Rower! Rower! Rower! konkretny rower! Była spora przerwa, więc rower!!!
Wstępem do weekendu miała być rowerowa imprezka ogniskowa na Zakrzówku. I dobrze się poskładało, bo ruszenie roweru spod ściany zakończyło się panicznym stwierdzeniem: co się stało w moimi sterami??!! Szybki demontaż i czyszczenie syfu, który tam się znalazł zapewne po zawodach w Kluszkowcach, zakończyły się diagnozą: zatarte na amen dolne łożysko... No to spid z łożyskiem w ręce do serwisu z hasłem "ratunku!" na ustach. Dajcie mi nowe łożyska! No o tym można zapomnieć, bo oczywiście to łożyska z kosmosu, na które się czeka minimum dwa tygodnie. Ale miły pan, widząć w mych oczach wizję zmarnowanego weekendu, w cudowny sposób łożysko ożywił. Jakoś tam się rusza, szału nie ma, generlanie do wymiany, ale przez chwilę jeździć się jeszcze da. Uff... (A imprezka była bardzo sympatyczna).
No ale do rzeczy! Sobota - rower! Ale jakoś tak sennie, upalnie, jakoś się nie chce nic... A nad zaplanowaną i wyczekaną Romanką jakieś takie dziwne ołowiane chmury zawisły. Nic To! Trzeba walczyć! No właśnie z tą walką, to ciężko było, bo największą chęć mieliśmy na położenie się spać. Miały być dwa piękne zjazdy z Romanki, ale tuż przed wykulaniem się Halę Pawlusią tak lunęło i tak przywaliło piorunami, że plan rozpłynął się szybko w strugach ulewnego deszczu. Niemniej jednak udało się pokonać bardzo fajny kawałek czerwonego szlaku na Słowiankę. Potem niestety odwrót, bo burzowe klimaty i awaria jednej sztycy myk-myk raczej dyskwalifikowały nas do dalszej jazdy. Zatem powrót do Kraka i spontaniczny wjazd na afterek piątkowego ogniska z widokami na wiankowe sztuczne ognie :)
0 komentarze