25. Góry po Robocie, 1. Góry po Robocie na rowerze. Cel: Gorc!!! Lało na podjeździe, lało na zjeździe... na dodatek ktoś totalnie zmasakrował spory kawałek niebieskiego od Nowej Polany - jedno wielkie, rozryte błocko :( Można by przypuszczać, że totalna beznadzieja, ale zupełnie dziwnym trafem naprawdę dobrze się bawiliśmy :) Zapewne nie wszystko z nami w porządku, skoro mamy radochę z wypychu rowerów
w strugach deszczu
po błotnych koleinach, z jeżdżenia po kałużach, z mokrych butów, z wieczornego, bazowego clubingu ogniskowo-kuchennego, z wstawania o 4.30 rano i zjeżdżania śliskimi ścieżkami w deszczu lejącym się na głowę :)
Że niby przewidywany armagedon pogodowy zmienił nam Fatro-Niżno-Tatry na Sądecki. Wyszedł z tego kawałek całkiem solidnego enduro. Składało się ono z: podjeżdżalnego podjazdu doliną Roztoki i miłego zjazdu czerwonym przez Kordowiec, atakującej dzikiej róży, mniej podjeżdżalnego podjazdu na Cyrlę, cyrlowych pierogów i kwiatków oraz zjazdu na zamek Ryterski z całkiem interesującymi momentami, no i z teleportacji do bazy w Złockim. Dodatkowo należało dodać: analizę cerkwi i wody mineralnej w Szczawniku, sprawny podjazd do Bacówki nad Wierchomlą, szukanie trasy DH i ćwiczenia na niej, dobry wypych na Łabowską, obiad tamże w ramach nagrody, jazdę w deszczu na Jaworzynę Krynicką, chmury i Tatry podeszczowe, miły zjazd w błocku i totalne upapranie. A to wszystko to nic bez ekipy!
W sumie to udało mi się zjechać kilka rzeczy, o których tydzień temu bym nawet nie pomyslała.
A, i nowa opona została przetestowana solidnie - chyba nawet mi się wydaje, że tym razem czuję różnicę ;)
Ten kto wymyslił Góry po robocie był genialny! Tym razem wypad huczny, bo z okazji pięciolecia imprezy! Wylądowaliśmy w bazie na Gluchaczkach i próbowaliśmy zdobyć Mędralową, ale nam dolało.
Długie w noc gitarzenie, niebo gwiaździste. Na szczęście neizrealizowana koncepcja wschodu na Babce i śniadanie w górskich okolicznościach przyrody dwie godziny przed rozpoczeciem pracy.
Lubię taką śródtygodniowość :)
Za każdym razem jak rozkręcam jakąś piastę, zastanawiam się dlaczego smar teflonowy jest różowy? Czy ktoś mi w końcu to wytłumaczy? (W zasadzie mogłabym to samo pytanie zadać w kontekście płynu do mycia roweru).
Przy okazji dowiedziałam się jak wygląda w środku piasta z kontrą. I, co lepsze, udało mi się ją poskładać w jedną całość, kręcącą się całość. Próbowałam też wycentrować kolejne w mojej historii koło i po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie jest to moje ulubione rowerowe zajęcie.
Radocynizm był wzorcowy!
Można było pojeździć na rowerze. Można było się upiec w upale. Można było sobie oparzyć łydkę na rowerze. Można było się potaplać w Nieznajowej. Można było pogitarzyć do świtu. Można było wypić piwo przed wiatką. Można było sobie zrobić zdjęcie z Misiem. Można było sobie kupić fuksjową koszulkę. Można było zjeść pierogi u pani Wiolii. Można było się ucieszyć. Można było śpiewnąć "sto lat!". Można było potańcować boso na trawie i na stole też. Można było poleżeć w cieniu cerkwi. Można było zjeść lody pod sklepem po sumie. Można było...
A wszystko to można było z okazji 25-lecia Bazy Namiotowej w Radocynie!
Trudno opisać, co wyrabia ta ekipa!
Cześć im i chwała za piękną siatkówkę!
Cześć im i chwała za piękną siatkówkę!

Mam nadzieję, że 12 sierpnia będę mogla zamieścić tu podobne zdjęcie!
Takiego rozbijania bazy na Gorcu jeszcze nie było! Same niesamowitości! Upalna pogoda! 23-osobowa, cudowna Ekipa! Baza rozbita na wysoki połysk! Same nowe namioty! Nowe podesty! Nowe śpiwory! Nowy komin! Nowe drzwiczki do pieca! Od nowa postawiony piec! Prysznic! Prawie SPA!
Dużo nowości, ale Gorc jest niezmiennie fajny! Zapraszamy na bazę! :)
Szanowny Aktyw miał się aktywić tym razem w Ojcowie, więc trzeba było jechać. A na Jurę najlepiej jechać rowerem. Udało się zyg-zakiem przejechać wszystkie dolinki i fajnie zjechać niebieskim do Ojcowa, a i schody spod zamku w Ojcowie też. Obrady Aktywu się niestety znacznie przedłużyły i nie dało rady wrócić do Kraka jeszcze w sobotę, więc wyspowy plan na niedzielę upadł. Był tylko jurajski powrót i Kryspinów z nocną wycieczką rowerową po okolicach Krakowa na zakończenie.
W sumie to ta nasza Jura, to łatwa jest, taka szutrowo-asfaltowa trochę, ale nie zmienia to faktu, że ładnie tam!
Po ogarnięciu kosmosu zeszłego tygodnia w piątek wieczór załadowaliśmy się i rowery w auto i ruszyliśmy w Bieszczady! Nasze ruszanie skończyło się na obwodnicy Tarnowa, gdzie samochód totalnie odmówił współpracy. Po kilku godzinach auto znalazlo się w tarnowskim warsztacie, a my kombinowaliśmy, jak w środku nocy wrócić z rowerami do Krakowa.
Wróciliśmy. Po kilku godzinach spania trzeba było ratować weekend - pojechaliśmy na rowerki w Beskid Mały. Wyszła miła i przyjemna, w zasadzie popołudniowa pętelka przez Leskowiec. Gdyby nie to, że zdychałam na podjazdach z niewyspania, byłoby po prostu super.
Na niedziele niespodziewanie i spontanicznie wyklarowały się Gorce w dużej ekipie. Kawałek Pasma Lubania fajnie przejechamy w masakrycznym upale, w towarzystwie koszmarnych much. Przy okazji zaliczyłam dwa loty przez kierownice - jeden udało się wyczynić na równiutkim asfalcie - a wydawało mi się, że takie rzeczy są niemożliwe ;)
Wyjazd pod znakiem zewsząd atakujących snejków i ciągłego łatania. Okazuje się, że snejk może zaatakować nawet rower stojący pod sklepem ;)
No, żeby było mało, to jest kolejna awaria: rozwalony SPD... ech... co jeszcze?
SZLAK TURYSTYCZNY
"Przestrzenny ciąg turystyczny służący do linearnej penetracji rekreacyjnej inicjującej interaktywne związki pomiędzy turystą a środowiskiem geograficznym, zachodzące w strefie percepcji krajobrazu multisensorycznego.”
J. Styperek, Linearne systemy penetracji rekreacyjnej, Poznań 2002, s. 25.
"Przestrzenny ciąg turystyczny służący do linearnej penetracji rekreacyjnej inicjującej interaktywne związki pomiędzy turystą a środowiskiem geograficznym, zachodzące w strefie percepcji krajobrazu multisensorycznego.”
J. Styperek, Linearne systemy penetracji rekreacyjnej, Poznań 2002, s. 25.
W ramach zapoczątkowanej rok temu tradycji, na długi weekend bożocielny pojechaliśmy na spływ kajakowy. Tym razem na Pilicę. Od Maluszyna do Sulejowa. Cztery dni kajakowych atrakcji. Fuksiarska pogoda, cudowne okoliczności rzecznej przyrody, sternik Misio, turlanie w piachu, czterokajakowe tratwy piwne, akrobatyka kajakowa, sielsko i leniwie. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że nie ma spływu bez wywrotki, da się płynąć kajakiem na stojąco, da się zrobić jaskółkę w płynącym kajaku i, że w jednym kajaku mieści się pięć osób.
Spływanie jest fajne, zwłaszcza, że jest trochę inne niż normalne działania weekendowe ;)
Na szczęście ominął nas początek Euro, a przypadkiem nie ominął nas mecz Polska - Barazylia w ramach siatkarskiej Ligi Światowej, choć tym razem nie było aż tak pięknie.
W sobotę mój organizm zrobił to, co robi niezwykle rzadko - najzwyczajniej w świecie się zbuntował... Nie wstałam na pierwszy, drugi, trzeci, piętnasty pociąg... Za to wstałam o piętnastej. A miał być tak pięknie rowerowy dzień... Za to niedziela była zdecydowanie bardziej twórcza. Święto cykliczne - wielkie święto rowerowe i wielki przejazd przez Kraków. 1500 rowerzystów - jest moc!
A popołudniu Liga Światowa w katowickim Spodku! Na rozgrzewkę mecz Kanady z Finlandią, zakończony sukcesem tych drugich. A potem nieziemskie widowisko w wykonaniu naszych i Brazylijczyków. Pięć setów na kosmicznym poziomie siatkarskiej abstrakcji! Niesamowite ataki, gwoździe w parkiecie i majstersztyk siatkarskiego kunsztu! Tak szybko nie da sie atakować, po prostu się nie da! Jak tu ostre zdjęcie zrobić tak szybkich piłek? Wygraliśmy! 3:2! Drugi raz z rzędu nasi wspaniali siatkarze ograli Brazylię! To co działo się w Spodku jest nie do opisania! Na takim meczu trzeba być!
Straciłam głos ;)
Straciłam głos ;)
Naliczyłam dzisiaj
w moim domu
10 łańcuchów rowerowych: 7 leżakujących, 2 założone i 1 założony, chwilowo rezydujący. W tym: 3 pracujące dla Speca, 1 pogięty do Speca, 2 pracujące dla Zielonego, 2 zużyte do Zielonego, 1 nie wiadomo skąd do Zielonego (raczej zużyty) i 1 pracujący dla rezydenta w przeglądzie.
A w muzeum pojawił się nowy eksponat - piękny pakiet potrzaskany.
Ufff, szybko i sprawnie mam nowy suport. Na dodatek wiem już jak wygląda w środku pakiet, jak się ściąga korby i że prawą stronę dokręca się bardziej. Opona też już prawie jest, na razie zastępcza, ale rozpoczynam myślenice nad czymś fajnym. Może bezdętkowa?
W ramach zaległości muszę się przyznać, że wydarzyła się rzecz, do której miało nigdy nie dojść ;) Zielony wylądował w serwisie! Straszne! No ale czasem konieczne. Dzięki temu w końcu została wymieniona tylna przerzutka - starej nie byłam w stanie sama odkręcić. No i też jest nowe wnętrze suportu - tego nie moglam wymienić sama z braku odpowiednich kluczy, a i tylna opona też nowa. Oba rowerki to samo prawie miały robione - zaraźliwe czy co? Mam nadzieję, że to już koniec przygód serwisowych... Przynajmniej na chwilę dłuższą...
A w międzyczasie jeszcze dwa inne rowerki przeszły przez moje ręce, ale tylko w celach przeglądowych.
Tatry kusiły, foki ciągnęły, ale prognozy pogody zasiały zwątpienie...
Sobota była dniem dobroci dla rodziny - ogromne zaległości miałam ;)
Niedziela rowerowa rzecz jasna! Od dłuższego czasu ochotę miałam wielką, żeby przejechać Małe Pieniny. W połączeniu z Pasmem Radziejowej wyszła bardzo malownicza i całkiem męcząca trasa - podjeżdżalna i z ciekawymi zjazdami. Szczególna uwaga należy się zielonemu szlakowi z Prehyby do Szczawnicy - na początku szeroki, szybki zjazd, potem bardzo trudny singiel-wyzwanie, a potem szlak się gubi, a fajna droga ściąga w kierunku Szlachtowej.
Przy okazji tejże wycieczki nasunęło mi się kilka kulinarno-rowerowych przemyśleń:
- makaron jest zdecydowanie lepszym prowiantem na drogę niż kanapki,
- domowe pierogi z borówkami na Obidzy są fantastyczne,
- fantastyczna jest również pani tamże, która zdradziła nam fajny przepis na podpłomyki,
- duuuże lody w Szczawnicy przy dźwiękach orkiestry dętej, to zasłużona nagroda za naszą dzielność i wytrzymałość!
Coś ten sezon zaczął się sprzętowo-pechowo: w zeszły weekend kask dokonał żywota, tym razem posypał się suport i rozcięłam oponę. Jak tak dalej pójdzie, to pół roweru wymienię...
Sobota była dniem dobroci dla rodziny - ogromne zaległości miałam ;)
Niedziela rowerowa rzecz jasna! Od dłuższego czasu ochotę miałam wielką, żeby przejechać Małe Pieniny. W połączeniu z Pasmem Radziejowej wyszła bardzo malownicza i całkiem męcząca trasa - podjeżdżalna i z ciekawymi zjazdami. Szczególna uwaga należy się zielonemu szlakowi z Prehyby do Szczawnicy - na początku szeroki, szybki zjazd, potem bardzo trudny singiel-wyzwanie, a potem szlak się gubi, a fajna droga ściąga w kierunku Szlachtowej.
Przy okazji tejże wycieczki nasunęło mi się kilka kulinarno-rowerowych przemyśleń:
- makaron jest zdecydowanie lepszym prowiantem na drogę niż kanapki,
- domowe pierogi z borówkami na Obidzy są fantastyczne,
- fantastyczna jest również pani tamże, która zdradziła nam fajny przepis na podpłomyki,
- duuuże lody w Szczawnicy przy dźwiękach orkiestry dętej, to zasłużona nagroda za naszą dzielność i wytrzymałość!
Coś ten sezon zaczął się sprzętowo-pechowo: w zeszły weekend kask dokonał żywota, tym razem posypał się suport i rozcięłam oponę. Jak tak dalej pójdzie, to pół roweru wymienię...
Wszystkie sensowne argumenty przemawiają za tym, żeby już skończyć sezon turowy, ale...
Ale co tam argumenty! Miłość to miłość! Narty na plecy i w plażowych warunkach wystup na Zadni Granat. A potem zjazd z niego upragniony! Póki jeszcze śnieg gdzieś leży, to my go znajdziemy i zjedziemy! :)
Sezon 2011/2012 - 24 dniówki skiturowe!
Kończymy? Tego jeszcze nie wiadomo...
Piękne i bardzo konkretne rozpoczęcie sezonu. Mocnego sezonu - taki jest plan!
Wyspowy klasyk rowerowy: na Jasień i w kierunku Mogielicy, a potem bardzo fajny i całkiem wymagający zjazd do Jurkowa. Jest dobrze! Kamerdolce są sympatyczniejsze i mniej straszne niż w zeszłym roku.
A będzie jeszcze lepiej! Koncepcja intensywnie naukowa - ćwiczyć technikę i zjeżdżać coraz trudniejsze rzeczy :)
Wyspowy klasyk rowerowy: na Jasień i w kierunku Mogielicy, a potem bardzo fajny i całkiem wymagający zjazd do Jurkowa. Jest dobrze! Kamerdolce są sympatyczniejsze i mniej straszne niż w zeszłym roku.
A będzie jeszcze lepiej! Koncepcja intensywnie naukowa - ćwiczyć technikę i zjeżdżać coraz trudniejsze rzeczy :)
Wariackie, majowe Moko. Zwariowana ekipa, zwariowana pogoda, zwariowane warunki.
Sobotni, upalny poranek i z buta pod Wrota Chałubińskiego. Miękko, firnowato. Piękny zjazd w totalnym mleku i zbieg do schroniska już w deszczu. A jeszcze mnichowe okolice tak kusiły... Cóż pozostało - piwo, głupawa i do spania.
Niedzielny, mroźny poranek i z buta nad Czarny Staw. W planie były Niżne Rysy, ale po raz drugi nie dały się zdobyć. Twardo! Strasznie twardo! Czekany w łapy i bardzo czujny zjazd znad Buli. Dopiero końcówka nad Stawem była przyjemna - zjechana dwa razy. Potem do schroniska na zupkę i znielubiany odwrót asfaltowy. Jak już doczłapaliśmy na parking, to udało nam się udowodnić, że w środku jednego auta da się upchnąć pięć osób i dziesięć nart. Finał tego wariactwa na zapiekankach u Endziora bardzo mi się podobał :)
Kończymy sezon? NIE!!!

Nic nie trzeba więcej pisać.
Słowienia turowo-rowerowa - nie! Tury w masywie Monte Rosy - nie! Tury w Dolomitach - nie! Ukraina z buta - nie! Beskidzko-rowerowo - nie! Tatrzańsko-turowo - nie!
Rowerowo-sakwiarska Słoneczna Italia - tak! Jak zawsze bardzo niespodziewanie i spontanicznie.
Wyjazd obalania mitów:
Słoneczna Italia nie zawsze bywa słoneczna, czasem leje i jest zimno, nawet jak w Polsce trzydziestostopniowe upały panują.
Sakwiarstwo wcale nie jest takie bezsensu, asfalt nie zawsze bywa fuj, a mój kręgosłup aż tak bardzo nie nie cierpi rowerowania.
Włosi wcale nie są wyluzowani i ciągle się o coś czepiają.
Można pojechać w zachodnią cześć Europy i nie wydać ani ćwierć euro na noclegi.
Da się spać na plaży i nie zapłacić mandatu.
W Wenecji wcale nie ma dużo kotów.
Da radę podjechać 500 m w pione na odcinku 4,5 km i nie paść.
Jedyne czego nie da się obalić, to stwierdzenia, że Zielony to najwspanialszy rower na świecie! :)
Rowerowo-sakwiarska Słoneczna Italia - tak! Jak zawsze bardzo niespodziewanie i spontanicznie.
Wyjazd obalania mitów:
Słoneczna Italia nie zawsze bywa słoneczna, czasem leje i jest zimno, nawet jak w Polsce trzydziestostopniowe upały panują.
Sakwiarstwo wcale nie jest takie bezsensu, asfalt nie zawsze bywa fuj, a mój kręgosłup aż tak bardzo nie nie cierpi rowerowania.
Włosi wcale nie są wyluzowani i ciągle się o coś czepiają.
Można pojechać w zachodnią cześć Europy i nie wydać ani ćwierć euro na noclegi.
Da się spać na plaży i nie zapłacić mandatu.
W Wenecji wcale nie ma dużo kotów.
Da radę podjechać 500 m w pione na odcinku 4,5 km i nie paść.
Jedyne czego nie da się obalić, to stwierdzenia, że Zielony to najwspanialszy rower na świecie! :)
Połowę wyjazdu lało...
- Co jeszcze nam się nie uda na tym wyjeździe?
- A czy cokolwiek nam się uda?
I od tej pory zaczęło udawać się wszystko :)