Szanowny Aktyw miał się aktywić tym razem w Ojcowie, więc trzeba było jechać. A na Jurę najlepiej jechać rowerem. Udało się zyg-zakiem przejechać wszystkie dolinki i fajnie zjechać niebieskim do Ojcowa, a i schody spod zamku w Ojcowie też. Obrady Aktywu się niestety znacznie przedłużyły i nie dało rady wrócić do Kraka jeszcze w sobotę, więc wyspowy plan na niedzielę upadł. Był tylko jurajski powrót i Kryspinów z nocną wycieczką rowerową po okolicach Krakowa na zakończenie.
W sumie to ta nasza Jura, to łatwa jest, taka szutrowo-asfaltowa trochę, ale nie zmienia to faktu, że ładnie tam!
Po ogarnięciu kosmosu zeszłego tygodnia w piątek wieczór załadowaliśmy się i rowery w auto i ruszyliśmy w Bieszczady! Nasze ruszanie skończyło się na obwodnicy Tarnowa, gdzie samochód totalnie odmówił współpracy. Po kilku godzinach auto znalazlo się w tarnowskim warsztacie, a my kombinowaliśmy, jak w środku nocy wrócić z rowerami do Krakowa.
Wróciliśmy. Po kilku godzinach spania trzeba było ratować weekend - pojechaliśmy na rowerki w Beskid Mały. Wyszła miła i przyjemna, w zasadzie popołudniowa pętelka przez Leskowiec. Gdyby nie to, że zdychałam na podjazdach z niewyspania, byłoby po prostu super.
Na niedziele niespodziewanie i spontanicznie wyklarowały się Gorce w dużej ekipie. Kawałek Pasma Lubania fajnie przejechamy w masakrycznym upale, w towarzystwie koszmarnych much. Przy okazji zaliczyłam dwa loty przez kierownice - jeden udało się wyczynić na równiutkim asfalcie - a wydawało mi się, że takie rzeczy są niemożliwe ;)
Wyjazd pod znakiem zewsząd atakujących snejków i ciągłego łatania. Okazuje się, że snejk może zaatakować nawet rower stojący pod sklepem ;)
No, żeby było mało, to jest kolejna awaria: rozwalony SPD... ech... co jeszcze?
SZLAK TURYSTYCZNY
"Przestrzenny ciąg turystyczny służący do linearnej penetracji rekreacyjnej inicjującej interaktywne związki pomiędzy turystą a środowiskiem geograficznym, zachodzące w strefie percepcji krajobrazu multisensorycznego.”
J. Styperek, Linearne systemy penetracji rekreacyjnej, Poznań 2002, s. 25.
"Przestrzenny ciąg turystyczny służący do linearnej penetracji rekreacyjnej inicjującej interaktywne związki pomiędzy turystą a środowiskiem geograficznym, zachodzące w strefie percepcji krajobrazu multisensorycznego.”
J. Styperek, Linearne systemy penetracji rekreacyjnej, Poznań 2002, s. 25.
W ramach zapoczątkowanej rok temu tradycji, na długi weekend bożocielny pojechaliśmy na spływ kajakowy. Tym razem na Pilicę. Od Maluszyna do Sulejowa. Cztery dni kajakowych atrakcji. Fuksiarska pogoda, cudowne okoliczności rzecznej przyrody, sternik Misio, turlanie w piachu, czterokajakowe tratwy piwne, akrobatyka kajakowa, sielsko i leniwie. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że nie ma spływu bez wywrotki, da się płynąć kajakiem na stojąco, da się zrobić jaskółkę w płynącym kajaku i, że w jednym kajaku mieści się pięć osób.
Spływanie jest fajne, zwłaszcza, że jest trochę inne niż normalne działania weekendowe ;)
Na szczęście ominął nas początek Euro, a przypadkiem nie ominął nas mecz Polska - Barazylia w ramach siatkarskiej Ligi Światowej, choć tym razem nie było aż tak pięknie.
W sobotę mój organizm zrobił to, co robi niezwykle rzadko - najzwyczajniej w świecie się zbuntował... Nie wstałam na pierwszy, drugi, trzeci, piętnasty pociąg... Za to wstałam o piętnastej. A miał być tak pięknie rowerowy dzień... Za to niedziela była zdecydowanie bardziej twórcza. Święto cykliczne - wielkie święto rowerowe i wielki przejazd przez Kraków. 1500 rowerzystów - jest moc!
A popołudniu Liga Światowa w katowickim Spodku! Na rozgrzewkę mecz Kanady z Finlandią, zakończony sukcesem tych drugich. A potem nieziemskie widowisko w wykonaniu naszych i Brazylijczyków. Pięć setów na kosmicznym poziomie siatkarskiej abstrakcji! Niesamowite ataki, gwoździe w parkiecie i majstersztyk siatkarskiego kunsztu! Tak szybko nie da sie atakować, po prostu się nie da! Jak tu ostre zdjęcie zrobić tak szybkich piłek? Wygraliśmy! 3:2! Drugi raz z rzędu nasi wspaniali siatkarze ograli Brazylię! To co działo się w Spodku jest nie do opisania! Na takim meczu trzeba być!
Straciłam głos ;)
Straciłam głos ;)
Naliczyłam dzisiaj
w moim domu
10 łańcuchów rowerowych: 7 leżakujących, 2 założone i 1 założony, chwilowo rezydujący. W tym: 3 pracujące dla Speca, 1 pogięty do Speca, 2 pracujące dla Zielonego, 2 zużyte do Zielonego, 1 nie wiadomo skąd do Zielonego (raczej zużyty) i 1 pracujący dla rezydenta w przeglądzie.
A w muzeum pojawił się nowy eksponat - piękny pakiet potrzaskany.
Ufff, szybko i sprawnie mam nowy suport. Na dodatek wiem już jak wygląda w środku pakiet, jak się ściąga korby i że prawą stronę dokręca się bardziej. Opona też już prawie jest, na razie zastępcza, ale rozpoczynam myślenice nad czymś fajnym. Może bezdętkowa?
W ramach zaległości muszę się przyznać, że wydarzyła się rzecz, do której miało nigdy nie dojść ;) Zielony wylądował w serwisie! Straszne! No ale czasem konieczne. Dzięki temu w końcu została wymieniona tylna przerzutka - starej nie byłam w stanie sama odkręcić. No i też jest nowe wnętrze suportu - tego nie moglam wymienić sama z braku odpowiednich kluczy, a i tylna opona też nowa. Oba rowerki to samo prawie miały robione - zaraźliwe czy co? Mam nadzieję, że to już koniec przygód serwisowych... Przynajmniej na chwilę dłuższą...
A w międzyczasie jeszcze dwa inne rowerki przeszły przez moje ręce, ale tylko w celach przeglądowych.
Tatry kusiły, foki ciągnęły, ale prognozy pogody zasiały zwątpienie...
Sobota była dniem dobroci dla rodziny - ogromne zaległości miałam ;)
Niedziela rowerowa rzecz jasna! Od dłuższego czasu ochotę miałam wielką, żeby przejechać Małe Pieniny. W połączeniu z Pasmem Radziejowej wyszła bardzo malownicza i całkiem męcząca trasa - podjeżdżalna i z ciekawymi zjazdami. Szczególna uwaga należy się zielonemu szlakowi z Prehyby do Szczawnicy - na początku szeroki, szybki zjazd, potem bardzo trudny singiel-wyzwanie, a potem szlak się gubi, a fajna droga ściąga w kierunku Szlachtowej.
Przy okazji tejże wycieczki nasunęło mi się kilka kulinarno-rowerowych przemyśleń:
- makaron jest zdecydowanie lepszym prowiantem na drogę niż kanapki,
- domowe pierogi z borówkami na Obidzy są fantastyczne,
- fantastyczna jest również pani tamże, która zdradziła nam fajny przepis na podpłomyki,
- duuuże lody w Szczawnicy przy dźwiękach orkiestry dętej, to zasłużona nagroda za naszą dzielność i wytrzymałość!
Coś ten sezon zaczął się sprzętowo-pechowo: w zeszły weekend kask dokonał żywota, tym razem posypał się suport i rozcięłam oponę. Jak tak dalej pójdzie, to pół roweru wymienię...
Sobota była dniem dobroci dla rodziny - ogromne zaległości miałam ;)
Niedziela rowerowa rzecz jasna! Od dłuższego czasu ochotę miałam wielką, żeby przejechać Małe Pieniny. W połączeniu z Pasmem Radziejowej wyszła bardzo malownicza i całkiem męcząca trasa - podjeżdżalna i z ciekawymi zjazdami. Szczególna uwaga należy się zielonemu szlakowi z Prehyby do Szczawnicy - na początku szeroki, szybki zjazd, potem bardzo trudny singiel-wyzwanie, a potem szlak się gubi, a fajna droga ściąga w kierunku Szlachtowej.
Przy okazji tejże wycieczki nasunęło mi się kilka kulinarno-rowerowych przemyśleń:
- makaron jest zdecydowanie lepszym prowiantem na drogę niż kanapki,
- domowe pierogi z borówkami na Obidzy są fantastyczne,
- fantastyczna jest również pani tamże, która zdradziła nam fajny przepis na podpłomyki,
- duuuże lody w Szczawnicy przy dźwiękach orkiestry dętej, to zasłużona nagroda za naszą dzielność i wytrzymałość!
Coś ten sezon zaczął się sprzętowo-pechowo: w zeszły weekend kask dokonał żywota, tym razem posypał się suport i rozcięłam oponę. Jak tak dalej pójdzie, to pół roweru wymienię...
Wszystkie sensowne argumenty przemawiają za tym, żeby już skończyć sezon turowy, ale...
Ale co tam argumenty! Miłość to miłość! Narty na plecy i w plażowych warunkach wystup na Zadni Granat. A potem zjazd z niego upragniony! Póki jeszcze śnieg gdzieś leży, to my go znajdziemy i zjedziemy! :)
Sezon 2011/2012 - 24 dniówki skiturowe!
Kończymy? Tego jeszcze nie wiadomo...
Piękne i bardzo konkretne rozpoczęcie sezonu. Mocnego sezonu - taki jest plan!
Wyspowy klasyk rowerowy: na Jasień i w kierunku Mogielicy, a potem bardzo fajny i całkiem wymagający zjazd do Jurkowa. Jest dobrze! Kamerdolce są sympatyczniejsze i mniej straszne niż w zeszłym roku.
A będzie jeszcze lepiej! Koncepcja intensywnie naukowa - ćwiczyć technikę i zjeżdżać coraz trudniejsze rzeczy :)
Wyspowy klasyk rowerowy: na Jasień i w kierunku Mogielicy, a potem bardzo fajny i całkiem wymagający zjazd do Jurkowa. Jest dobrze! Kamerdolce są sympatyczniejsze i mniej straszne niż w zeszłym roku.
A będzie jeszcze lepiej! Koncepcja intensywnie naukowa - ćwiczyć technikę i zjeżdżać coraz trudniejsze rzeczy :)
Wariackie, majowe Moko. Zwariowana ekipa, zwariowana pogoda, zwariowane warunki.
Sobotni, upalny poranek i z buta pod Wrota Chałubińskiego. Miękko, firnowato. Piękny zjazd w totalnym mleku i zbieg do schroniska już w deszczu. A jeszcze mnichowe okolice tak kusiły... Cóż pozostało - piwo, głupawa i do spania.
Niedzielny, mroźny poranek i z buta nad Czarny Staw. W planie były Niżne Rysy, ale po raz drugi nie dały się zdobyć. Twardo! Strasznie twardo! Czekany w łapy i bardzo czujny zjazd znad Buli. Dopiero końcówka nad Stawem była przyjemna - zjechana dwa razy. Potem do schroniska na zupkę i znielubiany odwrót asfaltowy. Jak już doczłapaliśmy na parking, to udało nam się udowodnić, że w środku jednego auta da się upchnąć pięć osób i dziesięć nart. Finał tego wariactwa na zapiekankach u Endziora bardzo mi się podobał :)
Kończymy sezon? NIE!!!

Nic nie trzeba więcej pisać.
Słowienia turowo-rowerowa - nie! Tury w masywie Monte Rosy - nie! Tury w Dolomitach - nie! Ukraina z buta - nie! Beskidzko-rowerowo - nie! Tatrzańsko-turowo - nie!
Rowerowo-sakwiarska Słoneczna Italia - tak! Jak zawsze bardzo niespodziewanie i spontanicznie.
Wyjazd obalania mitów:
Słoneczna Italia nie zawsze bywa słoneczna, czasem leje i jest zimno, nawet jak w Polsce trzydziestostopniowe upały panują.
Sakwiarstwo wcale nie jest takie bezsensu, asfalt nie zawsze bywa fuj, a mój kręgosłup aż tak bardzo nie nie cierpi rowerowania.
Włosi wcale nie są wyluzowani i ciągle się o coś czepiają.
Można pojechać w zachodnią cześć Europy i nie wydać ani ćwierć euro na noclegi.
Da się spać na plaży i nie zapłacić mandatu.
W Wenecji wcale nie ma dużo kotów.
Da radę podjechać 500 m w pione na odcinku 4,5 km i nie paść.
Jedyne czego nie da się obalić, to stwierdzenia, że Zielony to najwspanialszy rower na świecie! :)
Rowerowo-sakwiarska Słoneczna Italia - tak! Jak zawsze bardzo niespodziewanie i spontanicznie.
Wyjazd obalania mitów:
Słoneczna Italia nie zawsze bywa słoneczna, czasem leje i jest zimno, nawet jak w Polsce trzydziestostopniowe upały panują.
Sakwiarstwo wcale nie jest takie bezsensu, asfalt nie zawsze bywa fuj, a mój kręgosłup aż tak bardzo nie nie cierpi rowerowania.
Włosi wcale nie są wyluzowani i ciągle się o coś czepiają.
Można pojechać w zachodnią cześć Europy i nie wydać ani ćwierć euro na noclegi.
Da się spać na plaży i nie zapłacić mandatu.
W Wenecji wcale nie ma dużo kotów.
Da radę podjechać 500 m w pione na odcinku 4,5 km i nie paść.
Jedyne czego nie da się obalić, to stwierdzenia, że Zielony to najwspanialszy rower na świecie! :)
Połowę wyjazdu lało...
- Co jeszcze nam się nie uda na tym wyjeździe?
- A czy cokolwiek nam się uda?
I od tej pory zaczęło udawać się wszystko :)
Wyjazd szkoleniowy SNW KW Kraków w Alpy Ötztalskie, czyli prawie tydzień działań lodowcowych, lawinowych, a przede wszystkim turowych. I trochę konkretnego zdobywania :)
Moje pierwsze prawdziwe, alpejskie foczenie. Rewelacyjna szkoła jazdy, rewelacyjne zjazdy, puch, firn i fuj-gipsu też ciut, góry wspaniałe, świetne szkolenie lodowcowo-lawinowe i potwornie drogie schronisko.
Kupa wiedzy do przetworzenia i pochłonięcia. Warte to było tej kosmicznej kasy ;) Zajęcia prowadził Zbyszek. Polecam bardzo, bardzo: www.bergprofis.de
Kolejny klasyk do kolekcji - Kozi Wierch Szerokim Żlebem. Fajna góra, ma potencjał turowy ogromny :) W prawdzie tym razem w chmurach, śniegu i przy wietrze, ale zjazd świetny. Tak na rogrzewkę przed gorami wyższymi.
Królowa. Dostojna, wielka, niedostępna, wymagająca, piękna, kapryśna, humorzasta. Królowa. Taka poważna z surową, lekko niezadowoloną miną, spoglądająca z wyższością z zakurzonego portretu. A może inaczej. Królowa. Namalowana dziecięcą rączką na kartce papieru, kolorowymi kredkami, z długimi, żółtymi włosami, w różowej sukience i z karykaturalną koroną na głowie. To w sumie raczej królewna.
Ani jeden, ani drugi obraz do Królowej Beskidów zdecydowanie nie pasuje. Mimo że wzniosła, groźna i teoretycznie niedostępna, to Jej Królewska Mość jest przecież zupełnie górska, beskidzka, czyli nam zwyczajnie bliska.
Jak bardzo Babia Góra jest bliska turystom, w tym numerze obszernie udowadniają pracownicy Babiogórskiego Parku Narodowego. Można powiedzieć – nie taka ta Baba straszna, jakby się mogło wydawać, ale jak to baba, ciekawa i nieprzewidywalna, pociągająca... do górskich wędrówek.
No tak, ale nie samą Babią Górą człowiek żyje, zwłaszcza wiosną, kiedy to w natłoku górskich propozycji oczopląsu można dostać, a z niezdecydowania pozostaje tylko zamknąć się w domu i szczelnie zasunąć zasłony, żeby słońce nie docierało. Na szczęście Jest kilka sposobów, by uratować się przed taką sytuacją. Mam nadzieję, że nasze słowacko-albańskie propozycje w połączeniu z kilkoma innymi dodatkami, pomogą opanować nadchodzącą klęskę górskiego urodzaju.
Dzień dobry, wiosno! Witamy w górach!
Co w wiosennym numerze? Znajdziesz tu.
Ani jeden, ani drugi obraz do Królowej Beskidów zdecydowanie nie pasuje. Mimo że wzniosła, groźna i teoretycznie niedostępna, to Jej Królewska Mość jest przecież zupełnie górska, beskidzka, czyli nam zwyczajnie bliska.
Jak bardzo Babia Góra jest bliska turystom, w tym numerze obszernie udowadniają pracownicy Babiogórskiego Parku Narodowego. Można powiedzieć – nie taka ta Baba straszna, jakby się mogło wydawać, ale jak to baba, ciekawa i nieprzewidywalna, pociągająca... do górskich wędrówek.
No tak, ale nie samą Babią Górą człowiek żyje, zwłaszcza wiosną, kiedy to w natłoku górskich propozycji oczopląsu można dostać, a z niezdecydowania pozostaje tylko zamknąć się w domu i szczelnie zasunąć zasłony, żeby słońce nie docierało. Na szczęście Jest kilka sposobów, by uratować się przed taką sytuacją. Mam nadzieję, że nasze słowacko-albańskie propozycje w połączeniu z kilkoma innymi dodatkami, pomogą opanować nadchodzącą klęskę górskiego urodzaju.
Dzień dobry, wiosno! Witamy w górach!
Co w wiosennym numerze? Znajdziesz tu.
Miłkiem wyzłocony kraj,
Wstęgą Nidy przekreślony
Na szlak wzywa,wzywa nas,
Dźwiękiem wiślickiego dzwonu
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Niebo przesłonięte trzcin,
Tańcem z wiatrem zarzeczonym
W niebie kolegiaty klin,
Dzieli świat na cztery strony
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Dyptam chwyta ptasi krzyk,
Babie lato wiążąc w sieci
Snuje się po polach dym,
Nadnidziański sen o lecie
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Wstęgą Nidy przekreślony
Na szlak wzywa,wzywa nas,
Dźwiękiem wiślickiego dzwonu
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Niebo przesłonięte trzcin,
Tańcem z wiatrem zarzeczonym
W niebie kolegiaty klin,
Dzieli świat na cztery strony
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Dyptam chwyta ptasi krzyk,
Babie lato wiążąc w sieci
Snuje się po polach dym,
Nadnidziański sen o lecie
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Wojtek Bellon
Dzień święty święcić! Święta święcić!
Święcić! Wyświęcić! Prześwięcić!
Co święcić? Jak święcić? Gdzie święcić?
Nieświęta.
Święcić! Wyświęcić! Prześwięcić!
Co święcić? Jak święcić? Gdzie święcić?
Nieświęta.
Lawinowa trójka, rosnąco na dodatek, sypie, wieje, zimno, fuj. Ha! Nic bardziej mylnego!
Wszyscy straszyli prognozami, lawinami, a my i tak uderzyliśmy do Chochołowskiej. Najpierw, żeby nie człapać tą dłuuugą doliną, przespacerowaliśmy się Lejową i zjechaliśmy przez Kominiarską Niżną do Chochoła. I już myśleliśmy, że na tym się skończy, bo syf, lawiny i leń. Ale popatrzywszy na kilka uhahanych twarzy po zjeździe z Grzesia, udaliśmy się również w tamtym kierunku. Oj, warto było! Obróciliśmy dwa razy. Zjazd w cudownym puchu przez przejrzysty las, długi zjazd.
W niedziele dopadało 25 cm cudnego, świeżutkiego śniegu. Po sobotnich śladach nie było ani śladu ;) Grześ został zaatakowany kolejne trzy razy. Już mi nawet puchowe pływanie z kicaniem zaczyna wychodzić! Chyba trzeba będzie szerokie potwory zapodać na przyszły sezon ;)
A na wieczorny deser byli dawno niewidziani znajomi i pokaz argentyński. Nie mogło być lepiej! Tak z pozoru beznadziejny weekend udało się tak fantastycznie wykorzystać! Tak na złość tym, co zostali pod kocykami w domu ;)
