No i udało się pojechać na Radocynę! I to jeszcze z rowerami! Zaczęlo się od kameralnej imprezki magisterskiej, która zaowocowała tradycyjnym, bazowym, długim wstawaniem zwieńczonym pyszną jajecznicą. Po odpowiedniej dawce lenistwa przyszedł czas na całkiem fajne rowerowanie przez Bartne, Świątkową i Nieznajową, a potem można było już tylko uprawiać radocynizm w czystej postaci przy dobrym leczu, ognisku i gitarce. Drugi dzionek zaczął się zdecydowanie wcześniejszym rowerowaniem po trasie sympatycznej, choć bardzo z przypadku. Zielony po raz kolejny udowodnił, że mimo swojej znacznej niedoskonałości, mimo kiepskiej przerzutki i słabych hamulców, jest fajowym rowerem, bo jest ;) A tak w ogóle, to życie ze sztywnym widelcem jest bardziej wyboiste, a Potwór z Wisłoki tylko czeka na swoją kolejną ofiarę.
Focidła obrazujące radocynizm rowerowy można zobaczyć tu.
0 komentarze