Pierwszy od stu lat chyba wyjazd integracyjno-szkoleniowo-krajoznawczy SKPG - brzmi groźnie ;)
Wyjazd na Morawy, czyli zwiedzanie kilku ciekawych miejsc w północno-wschodnich Czechach.
Mocna ekipa, mocno specyficzny, imprezowy klimat, mocne, szybkie krajoznawstwo. Olomuniec w strugach deszczu, Brno w promieniach słońca. Zdecydowanie za mało czeskiego piwa, a za dużo lodów.
Wniosek tylko taki, że chyba intensywne, naukowe krajoznastwo autokarowe już mnie jakoś dziwnie mniej bawi. A w szyderczych oparach absurdu na moim poziomie abstrakcji zrobiło się niezdrowo duszno.
Wyjazd na Morawy, czyli zwiedzanie kilku ciekawych miejsc w północno-wschodnich Czechach.
Mocna ekipa, mocno specyficzny, imprezowy klimat, mocne, szybkie krajoznawstwo. Olomuniec w strugach deszczu, Brno w promieniach słońca. Zdecydowanie za mało czeskiego piwa, a za dużo lodów.
Wniosek tylko taki, że chyba intensywne, naukowe krajoznastwo autokarowe już mnie jakoś dziwnie mniej bawi. A w szyderczych oparach absurdu na moim poziomie abstrakcji zrobiło się niezdrowo duszno.
Foczyć! Foczyć! Jeszcze foczyć! Jest śnieg! Śliczny, majowy śnieg, więc foczyć!
Cel: Niżne Rysy, tak na oficjalne zakończenie sezonu turowego.
Ugadani na niedzielne działania wystartowaliśmy z Kraka jakimś bladym świtem, a z Palenicy bladym rańcem i przemknęliśmy ten cholerny, mokowy asfalt. Lampa, śnieg w żlebach, lecim dalej. Przy Czarnym Stawie można się było ofoczyć i z narty drzeć dalej. Tylko czemu to tak daleko? Na podejściu piękny firnik pobudzał wyobraźnię - zjazd zapowiadał się miodny. W międzyczasie postraszyło nas kilkoma kroplami deszczu i paroma grzmotami, ale pogoda okazała się jednak ogromnie łaskawa, a prognozy się nie sprawdziły - lało w Pieninach, w Tatrach Wysokich nie. Trochę przysmędziliśmy na podejściu, więc godzina późna i kilka innych obiektywnych czynników sprawiło, że na same Niżne Rysy niestety nie doszliśmy, zjeżdżaliśmy spod. Było późno, zatem cudny firnik trochę zmiękł i nie był już tak cudowny. Ale sam zjazd pierwszoklaśny! Długi przede wszystkim! Piękna tura, jak na oficjalne zakończenie sezonu przystało. Zwieńczona, odpowiednio odświętnie, domowym ciastem.
W pięknym słonku zbieg do schroniska na zasłużone jedzenie i piwo! A potem czarna godzina asfaltem na Palenicę. Czy ja już przypadkiem kiedyś nie wspominałam, że nie lubię, nie cierpię, nie znoszę mokowego asfaltu?
Do Moka foczo w przyszłym sezonie wrócimy konieczne, tylko jednak z noclegiem w schronisku, bo właśnie tej godziny zmarnowanej na dojściowym asfalcie nam zabrakło. Poza tym Rysa kusi... na zakończenie następnego sezonu... ;)
Cel: Niżne Rysy, tak na oficjalne zakończenie sezonu turowego.
Ugadani na niedzielne działania wystartowaliśmy z Kraka jakimś bladym świtem, a z Palenicy bladym rańcem i przemknęliśmy ten cholerny, mokowy asfalt. Lampa, śnieg w żlebach, lecim dalej. Przy Czarnym Stawie można się było ofoczyć i z narty drzeć dalej. Tylko czemu to tak daleko? Na podejściu piękny firnik pobudzał wyobraźnię - zjazd zapowiadał się miodny. W międzyczasie postraszyło nas kilkoma kroplami deszczu i paroma grzmotami, ale pogoda okazała się jednak ogromnie łaskawa, a prognozy się nie sprawdziły - lało w Pieninach, w Tatrach Wysokich nie. Trochę przysmędziliśmy na podejściu, więc godzina późna i kilka innych obiektywnych czynników sprawiło, że na same Niżne Rysy niestety nie doszliśmy, zjeżdżaliśmy spod. Było późno, zatem cudny firnik trochę zmiękł i nie był już tak cudowny. Ale sam zjazd pierwszoklaśny! Długi przede wszystkim! Piękna tura, jak na oficjalne zakończenie sezonu przystało. Zwieńczona, odpowiednio odświętnie, domowym ciastem.
W pięknym słonku zbieg do schroniska na zasłużone jedzenie i piwo! A potem czarna godzina asfaltem na Palenicę. Czy ja już przypadkiem kiedyś nie wspominałam, że nie lubię, nie cierpię, nie znoszę mokowego asfaltu?
Do Moka foczo w przyszłym sezonie wrócimy konieczne, tylko jednak z noclegiem w schronisku, bo właśnie tej godziny zmarnowanej na dojściowym asfalcie nam zabrakło. Poza tym Rysa kusi... na zakończenie następnego sezonu... ;)
Sympatyczny, wspinowy dzionek w Górnej Będkowskiej - Mur Skwira, Wielka Turnia i Łabajowa. Fajne działanie, choć ciągle jeszcze mocno rekreacyjne, a do tego dziki tłum spotkanych znajomych.
I wszystko wygląda zupełnie inaczej, wszystko, choć w sumie rewolucji nie było, drobiazgi... ale, jak się pewnie okaże, ważne drobiazgi.
Miały być kolejne sobotnie tury majowe, ale jakoś focze towarzystwo się rozmyło. Zatem zupełnie spontanicznie, jak to zwykle bywa, urodził się plan wspinowy w przełomie Białki, czyli męczenie na Kramnicy. Nigdy wcześniej się tam nie wspinałam, więc skorzystać trzeba było koniecznie z takiej propozycji. Drogi piękne, długie, wymagające i niewyślizgane! Ja tam działam rekracyjnie bardzo, ale mi się podobało :) A jaka fantastyczna nagroda za ukończenie drogi - nieziemski widok na Tatery!
Na deser kultura zakopiańska - otwarcie nowej filii Muzeum Tatrzańskiego w wilii Oksza, niespodziewana wizyta na Ciągłówce i kultowa pizza w Adamo. A potem zaczęło lać...
Niedziela remontowo-sprzątaniowa... Takie jakieś te weekendy jednodniowe ostatnio... hmm...
A za tydzień może jeszcze z foki?
Jasna sprawa! Maj to najlepszy miesiąc do jeżdżenia na nartach! Nie żartuję!
Jak mokliśmy w Alpach na rowerkach, to w Tatrach padał śnieg. Jeszcze nie zdążyliśmy wrócić, a już bylismy umówieni na majowe foczenie. Miała być tatrzańska lampa - krótkie spodenki i 50-tka na twarz - synoptycy się jednak ciutkę tym razem walnęli, ale co tam.
Piąta rano w sobotę, migiem do Kuźnic, kolejna pielgrzymka husarii przez Boczań, śniadanko w Murowańcu. Nawet w tym miejscu wzbudzaliśmy lekkie zdziwnienie. Pytanie gdzie dalej? Znowu Świnicka. Jakieś 100 m powyżej dolnej stacji krzesła można było założyć narty. Na Liliowe.
W dziurze imprezka urodzinowa :) Tort lodowo-lizaczkowy był fantastyczny! Aż się wzruszyłam i humor mi się poprawił, nawet chmury się podniosły. W takich okolicznościach przyrody, to jeszcze nie świętowałam. Dzięki i chwała całej ekipie! :)
Dalej na Skrajną (kusiło...), potem z nartami w ręce na Świnicką i przefajny zjazd. Myk na Karb i baaaardzo wymagający zjazd. Od Stawu wesołą, uskrzydloną gromadką popędziliśmy w dół.
Co za tura! Ostatnia czy nieostatnia w tym sezonie? Sie zobaczy za tydzień...
Kierunek majowy: alpejsko-austriacko-rowerowy. Po szybkiej akcji niby-organizacyjnej wyklarował się skład ekipy: cztery stworzenia (Bojda - główny logista, mgr - główny kierowca i twardziel ;), Turbo - główny fizjoterapeuta, ja - główny serwisman, tym razem raczej bezrobotny), do tego cztery rowerki i najbadziej wyczesana Skoda w kosmosie ;)
Wyjazd w piątek wieczór, nocka autostradowa, międzylądowanie na słynnym wspinowo-biwakowym parkingu w Hollentalu pełnym Polaków. Zabawa: znajdź szczegół najbardziej niepasujący do rzeczywistości tegoż parkingu - samochód z czterema rowerami na dachu. Jazda dalej w nie do końca sprecyzowanym kierunku, deszcz i zamknięte w sobotę informacje turystyczne. Przystanek w Eisenerz u stóp totalnie rozkopanej góry, mokre krajoznawstwo i myślenie co dalej. Słoneczko, kemping w Moonsland i pierwsze wieczorne kręcenie w okolicach Nationalpark Gesäuse. Dnia następnego drugie, z założenia całodzienne, ale przerwane deszczem i skrócone fuj-asfaltem. Popołudnie spędziliśmy w uroczej, kempingowej kuchni, a wieczór uprawiając krajoznawstwo samochodowe. Dzień trzeci najfajniejszy. Przejazd w kierunku Nationalpark Kalkalpen, po drodze jazda na, a przede wszystkim z super górki. Ponad 1700 m n.p.m. na rowerku, 1000 m przewyższenia, widoki fajne, trochę śniegu, odrobinka technicznego zjazdu i długaśny, bardzo szybki, mokry szuterek z ostrymi zakrętami w strugach deszczu - mniam! Końcówka dnia była prawie wybuchowa. Miałam ochotę wysadzić w powietrze instalację grzejącą wodę, a przy okazji nas, cały kemping i pół Austrii - na szczęście mi się nie udało. Oj, adrenalina nam mocno skoczyła... Nauka na przyszłość: nie dokładać do pieca zbyt dużo... Dzień ostatni - dzień odwrotu. Najpierw odwrót z traski rowerowej, bo lać zaczęło (tylko Główny Twardziel pojechał dalej, dlatego został Twardzielem ;), potem odwrót ku domowi - o północy w Kraku.
Ubaw po pachy i trochę fajnych górek. Trochę za dużo deszczu, trochę za mało rowerowania, jak zawsze, zwłaszcza tego ciut trudniejszego ;)
Wyjazd w piątek wieczór, nocka autostradowa, międzylądowanie na słynnym wspinowo-biwakowym parkingu w Hollentalu pełnym Polaków. Zabawa: znajdź szczegół najbardziej niepasujący do rzeczywistości tegoż parkingu - samochód z czterema rowerami na dachu. Jazda dalej w nie do końca sprecyzowanym kierunku, deszcz i zamknięte w sobotę informacje turystyczne. Przystanek w Eisenerz u stóp totalnie rozkopanej góry, mokre krajoznawstwo i myślenie co dalej. Słoneczko, kemping w Moonsland i pierwsze wieczorne kręcenie w okolicach Nationalpark Gesäuse. Dnia następnego drugie, z założenia całodzienne, ale przerwane deszczem i skrócone fuj-asfaltem. Popołudnie spędziliśmy w uroczej, kempingowej kuchni, a wieczór uprawiając krajoznawstwo samochodowe. Dzień trzeci najfajniejszy. Przejazd w kierunku Nationalpark Kalkalpen, po drodze jazda na, a przede wszystkim z super górki. Ponad 1700 m n.p.m. na rowerku, 1000 m przewyższenia, widoki fajne, trochę śniegu, odrobinka technicznego zjazdu i długaśny, bardzo szybki, mokry szuterek z ostrymi zakrętami w strugach deszczu - mniam! Końcówka dnia była prawie wybuchowa. Miałam ochotę wysadzić w powietrze instalację grzejącą wodę, a przy okazji nas, cały kemping i pół Austrii - na szczęście mi się nie udało. Oj, adrenalina nam mocno skoczyła... Nauka na przyszłość: nie dokładać do pieca zbyt dużo... Dzień ostatni - dzień odwrotu. Najpierw odwrót z traski rowerowej, bo lać zaczęło (tylko Główny Twardziel pojechał dalej, dlatego został Twardzielem ;), potem odwrót ku domowi - o północy w Kraku.
Ubaw po pachy i trochę fajnych górek. Trochę za dużo deszczu, trochę za mało rowerowania, jak zawsze, zwłaszcza tego ciut trudniejszego ;)
A na zakończenie megaszacun dla Głównego Kierowcy!!!
Jakaś ta wiosna pokręcona. Zresztą jak każda wiosna chyba, więc nic to odkrywczego. Pozostaje się pokręcić razem z wiosną,
a jak pokręcić to w górach rzecz jasna!
Można kręcić – o tak! Rower w gotowości bojowej, a nawet już w użyciu. Można skręcić – ze szlaku w las na przykład. Można też skręcić sobie coś – zdecydowanie nie życzę, nie polecam! Może się też zakręcić w głowie – od tych wszystkich kwietnych zapachów i kolorów. Może też człowieka pokręcić – bo w natłoku wszelkich górskich opcji, możliwości, propozycji zdecydować się trudno na jedną formę górskiego działania.
Zatem podsumowując. Obraz stanu ducha i umysłu przeciętnego górzysty, któremu wiosna zapukała w okienko, wygląda mniej więcej tak: żałość wielka i już budząca się powoli tęsknota za białym, puszystym, czasem pokrywającym góry w zimie miesza się z pewnym lekkim zniecierpliwieniem i podenerwowaniem wynikający z oczekiwania na powrót do aktywności porzuconych
wraz z nadejściem obślizgłej wilgoci i pierwszych mrozów. Natomiast euforię i przypływ niesamowitej energii spowodowany otwierającymi się możliwościami realizacji najambitniejszych, górskich planów miejscami delikatnie przyćmiewa potrzeba słodkiego lenistwa...
Taki stan rzeczy przekłada się na następujący plan działania: człowiek stojąc na metrze kwadratowym rozmiękłego śniegu uparcie rozgląda się za suchą skałą i nie bardzo błotnistą ścieżką, a planując poważne i dalekie wyprawy wysokogórskie, wyleguje się na świeżo wyrośniętej, zielonej trawce w promieniach już całkiem ciepłego słonka.
No, pokręcona ta wiosna, nie?
a jak pokręcić to w górach rzecz jasna!
Można kręcić – o tak! Rower w gotowości bojowej, a nawet już w użyciu. Można skręcić – ze szlaku w las na przykład. Można też skręcić sobie coś – zdecydowanie nie życzę, nie polecam! Może się też zakręcić w głowie – od tych wszystkich kwietnych zapachów i kolorów. Może też człowieka pokręcić – bo w natłoku wszelkich górskich opcji, możliwości, propozycji zdecydować się trudno na jedną formę górskiego działania.
Zatem podsumowując. Obraz stanu ducha i umysłu przeciętnego górzysty, któremu wiosna zapukała w okienko, wygląda mniej więcej tak: żałość wielka i już budząca się powoli tęsknota za białym, puszystym, czasem pokrywającym góry w zimie miesza się z pewnym lekkim zniecierpliwieniem i podenerwowaniem wynikający z oczekiwania na powrót do aktywności porzuconych
wraz z nadejściem obślizgłej wilgoci i pierwszych mrozów. Natomiast euforię i przypływ niesamowitej energii spowodowany otwierającymi się możliwościami realizacji najambitniejszych, górskich planów miejscami delikatnie przyćmiewa potrzeba słodkiego lenistwa...
Taki stan rzeczy przekłada się na następujący plan działania: człowiek stojąc na metrze kwadratowym rozmiękłego śniegu uparcie rozgląda się za suchą skałą i nie bardzo błotnistą ścieżką, a planując poważne i dalekie wyprawy wysokogórskie, wyleguje się na świeżo wyrośniętej, zielonej trawce w promieniach już całkiem ciepłego słonka.
No, pokręcona ta wiosna, nie?
Generał Mariusz Zaruski - ten, od którego zaczęło się narciarstwo w Tatrach, ten od zjazdu z Koziego i Kościelca, od pierwszych przewodników narciarskich, sekcji narciarskiej, od instruktorów narciarskich, od TOPRu i zimowego wspinu tatrzańskiego. Od żeglarstwa i kilku innych rzeczy też.
Cherson, miasto portowe nad Dnieprem, południowa Ukraina.
Cherson, miasto portowe nad Dnieprem, południowa Ukraina.
Cztery dni w autokarze, dwie noce w pociągu, cały dzień uroczystości.
70. rocznica śmierci Zaruskiego.
Na zaproszenie Kancelarii Prezydenta Szanownej RP trzeba było pierś wypiąć przy sztandarze Szanownego Towarzystwa.
Ciekawie. Zaskakujące spotkania, zaskakujące rozmowy. Coś nowego zupełnie z innej bajki.
70. rocznica śmierci Zaruskiego.
Na zaproszenie Kancelarii Prezydenta Szanownej RP trzeba było pierś wypiąć przy sztandarze Szanownego Towarzystwa.
Ciekawie. Zaskakujące spotkania, zaskakujące rozmowy. Coś nowego zupełnie z innej bajki.
Kowalska śpiewa Ciechowskiego. Niesamowity materiał niesamowitym głosem. Musiałam iść na ten koncert! Z sentymentu dla Kowalskiej i z chęci posłuchania kawałka świetnej muzyki.
No i kto by pomyslał?! Znowu na turach! Udało się!
W sobotę sms: 5.00 rano, weź spódnicę! - Ok! Jedziem w Tatry!
Po ciężkim, sobotnim rowerowaniu pobudka 3.10, 5.00 zbiórka i wyjazd. Cztery baby, cztery spódnice, cztery pary turów i fok, oj działo się!
Na początek zamiast 200 pln mandatu, rutynowa kontrola dokumentów ;) Kuźnice i babska husaria w geterkach i kieckach popędziła do Murowańca, śniadanko, sesja zdjęciowa z połową facetów w schronisku, przepak, krótka burza mózgów gdzie idziemy i z foki w kierunku Przełęczy Świnickiej. Muszę przynać, że buty narciarskie wyjątkowo dobrze komponują się ze zwiewnymi spódniczkami ;)
Liliowe - szklana ściana, pod Skrajną Przełęczą wyglądało ciekawie, a my darłyśmy dalej pod Świnicką. Dużo twardego i wylodzonego, z samej góry zjechać się za bardzo nie dało, więc niżej trzeba się było przepiąć, wdziać gacie na te nasze kiecki i na dół! Tam gdzie był śnieg (nie lód) było fantastycznie! Jeszcze! Pół podejścia pod Skrajną i drugi superowy zjazd! Kto by pomyślał, że będą tak fenomenalne warunki! Zjazd do schroniska, przepak i husaria zbiega na dół - to zejście nas wykończyło.
Nie ma jak babskie, spódnicowe tury! Faceci wymiękli, a my pysznie się bawiłyśmy!
Oj, dawno nie byłam tak zmęczona...
Jak wszystko mogę, to rowerować też mogę! Klasyka gatunku wokół Brennej w sam raz na rozpoczęcie sezonu. Rączke wytelepało, ale dalej cała :)
Mimo kiepskich prognoz pogody udało się zrealizować solidny, rowerowy dzień. Tylko raz zawiało tak, że rower przestawiło w bok, zamiast toczyć go do przodu, tyko trzy razy sypnęło solidnym śniegiem i raz udawało, że zaczyna padać, ładnych kilka razy wyszło słońce. Odziwo zabrakło wiosennego błocka.
Beskid Śląski jest świetny pod dwukółka! Można się solidnie zmęczyć :)
Narty, rower, wspin! MOGĘ!!!!!
Można by pomyśleć, że to prima aprilis - a nie! W piątek lekarz stwierdził, żem pozrastana i mogę sobie robić, co chcę :) Od razu postanowiłam skorzystać! Już wcześniej byłam ugadana na niedzielne skały. Miałam robić za samobieżny przyrząd asekuracyjny. A że się okazało, że przyrząd nie tylko samobieżny, ale też wszystkomogący, więc i pierwszy przyzwoity wspin w tym sezonie był. Ręka dalej cała i nie boli!
Wybraliśmy się na Słoneczne do Jerzmanowic na rodzinny piknik. Więcej takich bezciśnieniowych wspinodni!
A że wszystko mogę, to za tydzień, gdybym nawet miała sobie śnieg w plecaku wynieść, to jadę na tury! Choćby nie wiem co!
Można by pomyśleć, że to prima aprilis - a nie! W piątek lekarz stwierdził, żem pozrastana i mogę sobie robić, co chcę :) Od razu postanowiłam skorzystać! Już wcześniej byłam ugadana na niedzielne skały. Miałam robić za samobieżny przyrząd asekuracyjny. A że się okazało, że przyrząd nie tylko samobieżny, ale też wszystkomogący, więc i pierwszy przyzwoity wspin w tym sezonie był. Ręka dalej cała i nie boli!
Wybraliśmy się na Słoneczne do Jerzmanowic na rodzinny piknik. Więcej takich bezciśnieniowych wspinodni!
A że wszystko mogę, to za tydzień, gdybym nawet miała sobie śnieg w plecaku wynieść, to jadę na tury! Choćby nie wiem co!
Remont przestrzeni - początek - życie under construction - re-mont - re-mount - re-góra - góry też w przebudowie...
Oświata oświęcimska - reaktywacja.
Scrable - sport dla kontuzjowanych - odsłona trzecia.
Tatry. Po dwóch miesiącach znów w Piątce. Tym razem z ręką w jednym kawałku, tylko ukochanych, zimowych zwierzątek brak. Poza tym nic się nie zmieniło, góry jak stały, stoją, słońce tak samo świeci, tylko śniegu sporo mniej. A na krokusy, to może trzeba się było do Chochołowskiej wybierać, ale w zasadzie, to nie o nie tu chodziło tak naprawdę.
Jak mi nic nie wolno, to przynajmniej chodzić mi wolno po Łodzi rankiem bladym przez dziwne dwie godziny i po Krakowie wczesnym popołudniem.
A wieczorem panowie WesołoSmutni zagrali kawał dobrej muzyki!
W związku z tym stwierdzam, że: skakać - mogę, podnosić rączki do góry - mogę, klaskać - nie mogę. I mam już dwa zielone, gumowe jeżyki do ściskania!
A na koniec apel taki: Ludki wszystkie, co się po Tatrach zimą włóczycie! Nie ruszjacie się nigdzie bez trójcy lawinowej!
Zdjęli mi gips! Ale...
...o turach w tym sezonie mogę zapomnieć... do zobaczenia w listopadowym puchu!
...na rowerek w teren dopiero w maju...
...wspin i siatkówka dopiero w wakacje...
...wynegocjowałam na teraz basen i rower miejski...
ale mam takiego fajnego, zielonego, gumowego jeżyka do ściskania...
...o turach w tym sezonie mogę zapomnieć... do zobaczenia w listopadowym puchu!
...na rowerek w teren dopiero w maju...
...wspin i siatkówka dopiero w wakacje...
...wynegocjowałam na teraz basen i rower miejski...
ale mam takiego fajnego, zielonego, gumowego jeżyka do ściskania...
No tak... od kopalni złota, przez Jałowiec i Tatry można dotrzeć na Jurę Północną. W pielgrzymce tam, gdzie swój początek polskie, zorganizowane krajoznawstwo miało (w dużym skrócie - w efekcie powstało PTTK) udać się przez przypadek trzeba było. A za miedzą mekka wspinu północnojurajskiego jakaś taka pusta dziwnie białą skałą świeciła.
Dla niezorientowanych - chodzi o Ogrodzieniec i Podzamcze.
A przy okazji jeszcze Birów, Pustynię Błędowską i Rabsztyn się odwiedziło.
Każdy powód, żeby zrobić imprezę jest dobry. Jak się chce, żeby się ktoś na gipsie podpisał, co by był jeszcze bardziej wyjątkowy, to też można zrobić imprezę. Wystarczy kupić opakowanie kolorowych pisaczków, trochę pączków, trochę wiśniówki i jest!


