Jak człowieka drapnie w nos, to sobie idzie szukać innego kota ;) No to sobie poszukałam. W sobotę znalazłam tego starego, dobrego, co to swego czasu był jedynym w okolicy, a w niedziele takiego co to się nawet ostatnio gdzieś tam szwendał niedaleko.
Wsiadłam w pociąg, jak w ę-pradziejach i pojechałam się sama powłóczyć po górkach między Kalwarią a Wadowicami. Dwie białe plamy w postaci Jaroszowickiej i Bliźniaków zaliczyłam, fajne ściechy i zaskakująco miłe zjazdy znalazłam, interwałowo się zmęczyłam i konkretny lot przeżyłam. Takie latanie w samotności to kiepska sprawa generalnie jest. Miło, przyjemnie i po mojemu :)
A w niedzielę miał być lajtowy trip dla potluczonych, ale wyszło, słusznie w sumie, że na rozjeżdżanie, to wyciąg i bajk park są lepszym rozwiązaniem. Zatem powalczyliśmy luźno na Alinie w Kluszkowcach z małymi dh-próbami.
Podsumowując: z szeroką kierą nawet czasem mjuuut w zakrętach znajduję, trochę zajarzyłam, że prócz dwóch amortyzotorów w rowerze, mam jeszcze cztery własne, a im więcej różnych kotów tym lepiej.
W nagrodę za ciężką pracę i z okazji dnia dziecka, były lody w Nowym Tragu (pyszne, ale Krościenko dalej wygrywa) :)
0 komentarze