Przepiękny weekend pod hasłem jednego, wielkiego, harkoru, rowerowego hardkoru pod wieloma postaciami. Na zachód! W Sudety! Do Mieroszowa! Kolejna edycja zawodów enduro emtb. Kluszkowce były mocne, a o Mieroszowie krążą legendy. Potwór Mieroszowski był karmiony cały tydzień i urósł do monstrualnych rozmiarów. Strach się bać! I słusznie! Zawody wyjątkowo trudne, OSy strome, kręte, o specyficznej, luźnej, sudeckiej nawierzchni. Takich ścieżek w Beskidach się nie znajdzie. Tereny genialne, góry piękne, pod rower idealnie wymagające. No i w końcu coś innego, nowego. Na zawodach śmierć w oczach - jeszcze się muszę duuuuuużo nauczyć - ale atmosfera świetna!
Założenia programowe zrealizowane: przeżyłam, nic sobie nie zrobiłam (rowerowi też nie), zawody ukończyłam i nie byłam ostatnia - w babach czwarta, w generalce bab trzecia :)
W niedzielę pojechaliśmy kupą na "czilałtową wycieczkę po zawodach" w Rudawy Janowickie. Górki cudne, zjazdy syte, skałki, jeziorka, widoczki extra, tylko jeszcze, żeby była chwila, co by na nie spojrzeć... Totalna porażka metodyczna w prowadzeniu wycieczki! I nie chodzi tu o przewodnickie zboczenie, tylko zwykłe, przyzwoite ogarnięcie faktu, że jedzie dziesięć osób i fajnie by było, żeby wszyscy to przetrwali i jeszcze mieli z tego jakąś przyjemność. No ale jak cyborgi zaiwaniają do przodu, nie informując całej reszty co, gdzie i jak, to się robi gonitwa, a nie fajne jeżdżenie. Ja wolę ciutkę inną organizację enduro-rzeczywistoście, ale poza tym było ładnie, ciekawie i inaczej. Fajnie, że była ogonowa grupa wsparcia :)
A z tematów inszych: argentyński finał Ligi Światowej nie dla naszych chłopaków :(
0 komentarze