Miałam jechą na zachód - na Śnieżnik. Pojechałam na wschód - w Bieszczady. Choć w sumie wyjątkowo mi się w piątek jechać nie chciało. Jednak wewnętrzna mobilizacja bardzo się opłaciła.
Chodziło o to, by hucznie świętować sto czternaste urodziny Mikołaja, Miśki, Mariusza i Pabika. Zatem świętowaliśmy w Bazie Ludzi z Mgły. A przy okazji całą bandą świętujących szwendaliśmy się po okolicznych bieszczadzkich pagórach. Z foki, z buta, z raka, z rakiety, z jabłuszka...
Zjazdy tym razem wybitne z Wetlińskiej do Berehów, z Caryńskiej prawie do Berehów i z Małej Rawki tam gdzie zawsze :) Gwiazdą wyjazdu był white out!
Czyli wyjazd pod hasłem: trzy baby siedzą na wyciągu i łapią doła, jak to nie umieją na nartach jeździć, rady mądrych instruktorów nie skutkują, a ćwiczenia zadane nie wychodzą...
No ale mimo wszystko pojeździłymy :)
No i napadało! (no nie tak dużo jak byśmy chcieli, ale jest) Rozjeżdżamy ten puch! Gdzie? Luboń i przecinka w końcu znaleziona, piękna, choć rozdziewiczona i z pewnym śniegu niedosytem. Wyścig wśród dzikiego tłumu skiturwców prawie wygraliśmy. Pysznie! Zjazd do Raby Niżnej też miodny. Potem myk na Maciejową, wieczorne posiady i przedpołudniowe zabawy puszyste. A potem skok na Szczebel i rewelacyjnie zjeżdżalny las - stromy i przejżysty - idelany!
A teraz skiturowa prawda nr 73: zawsze miej przy sobie solidny sznurek, bo jak foka wybierze wolność, to sobie (jak to drzewiej traperzy robili) opleciesz sznurkiem z węzełkami ślizg i będzie działać :) Z pozdrowieniami dla Uszatej!
Bal Przewodnika! Ha! Była impreza! Bajkowa, bajeczna, z księzniczkami, czerwonymi kapturkami, wilkami, pszczółkami Majami, myszkami Miki, Alladynami i innymi bajkowymi stworami... Raz do roku szpilki, kieca i do tańcowania! :)
Odwilż totalna, nigdznie nie było śneigu, nigdzie! Smutne trawska wystawały po polach. A tam? Inny świat, inna kraina. Złatna! A stamtąd na Rysinakę! W pięknym śniegu i w górę, i w dół (no dobra, nie było idelanie, bo śnieg dość trudny, ciężkawy). W każdym razie piękny, foczy wystup w ramach rozgrzewki przed balem :)
To się staje już nudne ;) Powszednie zupełnie, cotygodniowe. Narciochy! Narciochy! Narciochy! W Kraku odwilż szaleje, a tam w śnieżnickim, ciemnym lesie inny, piękny świat!
Coś nowego! Otwieramy okno, żeby przewietrzyć. I już czujemy rześkie, mroźne, zimowe powietrze. Krótko mówiąc wprowadzamy kilka zmian w naszym wyglądzie. W treści żadnej rewolucji nie robimy, przynajmniej na razie. Zatem z lekkim niepokojem prezentujemy ten numer, pytając czy się spodoba?
W międzyczasie oczywiście myślimy o zimie, o zimie w górach, rzecz jasna! Myślimy i piszemy.
Zima, góry – bezpieczeństwo! Od tego zaczynamy. O konieczności posiadania lawinowego ABC (sondy, łopaty i detektora) podczas zimowych wędrówek w lawiniastych górach już, mam nadzieję, nikogo przekonywać nie trzeba. Zatem tym razem prezentujemy kolejny patent, który może zwiększyć nasze bezpieczeństwo – plecaki lawinowe – co to, po co, na co? Wyjaśniamy! Zaglądamy na nasze zimowe podwórko. Odkrywamy narciarskie tajemnice Beskidu Sądeckiego i nie chodzi tu zupełnie o popularne stacje narciarskie.
Jedziemy też w amerykańskie góry egzotyczne i to na dwa końce obu Ameryk – Alaska i Patagonia. Tradycyjnie zapraszamy też na wschód, do Albanii na ostatni odcinek wędrówki po tamtejszych górach oraz za miedzę, na Słowację. Dla tych co zimą wolą mniej ekstremalne, kulturalne rozrywki, jest zaproszenie do Muzycznej Owczarni w Jaworkach oraz jak zwykle góra książek o... górach.
Zupełnie nie wiem czemu, ale góry zimą są wyjątkowo pociągające...
No cudnie! Wszystko cudne! Sceneria cudna! Szadź na wszystkim cudna! Na moich rzęsach też! Warunki fajne i karnet odkupiony za bezcen! Taki oto wieczór narciarski na Śnieżnicy :)
A najbardziej cudne to są moje buty - w nich nie da się nie jeździć na przodach! A narty robią co ja chcę, zanim zdążę pomyśleć co ja chcę!
A jutro kierunek ukraiński...
I w końcu! I wreszcie! Nareszcie! Spadło białe z nieba na ziemię ku ogólnej szczęśliwości. Puuuuch! Pierwszy tegoroczny, głęboki, miękki, biały puch! Pięknie! Piękna tura, piękne zjazdy! Piękny Sądecki, a Pieniny zwłaszcza! MVP wyjazdu został Wysoki Wierch ;)
A piękna, wiosenna miłość została w końcu skonsumowana! Z TLT 5 do końca moich foczych dni!
Normalnie szaleństwo burżujstwem poganiane :)
Kolejny wtorek, kolejne narciochy. Zbóje nam Myślenice zamknęły, to nas do Koninek poniosło. A tam nie dość, że sympatyczna jazda ćwiczebna, to jeszcze sypieeeeeeeeeee!
Narciarskie odkrycie sozonu: to nieprawda, że kolanka razem!
Jak znajdę tego, kto mi jakieś 20 lat temu wmówił, że jest wręcz odwrotnie...
Jak znajdę tego, kto mi jakieś 20 lat temu wmówił, że jest wręcz odwrotnie...
Warunki do chrzanu, pogoda taka se, sobota rodzinna i ogólny leń.
Jak już tak żywcem nie ma śniegu, to może na rower?
Ostatecznie pojechałyśmy jednak na narty, na Śnieżnicę. W drodze do biadoliłyśmy nad zatrważającym brakiem śniegu i żałowałyśmy, że jednak nie rower. W drodze z cieszyłyśmy się, że rowery zostały w domu, a my pojeździłyśmy w fajnym, świeżym śniegu :)
Pada z oblaka! W końcu coś :)
Pech sylwestowy został wykorzystany na maksa. W Nowym Roku nic takiego już nam się nie przydarzy! Zaczęło się od stłuczki, jeszcze w Krakowie, potem pokuta za prędkość na Słowacji i kontrola celników. Potem kaliber większy - Oli i Budkacemu okradli samochód. Zniknęły plecaki z całym sprzętem górsko-zimowym i fotograficznym :( Ostały się tylko narty i buty na szczęście... Na zakończenie Uszata zgubiła kolejny telefon, ale do tego jesteśmy już trochę przyzwyczajeni ;)
Pojechaliśmy na Słowację szukać śniegu pod pierwsze focze ślady w tym sezonie. I udało się! Najpierw komercyjny, szklany Chopok - po to ja foczę, żebym takich cudów techniki oglądać nie musiała, ale góry ładnie było widać. Potem już normalnie, pozatrasowo w Wielkiej Fatrze - Zvolen i sylwestrowa Ploska. Jak na smutną, bezśniegową rzeczywistość było to naprawdę fajne. A na Nowy Rok z buta na Chocz. Ale wiało! Ale było ślisko! Ale widoki!
Poza tym podwójne urodziny, zdobywanie K2, piżamowe frirajderki, czytanie Oppenheima przy świecach i nauka oberków. Wszystko to w mocnej ekipie wariatów :)
Bardzo polecam miejscówkę w szkole w Liptovskiej Osadzie! W ostatniej chwili i na chybcika załatwiane noclegi okazały się strzałem w dziesiątkę! Nawet kominek był! Kuchnia, pięć pryszniców, dużo miejsca i ciepłe kaloryfery :)
No w końcu się udało dotrzeć do Kielc! Bo Kielce są strasznie daleko (wszystko co na północ od Krakowa jest strasznie daleko przecież) i wyprawa tam to przedsięwzięcie skomplikowane w organizacji i realizacji też! No ale udało się wreszcie! Zawitałam w odwiedziny do szanownej, dopiero co powiększonej, rodziny Oss :) Może teraz wyprawy tam będą mi częściej wychodzić?
No czasem można, czasem się chyba należy odrobina burżujstwa. Z okazji przedświąt sprezentowaliśmy sobie najpierw kilka godzin stokowego bujania w Jurgowie z widokiem na Tatry co najmniej wspaniałym, a potem ciepło-zimne moczenie gnatów w bukowińskich termach.
Widok straganu z dmuchanymi kołami i skrzydełkami do pływania rodem z wybrzeża polskiego Bałtyku w zimowej scenerii Bukowiny Tatrzańskiem był delikatnie kuriozalny i zaskakujący.
Zwieńczeniem burżujskości były zniewalające pierogi i sos grzybowy w regionalmenj karcmie, przy dźwiekach kapeli góralskiej oczywiście...
Następne takie burżujstwo za czas jakiś... dłuższy ;)
Narcioch! Narcioch! Narcioch Myślenicki!
To taki bardzo sympatyczny zwierz, którego w tej odmianie można spotkać tylko w tygodniu, wieczorowa porą, po pracy w Myślenicach. A spotkania ze zwierzem tym dostarczają wyjątkową porcję radochy!
To taki bardzo sympatyczny zwierz, którego w tej odmianie można spotkać tylko w tygodniu, wieczorowa porą, po pracy w Myślenicach. A spotkania ze zwierzem tym dostarczają wyjątkową porcję radochy!
3,5 godziny jazdy w wyśmienitych warunkach, po pustym stoku! A to dopiero początek! :D
Trzy, dwa, jeden... staaaaart! Narciochy! Sezon oficjalnie uważam za otwarty!
Nic, że na stoku w Koninkach, a nie w terenie, nic, że w deszcu, ale pojeździliśmy na nartach! :) To jest ski!
A kultura? W piątek koncert Hey, w sobotę koncert symfoniczny i fortepianowy pod batutą Ingolfa Wundera oraz impreza u Uszatej, w niedzielę kamera otworkowa w moim pokoju - mam dachy na suficie!
Fota od Uszatej. Moich fot nie ma, bo zapomniałam karty.
Dwa i pół dnia ciężkiej akcji górskiej...
10. Krakowski Festiwal Górski.
10. Krakowski Festiwal Górski.
Było wszystko w stężeniu takim, że ciężko wybrać i ciężko ogarnąć. Wspinanie takie, siakie i wszelaki, wielkie zdobywanie letnie i zimowe, no i narciochy poza trasą na różnych poziomach abstrakcji. A przede wszytkim filmy, filmy, filmy...
Generalnie zmęczyłam się, a wyróżnione filmy mnie trochę rozczarowały, cała reszta git!
Zimno już, dzień krótki, sezon trzeba kończyć... To może blisko w Makowski, tak na lajcie, na kilka godzin. Mhmm, w sobtnim półśnie półświadomie zgodziłam się na niedzielny wypad w... Sudety, na rowery, ku chwale i na cześć, do roboty znaczy, szlaki trakować. Sie człowiek zgodził, to człowiek jedzie. Pobutka 4.30, 5.00 odjazd, 8.00 jakieś pola, zaśnieżone pola!!! I każą wysiadać i na rower wsiadać... Faaajnie było! Jazda po śniegu wcale taka zła nie jest, zamarzniętą przerzutkę rozmraża się herbatą, a zamek Książ to trzeba przyjechać osobno pozwiedzać dokładnie. Tylko czemu te stopy tak strasznie marzną w butach rowerowych?
Sezon konkret: 29 enduro-dniówek plus 5 sakwiarskich :)
Sezon konkret: 29 enduro-dniówek plus 5 sakwiarskich :)
