Wróciłam! Cała, zdrowa i uradowana :)
Wszelkie zakładane cele zostały zdobyte: Mrcedario 6770 m n.p.m. zdobyte! Aconcagua 6962 m n.p.m. zdobyte! I w bonusie Cerro Negro 5600 m n.p.m. zdobyte!
No właśnie nie wiem czy takie boskie, bo w zasadzie to w takim przelocie to trudno stwierdzić. Ale na pewno wielkie Buenos, szybkie Buenos, przytłaczjące Buenos, głośne Buenos i wiatr od morza...
Przy dużym oknie stał wentylator, taki zwykły, stary, na długiej nodze. Był strasznie zakurzony, wręcz brudny, nie kręcił się. Za nim, na szybie była naklejona papierowa, trochę pomięta i spłowiała flaga Argentyny. Zawsze tu pusto. Proste, obskubane stoliki, wino na pułeczkach, puchary, brudnoróżowe ściany, białe flizy obklejone, sfatygowanymi reklamami lodów i pepsi. Słabe światło, boczne wejście do zapaździałego hoteliku, całe w naklejkach. Sztuczne kwiatki też chyba były i stara lodówka, no i telewizor, i mecz. Duży, gruby, dość młody, z wyglądu sympatyczny gość z obsługi w krótkich spodenkach i w poplamionym fartuchu po kolana, ze szmatą do wycierania stołów w ręce. Stały bywalec kiwający się nieobecnie nad szklanka piwa. Rodzinka z dzieckiem w wózku. Wierni kibice w pierwszym rzędzie. Starsza pani, co tu chyba rządzi. I my, zdziwieni obcokrajowcy.
Menu było napisane białą, szkolną kredą na tablicach, na zewnątrz. I były zielonkawe musztardówki.
No i znowu nam się udało!!! Aconcagua zdobyta!
Mieliśmy niesamowicie wielką kupę szczęścia do pogody, tak wielką, że trudno sobie wyobrazic!
Wszystko to zasługa mojego hardkorowego Anioła Stróża od zadań specjalnych ;) Koleś jedną ręką uchylił nam na jeden jedyny dzień okienko pogodowe na jakieś trzy centymetry, a drugą ręką trzymał za fraki wiatr, żeby nam specjalnie nie przeszkadzal. Dzieki temu 26 lutego Marcin i ja stanęliśmy na szczycie Aconcagua!!! Ania i Grzesiek mieli atakować następnego dnia, ale wiatr był już tak silny, że nie było to niestety możliwe.
Dodatkową atrakcją były dwa dni w namiocie na 6000 m n.p.m. przy wietrze wiejącym jakieś 80-100 km/h, totalnych chmurach i śniegu. Nie dało rady iść ani w górę, ani w dół, w ogóle nie dało rady wyjść z namiotu. Człowiek się zastanawiał czy namiot potarga już czy dopiero za chwile. W międzyczasie dowiedziałam się dokładnie ile i jakiego ksztaltu jest plamek na ściankach sypialni mojego namiotu ;)
Mieliśmy niesamowicie wielką kupę szczęścia do pogody, tak wielką, że trudno sobie wyobrazic!
Wszystko to zasługa mojego hardkorowego Anioła Stróża od zadań specjalnych ;) Koleś jedną ręką uchylił nam na jeden jedyny dzień okienko pogodowe na jakieś trzy centymetry, a drugą ręką trzymał za fraki wiatr, żeby nam specjalnie nie przeszkadzal. Dzieki temu 26 lutego Marcin i ja stanęliśmy na szczycie Aconcagua!!! Ania i Grzesiek mieli atakować następnego dnia, ale wiatr był już tak silny, że nie było to niestety możliwe.
Dodatkową atrakcją były dwa dni w namiocie na 6000 m n.p.m. przy wietrze wiejącym jakieś 80-100 km/h, totalnych chmurach i śniegu. Nie dało rady iść ani w górę, ani w dół, w ogóle nie dało rady wyjść z namiotu. Człowiek się zastanawiał czy namiot potarga już czy dopiero za chwile. W międzyczasie dowiedziałam się dokładnie ile i jakiego ksztaltu jest plamek na ściankach sypialni mojego namiotu ;)
Namiot przetrwal jakimś cudem - pean pochwalny dla Marabuta się należy - straty minimalne, jak na warunki.
Wielki fuks! Kamienny Strażnik nas wpuścił do swojego Królestwa!
Wielki fuks! Kamienny Strażnik nas wpuścił do swojego Królestwa!
Most skalny, naturalny, na krowiej rzecze, żólty cały. Obok kramy z pamiątkami, duuużo pamiątek. Sweterki z lamy i tykwy do yerby, i biżuteria. Knajp kilka, w jednej bardzo sympatyczny pan, co załatwił nam muła. Nieczynna linia kolejowa i główna droga do Chile. Turyści, trzy gatunki - ci zwykli krajoznawczy, ci co właśnie zeszli z góry i ci, co do góry idą, na Aconcagua. Poniżej miejscowości mule parkingi i cmentarz andynistów, powyżej - wejście do parku i początek drogi do bazy, no i wiatr.
Mercedario poszło nam szybko, zostało trochę czasu, to przenieśliśmy się do sąsiedniej doliny i wyczłapaliśmy na Cerro Negro, czyli czarną rozpacz piargową, ale jakie kolory wokół! Góry, jakby je ktoś pastelami obsypał i pędzlem rozmazał. A ze szczytu widok na całą grupę Ramady z Mercedario w roli głównej - miód!
Przepiękne i kolorowe! Bardzo kolorowe! Różniaste, aż się chciało zbierać garściami te cuda i po kieszeniach upychać, tylko ciężko by ciut potem w plecaku było, dlatego wolałam zdjęcia robić ;)
Z obozu było widać grupę czerwonych skał w mocno wciętej dolinie. Było wolne popołudnie, to trzeba się było tam wybrać, bo ładne, a jakie kruche...
Jak człowiek siedzi w obozie i sie ruszyć nigdzie nie może, to mu się trochę nudzic zaczyna. Wtedy łazi z aparatem w łapie i się trochę uważniej przygląda temu co bliżej ziemi. I nawet tam, gdzie nic nie powinno rosnąć, znajduje coś co rośnie i jeszcze na dodatek ładne jest :)
Udało się nam!
Pogoda była piękna, słoneczko i białe kumuluski dodające uroku zdjeciom. A co najważniejsze viento blanco chyba też poszedł na urlop i nie mieliśmy okazji zaznać co znaczy prawdziwy, andyjski wiatr. Bardzo szybko się aklimatyzowaliśmy. W zasadzie nic nikomu nie było, więc śmigaliśmy między obozami.
W efekcie 9 lutego Marcin i ja stanelismy na szczycie Mercedario 6770 m n.p.m.!!!
Jakie góry! Jakie widoki! Panoramy kosmiczne!
Pogoda była piękna, słoneczko i białe kumuluski dodające uroku zdjeciom. A co najważniejsze viento blanco chyba też poszedł na urlop i nie mieliśmy okazji zaznać co znaczy prawdziwy, andyjski wiatr. Bardzo szybko się aklimatyzowaliśmy. W zasadzie nic nikomu nie było, więc śmigaliśmy między obozami.
W efekcie 9 lutego Marcin i ja stanelismy na szczycie Mercedario 6770 m n.p.m.!!!
Jakie góry! Jakie widoki! Panoramy kosmiczne!
Mendoza była naszym przystankiem. Po dwóch dobach podróżowania dotarliśmy w końcu do tego miasta. Trafiliśmy do fantastycznego hostelu Saviliano i mogliśmy spokojnie zająć się organizacją górskiej logistyki. Po 2,5 tygodniach w górach i po pierwszych zdobyczach wróciliśmy tu świętować, odpoczywać i przygotowywać górską część drugą. Potem wróciliśmy już tylko świętować i wracać.
Zawsze było tu normalne łóżko, prysznic, rogaliki na śniadanie, wiecznie zajęty, wolny jak nieszczęście internet, pyszne melony, ulice krzyżujące się pod kątem prostym, dobre wino tańsze od coca-coli, niezastąpiony kałużo-basen i zakręcony koleś na recepcji :)
W Mendozie były prawdziwe wakacje w ciepłych krajach...
- Raczej nieprędko.
- Jedziemy! 6 godzin wystarczy, żeby zobaczyć, tylko zobaczyć Paryż...
- Jedziemy! 6 godzin wystarczy, żeby zobaczyć, tylko zobaczyć Paryż...
W daleki świat, do Ameryki Poludniowej, do Argentyny, w Andy, Mercedario i Aconcagua! O ja... Zobaczymy co będzie... Kciuki trzymać, żeby było dobrze!
Wracam w marcu.
Weekend przed długim i dalekim wyjazdem. Normalny człowiek siedzi w domu i się pakuje. No niby też miałam taki plan, ale przecież jak można go realizować, skoro w górach ponad metr swieżego śniegu. Nie da się! Na Luboń Wielki mnie ciągło, taka klasyka foczego gatunku ze słynną przecinką. Jeszcze foty owej przecinki zobaczyłam i ciśnienie niebezpiecznie wzrosło.
Po wewnętrznych negocjacjach stanęło na tym, że sobota focza, niedziela niefocza. Duża ekipa się zebrała, nawet były focze debiuty. Na Luboń wyleźliśmy zielonym, słonko się pojawiło, zima w pełni, fantastik! Rozpoczęliśmy poszukiwania przecinki, która sławę wśród fokolubnych ma znaczną. Nie wiem, jak to zrobiliśmy, ale ściągnęło nas w prawo za bardzo i przecinki nie znaleźliśmy, ale po lesie jazda była pyszna. Zjazd na dół w okolicach żółtego, w całkiem fajnym, przejrzystym lesie, śnieg cudny, końcówka przy latarkach. Na koniec wizyta u rabczańskiego ziemianina Misia i kaloryczna nagroda za trudy foczego dnia ;)
A teraz się trzeba pakować... nie lubię, fuj...
Horror party - i jak tu być strasznym w tiulowo-koronkowej sukience i szpilkach? Znów inspirujący okazał się rower, a właściwie jego dwa łańcuchy w roli krwawej biżuterii. Ha! Jaka była potworna impreza! Straaach się bać takiego balowania!
W końcu spadł! Dużo go spadło! Bardzo dużo! Puch! Biały puuuuuuch! Dużo puchu! Szybki, przedbalowy, foczy wypad na Kasprowy, czyli śniegowa niesamowitość! Jazda w puchu powyżej kolan i zjazd na nartach do samego dworca w zasypanym Zakopanem.
Tym razem nic sobie nie zrobiłam i na bal wróciłam.
W międzyczasie ogłosili "czwórkę"...
Ha! Przejęła się! Postraszyłam i tylko weekend wystarczył, żeby zima przypomniała co potrafi. Wprawdzie tylko w górach, ale o to nam przecież właśnie chodzi!
Dla tych, którzy patrząc na miejską zaokienność w zimę nie wierzą, mamy kilka zupełnie niezimowych, górskich propozycji. Pomogą one wszystkim tym, którzy już zaczynają myśleć o wiosennych, długich weekendach i jeszcze dłuższych, letnich wakacjach. Dla każdego coś miłego – blisko u sąsiadów albo dalej w nieznanej Europie, w niewysokich Alpach albo wspinaczkowo. Spędzający ten czas w głębokich fotelach z kubkiem gorącej herbaty zapewne też znajdą coś dla siebie, tak tylko do poczytania. Oczywiście Ci, którzy w bojowych nastrojach są zdeterminowani szukać śniegu nawet na drugim końcu świata, odnajdą trochę białego szczęścia również na naszych łamach. Podpowiadamy, że ten koniec świata ze śniegiem wcale nie jest aż tak daleko, bo w Norwegii, a przy okazji sięgamy do historii i opowiadamy skąd się wzięły detektory lawinowe. Nie zapominamy również o bujających w obłokach i poruszamy tematy lotnicze.
Na koniec przypominam: zima jednak jest! Tylko taka odrobinę nieśmiała, lekko nieprzewidywalna i humorzasta, ale jest! Zatem odkurzamy rakiety śnieżne, narty śladowe, turowe, foki, raki, czekany, kurtki puchowe czy ciepłe polary i z szerokim uśmiechem na twarzy wychodzimy jej na spotkanie, bo audiencja u szanownej, białej pani w tym roku chyba będzie dość krótka.
Bawcie się dobrze w zimowym karnawale!
Narciarze w zasadzie byli ujarani, ale zacznijmy od początku.
W planie był kamerlany, babski wypad na skitur w Masyw Śnieżnika, w Sudety dla odmiany. W efekcie wyszedł drugi z rzędu, foczy wyjazd w Bieszczady, bo tylko tam była szansa na jakikolwiek śnieg. Wprawdzie próbowano nas zniechęcić, wróżąc odwilż totalną, ale jedyne co stopniało, to liczba uczestników imprezy. Śniegu zdecydowanie przybyło i to najlepszej jakości puchu. Pozwoliło to zaliczyć kilka bardzo przyjemnych zjazdów w bieszczadzko-leśnych okolicznościach przyrody. Na połoninach wiało i łamało się pod nartą, ale w bukowym lesie był już tylko puchowy ubaw po pachy, zwłaszcza gdy przyszło do pokonywania na nartach atakujących nas znienacka dość głębokich jarów.
Oczywiście chcemy więcej! Zdecydowanie więcej!
Obowiązkowo należy wspomnieć, że absolutnym hitem sezonu jest nowa, wyjątkowo elegancka kolekcja gogli marki Biedronka. Wyśmienicie chronią przed wiatrem, śniegiem i atakującymi gałęziami, a co najważniejsze nie parują i wzbudzają ogólny zachwyt!
Obowiązkowo należy wspomnieć, że absolutnym hitem sezonu jest nowa, wyjątkowo elegancka kolekcja gogli marki Biedronka. Wyśmienicie chronią przed wiatrem, śniegiem i atakującymi gałęziami, a co najważniejsze nie parują i wzbudzają ogólny zachwyt!
Spontaniczny najazd sylwestrowy na włości dukielskie Uszatej.
Patrząc za okno nasuwał się dylemat: narty brać czy rower?
Narty! W Bieszczadach jest śnieg! Mało kto wierzył, ale dechy pojechały z nami. A my z Teodorówki jeździliśmy w Biesy. Warto było, bo takiego śniegu i takiej jazdy leśnej, to my jeszcze nie widzieliśmy. Nie trzeba jeździć na japońskie wyspy, żeby mieć klimaty rodem z "Signatures".
A Sylwester prawie przespany, album skiturowy dla Turbo ułożony, "Magia i miecz" rozegrana, upaprany kot wykąpany i świat odwrócony w kamerze obskurze.
