca to wszystkie alejki w okolicy były moje :D Jednak nadszedł ten moment, kiedy z Reksia wyrosłam.
Trzeba się było przesiąść na sprzęt o gabarytach ciut większych. A, że w domu stały już dwa urocze, dwudziestoletnie, czerwone składaki moich rodziców marki Wigry (nie Wigry 3). Jeden od razu zaanektowałam i jeździłam dużo, czasem tylko zazdrośnie spoglądając na BMXy, które pojawiały się u kolegów z klasy. Jaki smutek mój był wielki, jak pewnego dnia wracając ze szkoły zarejestrowałam na korytarzu pod drzwiami tylko trzy śrubki i pompkę... Roweru nie było. Do tej pory zastanawiam się kto się pokusił na taki złom, w którym wszystko skrzypiało. I tak była chwila bez roweru.
W końcu udało mi się przekonać rodziców, że ja bez roweru żyć nie mogę i pojawił się Zielony. Póbowałam dojść dokładnie kiedy to było, ale niestety pewna nie jestem, jakiś koniec podstawówki, więc wychodziłoby, że Zielony ma około 13 lat! Zielony to solidny rower Arkus Forester MTB - tak przynajmniej na nim pisze. Sztywniak z ciężką, stalową, obniżoną po damsku ramą, ale już jakiś napęd, jakieś przerzutki, hamulce i górskie opony. Jak ja się przy zakupie buntowałam - chciałam mieć rower z kontrą i wysoką, wygięta kierownicą, a tu mi jakieś takie wynalazki fundowali ;) Na początku nie jeździłam dużo, trochę po osiedlu i tyle. W zasadzie dopiero w liceum zaczęłam się wybierać "za miasto" - okolice Nowej Huty są fajne na rowerek i Jura też. Rozpoczęła się też era jeżdzenia do szkoły, a że daleko miałam to kilometrów w mieście nabijałam sporo. Z pewnymi przerwami podobnie moje rowerowanie wyglądało też na studiach. W zasadzie takie intensywne i bardziej ambitne podejście do tematu rowerowego to ostatnie trzy sezony - jeszcze więcej jeżdżenia, odkrycie górskiego rowerowego świata i bardziej uważne przyglądanie się rowerkowi. Niewiele orginalnych elemntów zostało w Zielonym. Jest to rower, na którym już jakieś tysiące kilometrów przejchałam, wiele serca w niego włożyłam, a on sporą dawką brudnego smaru mnie uraczył. Taki poligon doświadczalny, dzięki niemu zaczynam wiedzieć z czego rower tak dokładnie się składa i co zrobić, żeby jeździł lepiej.
W międzyczasie, jakieś kilka lat temu w domu pojawił się jeszcze jeden rower. Mama kupiła sobie dwukołowca z dużym napisem Magnum na ramie. Rowerek podobnej, niskiej klasy co Zielony, tylko lżejszy. W sumie to chyba ja zrobiłam na nim więcej kilometrów niż właścicielka ;)
Po kilku ambitnych górskich trasach i maratonie przejechanych na sztywnym widelcu zaczęłam się rozglądać za nowym, porządnym rowerem, na którym ambitne górskie jeżdżenie będzie zdecydowanie większą przyjemnością. I tak się poskładało, że płynie do mnie z drugiej półkuli cudny Specjalista. Jak przypłynie, a będzie to pewnie za jakieś trzy tygodnie, to opowiem dokładnie skąd on się wziął... Doczekać już się nie mogę!
0 komentarze