Królowa. Dostojna, wielka, niedostępna, wymagająca, piękna, kapryśna, humorzasta. Królowa. Taka poważna z surową, lekko niezadowoloną miną, spoglądająca z wyższością z zakurzonego portretu. A może inaczej. Królowa. Namalowana dziecięcą rączką na kartce papieru, kolorowymi kredkami, z długimi, żółtymi włosami, w różowej sukience i z karykaturalną koroną na głowie. To w sumie raczej królewna.
Ani jeden, ani drugi obraz do Królowej Beskidów zdecydowanie nie pasuje. Mimo że wzniosła, groźna i teoretycznie niedostępna, to Jej Królewska Mość jest przecież zupełnie górska, beskidzka, czyli nam zwyczajnie bliska.
Jak bardzo Babia Góra jest bliska turystom, w tym numerze obszernie udowadniają pracownicy Babiogórskiego Parku Narodowego. Można powiedzieć – nie taka ta Baba straszna, jakby się mogło wydawać, ale jak to baba, ciekawa i nieprzewidywalna, pociągająca... do górskich wędrówek.
No tak, ale nie samą Babią Górą człowiek żyje, zwłaszcza wiosną, kiedy to w natłoku górskich propozycji oczopląsu można dostać, a z niezdecydowania pozostaje tylko zamknąć się w domu i szczelnie zasunąć zasłony, żeby słońce nie docierało. Na szczęście Jest kilka sposobów, by uratować się przed taką sytuacją. Mam nadzieję, że nasze słowacko-albańskie propozycje w połączeniu z kilkoma innymi dodatkami, pomogą opanować nadchodzącą klęskę górskiego urodzaju.
Dzień dobry, wiosno! Witamy w górach!
Co w wiosennym numerze? Znajdziesz tu.
Ani jeden, ani drugi obraz do Królowej Beskidów zdecydowanie nie pasuje. Mimo że wzniosła, groźna i teoretycznie niedostępna, to Jej Królewska Mość jest przecież zupełnie górska, beskidzka, czyli nam zwyczajnie bliska.
Jak bardzo Babia Góra jest bliska turystom, w tym numerze obszernie udowadniają pracownicy Babiogórskiego Parku Narodowego. Można powiedzieć – nie taka ta Baba straszna, jakby się mogło wydawać, ale jak to baba, ciekawa i nieprzewidywalna, pociągająca... do górskich wędrówek.
No tak, ale nie samą Babią Górą człowiek żyje, zwłaszcza wiosną, kiedy to w natłoku górskich propozycji oczopląsu można dostać, a z niezdecydowania pozostaje tylko zamknąć się w domu i szczelnie zasunąć zasłony, żeby słońce nie docierało. Na szczęście Jest kilka sposobów, by uratować się przed taką sytuacją. Mam nadzieję, że nasze słowacko-albańskie propozycje w połączeniu z kilkoma innymi dodatkami, pomogą opanować nadchodzącą klęskę górskiego urodzaju.
Dzień dobry, wiosno! Witamy w górach!
Co w wiosennym numerze? Znajdziesz tu.
Miłkiem wyzłocony kraj,
Wstęgą Nidy przekreślony
Na szlak wzywa,wzywa nas,
Dźwiękiem wiślickiego dzwonu
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Niebo przesłonięte trzcin,
Tańcem z wiatrem zarzeczonym
W niebie kolegiaty klin,
Dzieli świat na cztery strony
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Dyptam chwyta ptasi krzyk,
Babie lato wiążąc w sieci
Snuje się po polach dym,
Nadnidziański sen o lecie
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Wstęgą Nidy przekreślony
Na szlak wzywa,wzywa nas,
Dźwiękiem wiślickiego dzwonu
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Niebo przesłonięte trzcin,
Tańcem z wiatrem zarzeczonym
W niebie kolegiaty klin,
Dzieli świat na cztery strony
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Dyptam chwyta ptasi krzyk,
Babie lato wiążąc w sieci
Snuje się po polach dym,
Nadnidziański sen o lecie
W srebrnoświtych łąk morze, W mrocze średniowiecza
W pola gdzie słońce orze z ranka po odwieczerz
W żar od od słońca odbity, w różnokwietną pożogę
Wrócisz wiedziony świtem
Wrócisz wiedziony zmrokiem... zmrokiem
Wojtek Bellon
Dzień święty święcić! Święta święcić!
Święcić! Wyświęcić! Prześwięcić!
Co święcić? Jak święcić? Gdzie święcić?
Nieświęta.
Święcić! Wyświęcić! Prześwięcić!
Co święcić? Jak święcić? Gdzie święcić?
Nieświęta.
Lawinowa trójka, rosnąco na dodatek, sypie, wieje, zimno, fuj. Ha! Nic bardziej mylnego!
Wszyscy straszyli prognozami, lawinami, a my i tak uderzyliśmy do Chochołowskiej. Najpierw, żeby nie człapać tą dłuuugą doliną, przespacerowaliśmy się Lejową i zjechaliśmy przez Kominiarską Niżną do Chochoła. I już myśleliśmy, że na tym się skończy, bo syf, lawiny i leń. Ale popatrzywszy na kilka uhahanych twarzy po zjeździe z Grzesia, udaliśmy się również w tamtym kierunku. Oj, warto było! Obróciliśmy dwa razy. Zjazd w cudownym puchu przez przejrzysty las, długi zjazd.
W niedziele dopadało 25 cm cudnego, świeżutkiego śniegu. Po sobotnich śladach nie było ani śladu ;) Grześ został zaatakowany kolejne trzy razy. Już mi nawet puchowe pływanie z kicaniem zaczyna wychodzić! Chyba trzeba będzie szerokie potwory zapodać na przyszły sezon ;)
A na wieczorny deser byli dawno niewidziani znajomi i pokaz argentyński. Nie mogło być lepiej! Tak z pozoru beznadziejny weekend udało się tak fantastycznie wykorzystać! Tak na złość tym, co zostali pod kocykami w domu ;)
Nieszczęśne KNAA musiało akurat się zdarzyć w przepiękny, wiosenny weekend. Tyle dobrze, że w górach, a nie na dalekiej północy czy niżu jakimś.
Niby już miało być tylko foczenie tatrzańskie, ale jak już w te Gorce trzeba było iść, to i narty by człowiek jednak wziął. I bardzo dobrze człowiek zrobił, że wziął, bo foczo było dobrze, choć dla koneserów ;) A przy okzaji odkryły się w Gorcach miejsca dotąd nieodkryte, a takich już mało. Pokazały się przebiśniegi i krokusy. W ogóle jakoś tak leśnie - przyjaźnie było. Tylko foki ciut popłakują w kąciku, liżąc swoje podrapane lekko futerko.
Teatr w piątek: klasyka i lalki - "Don Kichote"
Kino we wtorek: kicz sentymentalny - "Stawka większa niż śmierć"
Wystawa w czwartek: etnografia współczesna - "Przejścia i powroty"
Muzeum w sobotę: historia nowoczesna - "Podziemia Rynku"
Kino we wtorek: kicz sentymentalny - "Stawka większa niż śmierć"
Wystawa w czwartek: etnografia współczesna - "Przejścia i powroty"
Muzeum w sobotę: historia nowoczesna - "Podziemia Rynku"
Zupełnie spontanicznie wylądowałam w łódzkiej Atlas Arenie na finale siatkarskiej Ligii Mistrzów. Wszystko dlatego, że nikt w niedzielę foczyć nie chciał. W czwartek okazało się, że jeszcze są pojedyncze bilety, kupiłam i pojechałam. Warto było! Takich emocji, takiej siatkówki, takiego meczu, takiej atmosfery, to ja jeszcze nie miałam okazji doświadczyć. Piękna siatkówka na najwyższym poziomie!
I odczepcie się wszyscy od SKRY! Zagrali fenomenalnie! Bardzo wyrównane spotkanie dwóch silnych drużyn. Zenit Kazań jest w ich zasięgu!
A, bym zapomniała. Wcześniej był mecz o trzecie miejce. Trentino Volley łatwo, szybko i przyjemnie wtłukło Arkasowi Izmir, prawie bez emocji.
Aha, pozdrawiam PKP i przypominam, że Kraków i Łódź to dwa duże miasta Polski. W sumie to przydałoby się jakieś normalne połączenie. Ale co tam, pozawiedzałam przynajmniej mityczną stację w Koluszkach i byłam trochę nieprzytomna w poniedziałek w pracy ;)
Babia! Od Slanej Vody, żeby legalnie było. Pogoda - lampa wzorcowa. Ekipa - ogromna! Pierwszy raz foczyliśmy w dziesiątę, a doliczając ekipę śląską - w trzynastkę. Na szczycie z okazji spotkania na drugim końcu świata argentyńskie frykasy - pyszne wino, prawie prosto z Mendozy i yerba mate, prosto z Mendozy. No bo z ekipą śląską, to się poznaliśmy w Argentynie właśnie i po powrocie oczywiście trzeba się było wybrać na wspólna turę :)
Zjazd bez szału niestety, bo śnieg miękki i łapiący straszliwie, więc chyba już raczej beskidzki, foczy sezon kończymy i teraz już tylko w Tatrach (i Alpach) działać będziemy! Do czerwca!
W Tatrach i Fatrach totalne betony, to jedziemy na nasze beskidzkie podwórko. Efekt - przepiękna tura w okolicach Pilska. Sporo człapania, zabawy w słowackim firnie, bujanie stokowe, przejazd na Rysiankę i genialny zjazd z Romanki. Po drodze wszystkie rodzaje śniegu od lodowego betonu po milusi firn. Wszystko!
Wróciłam! Cała, zdrowa i uradowana :)
Wszelkie zakładane cele zostały zdobyte: Mrcedario 6770 m n.p.m. zdobyte! Aconcagua 6962 m n.p.m. zdobyte! I w bonusie Cerro Negro 5600 m n.p.m. zdobyte!
No właśnie nie wiem czy takie boskie, bo w zasadzie to w takim przelocie to trudno stwierdzić. Ale na pewno wielkie Buenos, szybkie Buenos, przytłaczjące Buenos, głośne Buenos i wiatr od morza...
Przy dużym oknie stał wentylator, taki zwykły, stary, na długiej nodze. Był strasznie zakurzony, wręcz brudny, nie kręcił się. Za nim, na szybie była naklejona papierowa, trochę pomięta i spłowiała flaga Argentyny. Zawsze tu pusto. Proste, obskubane stoliki, wino na pułeczkach, puchary, brudnoróżowe ściany, białe flizy obklejone, sfatygowanymi reklamami lodów i pepsi. Słabe światło, boczne wejście do zapaździałego hoteliku, całe w naklejkach. Sztuczne kwiatki też chyba były i stara lodówka, no i telewizor, i mecz. Duży, gruby, dość młody, z wyglądu sympatyczny gość z obsługi w krótkich spodenkach i w poplamionym fartuchu po kolana, ze szmatą do wycierania stołów w ręce. Stały bywalec kiwający się nieobecnie nad szklanka piwa. Rodzinka z dzieckiem w wózku. Wierni kibice w pierwszym rzędzie. Starsza pani, co tu chyba rządzi. I my, zdziwieni obcokrajowcy.
Menu było napisane białą, szkolną kredą na tablicach, na zewnątrz. I były zielonkawe musztardówki.
No i znowu nam się udało!!! Aconcagua zdobyta!
Mieliśmy niesamowicie wielką kupę szczęścia do pogody, tak wielką, że trudno sobie wyobrazic!
Wszystko to zasługa mojego hardkorowego Anioła Stróża od zadań specjalnych ;) Koleś jedną ręką uchylił nam na jeden jedyny dzień okienko pogodowe na jakieś trzy centymetry, a drugą ręką trzymał za fraki wiatr, żeby nam specjalnie nie przeszkadzal. Dzieki temu 26 lutego Marcin i ja stanęliśmy na szczycie Aconcagua!!! Ania i Grzesiek mieli atakować następnego dnia, ale wiatr był już tak silny, że nie było to niestety możliwe.
Dodatkową atrakcją były dwa dni w namiocie na 6000 m n.p.m. przy wietrze wiejącym jakieś 80-100 km/h, totalnych chmurach i śniegu. Nie dało rady iść ani w górę, ani w dół, w ogóle nie dało rady wyjść z namiotu. Człowiek się zastanawiał czy namiot potarga już czy dopiero za chwile. W międzyczasie dowiedziałam się dokładnie ile i jakiego ksztaltu jest plamek na ściankach sypialni mojego namiotu ;)
Mieliśmy niesamowicie wielką kupę szczęścia do pogody, tak wielką, że trudno sobie wyobrazic!
Wszystko to zasługa mojego hardkorowego Anioła Stróża od zadań specjalnych ;) Koleś jedną ręką uchylił nam na jeden jedyny dzień okienko pogodowe na jakieś trzy centymetry, a drugą ręką trzymał za fraki wiatr, żeby nam specjalnie nie przeszkadzal. Dzieki temu 26 lutego Marcin i ja stanęliśmy na szczycie Aconcagua!!! Ania i Grzesiek mieli atakować następnego dnia, ale wiatr był już tak silny, że nie było to niestety możliwe.
Dodatkową atrakcją były dwa dni w namiocie na 6000 m n.p.m. przy wietrze wiejącym jakieś 80-100 km/h, totalnych chmurach i śniegu. Nie dało rady iść ani w górę, ani w dół, w ogóle nie dało rady wyjść z namiotu. Człowiek się zastanawiał czy namiot potarga już czy dopiero za chwile. W międzyczasie dowiedziałam się dokładnie ile i jakiego ksztaltu jest plamek na ściankach sypialni mojego namiotu ;)
Namiot przetrwal jakimś cudem - pean pochwalny dla Marabuta się należy - straty minimalne, jak na warunki.
Wielki fuks! Kamienny Strażnik nas wpuścił do swojego Królestwa!
Wielki fuks! Kamienny Strażnik nas wpuścił do swojego Królestwa!
Most skalny, naturalny, na krowiej rzecze, żólty cały. Obok kramy z pamiątkami, duuużo pamiątek. Sweterki z lamy i tykwy do yerby, i biżuteria. Knajp kilka, w jednej bardzo sympatyczny pan, co załatwił nam muła. Nieczynna linia kolejowa i główna droga do Chile. Turyści, trzy gatunki - ci zwykli krajoznawczy, ci co właśnie zeszli z góry i ci, co do góry idą, na Aconcagua. Poniżej miejscowości mule parkingi i cmentarz andynistów, powyżej - wejście do parku i początek drogi do bazy, no i wiatr.
Mercedario poszło nam szybko, zostało trochę czasu, to przenieśliśmy się do sąsiedniej doliny i wyczłapaliśmy na Cerro Negro, czyli czarną rozpacz piargową, ale jakie kolory wokół! Góry, jakby je ktoś pastelami obsypał i pędzlem rozmazał. A ze szczytu widok na całą grupę Ramady z Mercedario w roli głównej - miód!
Przepiękne i kolorowe! Bardzo kolorowe! Różniaste, aż się chciało zbierać garściami te cuda i po kieszeniach upychać, tylko ciężko by ciut potem w plecaku było, dlatego wolałam zdjęcia robić ;)
Z obozu było widać grupę czerwonych skał w mocno wciętej dolinie. Było wolne popołudnie, to trzeba się było tam wybrać, bo ładne, a jakie kruche...
Jak człowiek siedzi w obozie i sie ruszyć nigdzie nie może, to mu się trochę nudzic zaczyna. Wtedy łazi z aparatem w łapie i się trochę uważniej przygląda temu co bliżej ziemi. I nawet tam, gdzie nic nie powinno rosnąć, znajduje coś co rośnie i jeszcze na dodatek ładne jest :)
Udało się nam!
Pogoda była piękna, słoneczko i białe kumuluski dodające uroku zdjeciom. A co najważniejsze viento blanco chyba też poszedł na urlop i nie mieliśmy okazji zaznać co znaczy prawdziwy, andyjski wiatr. Bardzo szybko się aklimatyzowaliśmy. W zasadzie nic nikomu nie było, więc śmigaliśmy między obozami.
W efekcie 9 lutego Marcin i ja stanelismy na szczycie Mercedario 6770 m n.p.m.!!!
Jakie góry! Jakie widoki! Panoramy kosmiczne!
Pogoda była piękna, słoneczko i białe kumuluski dodające uroku zdjeciom. A co najważniejsze viento blanco chyba też poszedł na urlop i nie mieliśmy okazji zaznać co znaczy prawdziwy, andyjski wiatr. Bardzo szybko się aklimatyzowaliśmy. W zasadzie nic nikomu nie było, więc śmigaliśmy między obozami.
W efekcie 9 lutego Marcin i ja stanelismy na szczycie Mercedario 6770 m n.p.m.!!!
Jakie góry! Jakie widoki! Panoramy kosmiczne!
