Ostatni taki weekend w Tatrach! Teraz już tylko czekamy na śnieg :) No i w ramach przedsezonowych spotkań skiturowych, w ramach tego czekania na śnieg, zebrała się konkretna ekipa i poszlimy w Tatery. Wysoko-bielsko-słowackie okolice z bazą w Plesnivcu. 20 stopni, piękne słoneczko, ani chmurki, ani zefirka - na pewno mamy koniec października? Wyjazd skiturowy, więc musiało być pozatrasowo - co dokładnie nam wyszło w związku z tym nie zdradzę ;) Była graniówka i był dziczek, jagnięcina z jastrzębiami opłakana rzewnymi łzami ;) Były też stada kozic.
A od czwartku w Tatrach będzie sypał śnieg...
Czasem człowiek ma trochę dość i z utęsknienim patrzy na deszczowe prognozy pogody i wcale się nie cieszy jak deszczowy weekend robi się nagle ciepły i słoneczny. No trudno! Kołdra staje się wtedy największym sprzymierzeńcem i z lubością człowiek pod nią zostaje na całe dwa dni.
A żeby pod tą kądrą za nudno nie było, to sobie czlowiek w końcu znajduje kanał, na którym można oglądać PolsatSport w jakości HD i zalicza dwa mecze w ramach Klubowych Mistrzostw Świata (SKRA Bęłchatów!!!) oraz jeden ligowy pojedynek z ZAKSĄ i Zagumnym w roli głównej. W międzyczasie jeszcze się przewijają wspomnieniowe urywki z czerwcowego meczu LŚ w Spodku.
A to wszystko dlatego, że się trzeba przygotować ;) Jutro powrót do gry!!!
Spa też było, ale co tam się będę rozwodzić nad nieistotnymi szczegółami ;)
Jak myślimy o górach wysokich, to przed oczami stają nam
ośnieżone, zimowe szczyty. Jak po głowie chodzą nam nasze karpackie pagóry, to w myślach pojawia się obraz jesiennie kolorowej, bieszczadzkiej buczyny.
Wychodzi na to, że jesień, to taka najbardziej karpacka pora roku. Ale my jesteśmy trochę na bakier z oczywistymi skojarzeniami i o Karpatach w tym numerze nie będzie za wiele. Pospacerujemy trochę po słowackiej Polanie i tyle. Rude buki muszą sobie Państwo pooglądać w Beskidach sami – gorąco zachęcam do natychmiastowego pakowania plecaków. A tu zapewnimy górską rozrywkę w trochę dalszym, wyższym i mniej kolorowym wydaniu.
Na pierwszy ogień pójdzie garść górskiego żelastwa. Zapraszamy na żelazne drogi. I wcale nie chodzi o podróż koleją, tylko całkiem konkretne wspinanie – o via ferratach jest mowa, i to tych trochę trudniejszych.
Dla odmiany jedziemy też w podróż na wschód. Do Gruzji zaprowadzą nas nowe szlaki, do Czarnogóry przyciągną skały Durmitoru, a do Albanii... No właśnie! Co nas ciągnie do Albanii? Nie wiem! To coś nie do końca zdefiniowanego, ale w ciągnięciu jest
bardzo skuteczne. Warto się o tym przekonać i dać po raz kolejny zaciągnąć w tą górsko frapującą część świata, choćby tylko na
naszym papierze.
Gdyby komuś było mało, byłby niezbyt zmęczony tymi dalekimi wędrówkami, to zawsze można sobie jeszcze po naszych pagórach pobiegać...
Czas na to idealny!
Jak już tak człowiek robi foty w ilościach hurtowych, to by się człowiek jeszcze czegoś w temacie nauczył. No to się uczy i takie tego wstępne efekty są:
Studio, lampy i że niby reklamówkowo ma być - nie mój klimat ale woda fajna.
Po mojemu bardziej to streetphoto - trochę czegoś na kształt reportażu, trochę dokumentalnie i moje ulubione nieostrości.
Zabawy kamerą wielkoformatową i ciemnia!
Zabawy kamerą wielkoformatową i ciemnia!
Piękne słońce, ciepełko, pierwsze bukowe kolory jesieni, kapitalna widoczność! Hmmm, front idzie. Ale zanim przyszedł, należało wykorzystać idelane okoliczności przyrody i się przejechać tam skąd Tatry widać. No i padło na tyle razy oglądaną, ale nigdy dotąd nieodwiedzoną, grupę Wiaternego Wierchu. Bardzo miłe rowerowanie (nawet podjazd był miły!), niespodziewane, spektakularne kąpiele błotne (w moim wykonaniu oczywiście), krzaking i zniewalająco-powalające widoki na Tatry i Pieniny z oddmiennej strony. Wszystko to w barwach już prawie ultrajesiennych. Zwieńczeniem tych delicji była delicja przyziemnie jadalna, czyli wyprażany syr ze słowackim piwem :)
A front ulewny przyszedł w niedzielę.
Rowerowa prawda nr 237:
Jak przjeżdżasz przez śliską groblę między dwiema dużymi i głębokimi kałużami, rób to na niskim przełożeniu. W przeciwnym razie prawdopodobieństwo wylądowania w jednej z tych kałuż drastycznie wzrasta ;)
Rowerowa prawda nr 843:
Z regulowaną sztycą to jest dopiero enduro-życie! ;D
Boli mnie łydka, a w zasadzie to dwie. I boli mnie kręgosłup od skakania, i mam posiniaczone przedramiona... Nie, nie grałam w siatkowkę :( AKURAT byłam na koncercie :) A pod sceną było fajnie i się dziecko wyskakało, jak dawno :D
Jak się dzieje, to wszystko w jednym czasie. Tak właśnie było w ten weekend - trzeba było być w trzech miejscach na raz. A jak trzeba było, to się było :)
W sobotę wspominana już wyprawa do Częstochowy na Superpuchar. Do tego wczelowa impreza gajówkowa po latach, więc też żal opuścić tak zacne wydarzenie. Zatem musiała nastąpić szybka teleportacja z Częstochowy na Orawę - 22.30 zameldowaliśmy się na imprezie. A o 7.00 się z niej wymeldowaliśmy by wylądować w Zakopanem i podłączyć się do tatrzańskiego wyjazdu kursowego. Sarnia Skała zdobyta bez tlenu! W pakiecie szwendolenie po Krupówkach i odwiedziny w jakże uwielbianych zakopiańskich progach.
Jesień w górach już! (tak na marginesie)
Długo wyczekiwane starcie: Resovia - Mistrz Polski kontra Skra - zdobywca Pucharu Polski. Zatem jazda do Częstochowy!
Dylemat komu tu kibicować pozostał. Mimo żółto-czarnego wdzianka chyba bliżej mi było do biało-czerwonych.
Resovia trcohę zaskoczyła. Spodziewałam się zajadłej walki w pięciu setach, a tu szybkie trzy pod dyktando Skry, więc superpuchar pojechał do Bełchatowa. Na boisku cudował Wlazły w towarzystkie Winiarskiego. Po drugiej stronie próbował podobnie tańcować Bartman, ale aż tak niesamowity to nie był ;)
W przerwie między podziwianiem pięknej siatkówki, a zachwycaniem się pięknymi tyłkami siatkarzy, namówiona przez Annę K. wmieszałam się w tłum gimnazjalistek i... mam mega lans fote z Anastasim!!!!!! :D
Generalnie mecze ligowe mają trochę inny klimat niż te na szczeblu międzynarodowym. Łatwiej dostać bilety w drugim rzędzie i jest więcej swobody w spacerowaniu w okolicach boiska. No prawie na to boisko można wleźć i wsadzić obiektyw w centrum gry :) Pełen luz, a nasi wspaniali siatkarze normalnie na wyciągnięcie ręki!
A przedpołudniem, zanim doczekaliśmy się sportowej uczty, trzeba było spróbować krajoznawczej przystawki. Pospacerowaliśmy sobie po Częstochowie i zdobyliśmy Jasną Górę, a co!
Dylemat komu tu kibicować pozostał. Mimo żółto-czarnego wdzianka chyba bliżej mi było do biało-czerwonych.
Resovia trcohę zaskoczyła. Spodziewałam się zajadłej walki w pięciu setach, a tu szybkie trzy pod dyktando Skry, więc superpuchar pojechał do Bełchatowa. Na boisku cudował Wlazły w towarzystkie Winiarskiego. Po drugiej stronie próbował podobnie tańcować Bartman, ale aż tak niesamowity to nie był ;)
W przerwie między podziwianiem pięknej siatkówki, a zachwycaniem się pięknymi tyłkami siatkarzy, namówiona przez Annę K. wmieszałam się w tłum gimnazjalistek i... mam mega lans fote z Anastasim!!!!!! :D
Generalnie mecze ligowe mają trochę inny klimat niż te na szczeblu międzynarodowym. Łatwiej dostać bilety w drugim rzędzie i jest więcej swobody w spacerowaniu w okolicach boiska. No prawie na to boisko można wleźć i wsadzić obiektyw w centrum gry :) Pełen luz, a nasi wspaniali siatkarze normalnie na wyciągnięcie ręki!
A przedpołudniem, zanim doczekaliśmy się sportowej uczty, trzeba było spróbować krajoznawczej przystawki. Pospacerowaliśmy sobie po Częstochowie i zdobyliśmy Jasną Górę, a co!
W końcu! Rower, Worek Raczański, pasmo graniczne i chatka na Zagroniu! No, plan perfekcyjny. Jednak mimo swej perfekcyjności, nie został zrealizowany fragment: pasmo graniczne - odcinek od Krawców Wierchu do Rycerzowej pozostanie nadal niezdobytą, białą plamą. Ale zamiennik był dobry, bardzo dobry, rewelacyjny! Po prostu lepszy :)
Podsumowując wydarzenia weekendu: mniam trawers w Worku Raczańskim, mniam widok i sernik na Wielkiej Raczy, mniam rozpoczęcie rowerowego dnia od kawy i kremówki, mniam drożdżowe ze śliwkami na Krawców Wierchu, mniam zjazd z Krawców Wierchu granicą, mniam leżenie na Rysiance, mniam zjazd żółtym do Ujsołów :)
Po raz kolejny potwierdzam, że Żywieckie jest pod rower najfajowszy!
A! Rowerowa prawda nr 743:
Zawsze zakładaj rękawiczki! Nawet na krótki, lajtowy zjazd, bo krwiożercza, dzika róża czai się za zakrętem!
No właśnie, pojeździć sobie, wybitnie nie pojeździłam. Wybitnie weekend wział się i rozwalił.
Ale była okazja założyć czerwone szpilki i poćwiczyć reporterkę. Pouprawiałam życie rodzinne, wyspałam się i weszłam w posiadanie kolejnych butów ;)
Beskid Mały jest zdecydowanie niedoceniany! Pięknie tam! Rowerowo tam! I nawet konkretnie zmęczyć się można :)
A w ramach luźnych przemyśleń:
Nie lubię Elixirów, bo hamulce te chyba nie do końca pamietają do czego zostały stworzone.
Nie lubię pana w serwisie, który mi wcisną metaliczne klocki, mimo że pięć razy powtórzyłam, że chce organiczne.
Nie lubię siebie, że tego nie zauważyłam.
W efekcie hamulec działa nieprecyzyjnie, jakimś dziwnym trafem blokuje się tylne koło, wtedy kiedy na pewno tego nie chcę, co skutkuje poślizgiem i glebą :/
Wniosek: należy w końcu zacząć jeździć bez używania hamulców ;)
A w ramach luźnych przemyśleń:
Nie lubię Elixirów, bo hamulce te chyba nie do końca pamietają do czego zostały stworzone.
Nie lubię pana w serwisie, który mi wcisną metaliczne klocki, mimo że pięć razy powtórzyłam, że chce organiczne.
Nie lubię siebie, że tego nie zauważyłam.
W efekcie hamulec działa nieprecyzyjnie, jakimś dziwnym trafem blokuje się tylne koło, wtedy kiedy na pewno tego nie chcę, co skutkuje poślizgiem i glebą :/
Wniosek: należy w końcu zacząć jeździć bez używania hamulców ;)
Wakacje! Takie najprawdziwsze! Najukochańsze :) Nie zamieniłabym na nic innego! Gorc!
Najpierw Gorcstok z kuchennej perspektywy - jak zwykle stanowisko: wrzątkowy :) Tym razem piękna pogoda, ciepłe noce, dużo dobrych ludzi i świetni wykonawcy - muzyka bez przerwy przez 48 godzin :)
Gdy już w niedzielne popołudnie baza opustoszała, zaczęło się prawdziwe bazowanie. Kameralne, wieczorne gitarzenie, grzanki z pieca, leżenie na hali z widokiem na Tatry i inne bazowe przyjemności. Przeprowadzilismy pierwszy gorcowy kurs rozpalania ogniska i palenia w piecu. Było też standardowe, kulinarne dogadzanie - ziemniaczana zupa pt. "co znaleziono na bazie", samorozmnażająca się pomidorówka, racuchy i glut. I tak w doborowym towarzystwie dotrwaliśmy do zwijania...
W zasadzie powolne zwijanie zaczęło się już w śrdoę. Tak sobie w ramach popołudniowej rozrywki składałyśmy po jednym namiocie. Działania konkretne rozpoczęliśmy w piątek. Mimo niewielkiego, porannego deszczu i bardzo kameralnej ekipy w sobotę koło południa siedzieliśmy już na spakowanych "walizkach" i czekaliśmy na wóz zwózkowy. Ech, smutno :( Jak ja nie lubie zwozić bazy i zostawiać takiej pustej hali... To był dobry sezon :)
Zjeżdżamy na Chatę, rozpakowujemy wóz, układamy szpej w magazynie i zamykamy na całe dziesięć miesięcy... Zostało tylko poimprezować na zakończenie i poopalać się w niedzielnym słońcu przed chatą...
Bardzo dziękuję wszystkim dobrym ludziom, którzy w tym sezonie włączyli się w gorcowe działania! Bazowym, praktykantom, rozbijającym, zwijającym, pomagającym, odwiedzającym!
Szczególna cześć i chwała należą się Marysi i Sebastianowi, bez których najzwyczajniej w świecie nie dałabym rady ogarnąć tego majdanu!
Zapraszamy w przyszłym roku! Będziemy świętować 45-lecie bazy i 20 Gorcstok :)
Najpierw Gorcstok z kuchennej perspektywy - jak zwykle stanowisko: wrzątkowy :) Tym razem piękna pogoda, ciepłe noce, dużo dobrych ludzi i świetni wykonawcy - muzyka bez przerwy przez 48 godzin :)
Gdy już w niedzielne popołudnie baza opustoszała, zaczęło się prawdziwe bazowanie. Kameralne, wieczorne gitarzenie, grzanki z pieca, leżenie na hali z widokiem na Tatry i inne bazowe przyjemności. Przeprowadzilismy pierwszy gorcowy kurs rozpalania ogniska i palenia w piecu. Było też standardowe, kulinarne dogadzanie - ziemniaczana zupa pt. "co znaleziono na bazie", samorozmnażająca się pomidorówka, racuchy i glut. I tak w doborowym towarzystwie dotrwaliśmy do zwijania...
W zasadzie powolne zwijanie zaczęło się już w śrdoę. Tak sobie w ramach popołudniowej rozrywki składałyśmy po jednym namiocie. Działania konkretne rozpoczęliśmy w piątek. Mimo niewielkiego, porannego deszczu i bardzo kameralnej ekipy w sobotę koło południa siedzieliśmy już na spakowanych "walizkach" i czekaliśmy na wóz zwózkowy. Ech, smutno :( Jak ja nie lubie zwozić bazy i zostawiać takiej pustej hali... To był dobry sezon :)
Zjeżdżamy na Chatę, rozpakowujemy wóz, układamy szpej w magazynie i zamykamy na całe dziesięć miesięcy... Zostało tylko poimprezować na zakończenie i poopalać się w niedzielnym słońcu przed chatą...
Bardzo dziękuję wszystkim dobrym ludziom, którzy w tym sezonie włączyli się w gorcowe działania! Bazowym, praktykantom, rozbijającym, zwijającym, pomagającym, odwiedzającym!
Szczególna cześć i chwała należą się Marysi i Sebastianowi, bez których najzwyczajniej w świecie nie dałabym rady ogarnąć tego majdanu!
Zapraszamy w przyszłym roku! Będziemy świętować 45-lecie bazy i 20 Gorcstok :)
Wyjazd przepięknych zjazdów, trudnych trawersów, dobijajacych wypychów i koniecznego asfaltu. Generlanie konkret, męczacy konkret :)
Pociągowa akcja od Pasma Polic, po prawie Pilsko. Oficjalnie stwierdzam, że Żywiecki ma chyba największy rowerowy potencjał - długo i szybko :)
Jestem absolutnie zachwycona pasmem granicznym, odcinek od Mędralowej do przełęczy Glinne jest świetny. Nie licząc kilku wypychów na Jaworzynę, Beskid Krzyżowy, Beskid Korbielowski i Studenta, ale licząc zjazdy z nich. Jak dodamy do tego pędzenie z Miziowej zielonym i resztkami czarnego do Krzyżowej, to robi się już ultra pięknie. Zaskakująco fajna jest też końcówka zielonego spod Policy do Zawoi - niespodziewane, kręte single miło atakują tam człowieka. Techniczne wyzwanie stanowią natomiast dwa trudne trawersy - Policy zielonym i od granicy na Miziową czerwonym. Oj, korzeniaście, kamieniście - zdecydowanie przyszłościowo. Lekko kwaskowatą wisienkę na torcie był asfaltowy odcienek z Jeleśni do Suchej, ale cóż, jakoś do pociągu trzeba się było dostać.
Podsumowanie wychodzi całkiem nieźle: 91 km w sumie, w tym 27 km asfaltem niestety. Życiówka prawie normalnie ;)
Pociągowa akcja od Pasma Polic, po prawie Pilsko. Oficjalnie stwierdzam, że Żywiecki ma chyba największy rowerowy potencjał - długo i szybko :)
Jestem absolutnie zachwycona pasmem granicznym, odcinek od Mędralowej do przełęczy Glinne jest świetny. Nie licząc kilku wypychów na Jaworzynę, Beskid Krzyżowy, Beskid Korbielowski i Studenta, ale licząc zjazdy z nich. Jak dodamy do tego pędzenie z Miziowej zielonym i resztkami czarnego do Krzyżowej, to robi się już ultra pięknie. Zaskakująco fajna jest też końcówka zielonego spod Policy do Zawoi - niespodziewane, kręte single miło atakują tam człowieka. Techniczne wyzwanie stanowią natomiast dwa trudne trawersy - Policy zielonym i od granicy na Miziową czerwonym. Oj, korzeniaście, kamieniście - zdecydowanie przyszłościowo. Lekko kwaskowatą wisienkę na torcie był asfaltowy odcienek z Jeleśni do Suchej, ale cóż, jakoś do pociągu trzeba się było dostać.
Podsumowanie wychodzi całkiem nieźle: 91 km w sumie, w tym 27 km asfaltem niestety. Życiówka prawie normalnie ;)
Dyskusja na temat, jaka jest istota enduro wywiązała się w poniedziałek. We wtorek stwierdziliśmy, że w środę trzeba definicje sprecyzować w terenie. Konfrontacja z nie najłatwiejszymi ścieżkami w Beskidzie Wyspowym doprowadziła nas do wniosku, że zupełnie o co innego nam chodzi w górskim rowerowaniu ;)
Wspaniała Rosja! I prawie wspaniała Brazylia! Przepiękny, przewrotny mecz! O to chodzi w siatkówce! Zawsze może być inaczej niż się wydaje! :)
1. Rosja, 2. Brazylia, 3. Włochy
Biorąc pod uwagę, że Włochom wtłukliśmy w grupie, Brazylię ograliśmy 4/5 razy w tym sezonie, a to Rosjanie satnęli nam na przeszkodzie, to jak ktoś powie, że nie jesteśmy w czołówce światowej siatkówki, to zatłukę! ;)
PS. Po chłodnej analizie mojej wypowiedzi, doszłam do wniosku, że właśnie tak się rodzi agresja stadionowa... ale, żeby nie było, nikomu krzywdy robić nie zamierzam :)
1. Rosja, 2. Brazylia, 3. Włochy
Biorąc pod uwagę, że Włochom wtłukliśmy w grupie, Brazylię ograliśmy 4/5 razy w tym sezonie, a to Rosjanie satnęli nam na przeszkodzie, to jak ktoś powie, że nie jesteśmy w czołówce światowej siatkówki, to zatłukę! ;)
PS. Po chłodnej analizie mojej wypowiedzi, doszłam do wniosku, że właśnie tak się rodzi agresja stadionowa... ale, żeby nie było, nikomu krzywdy robić nie zamierzam :)
Dalekam od jarania się wielkimi wydarzeniami sportowymi, tylko daltego, że są wielkie. Małyszomania, Tour de Ski i Euro skuteczniej mnie odstraszały, niż pociągały do wielkiego kibicowania. Wyjątek jest jeden - siatkówka, męska siatkówka, w wykonaniu polskiej reprezentacji głównie.
Z racji tego, że Olimpiadę mamy, że niby wielkie święto sportu wszelkiego, to tak sobie postanowiłam pokibicować ciut. W dyscyplinach dwóch, jak się okazało pechowych dwóch... Kibicowanie według mnie ma jakikolwiek sens, jak się coś o dyscyplinie wie, więcej wie, a najlepiej, jak się ją uprawia, albo uprawia coś w jej okolicach.
No więc z okazji, że uprawiam siatkowkę i coś na kształt kolarstwa górskiego (daleko mi do XC w czystej postaci, ale powiedzmy, że to zbliżone jest do roweru w górach), postanowiłam na IO śledzić wyczyny w tych dziedzinach.
Finały tych dwóch dyscyplin zbiegły się z taką se pogodą i ogromną potrzebą, uwaga!, spędzenia całego weekendu w domu (poprzedni taki miał miejsce w grudniu zeszłego roku, więc chyba mi się należało już). Zatem prócz beztroskiego odsypiania, powolnego picia kawy, mycia okien i odrabiania zaległości gazetowo-czytelniczych, zasiadłam przed kompowym ekranem by oglądać wyścigi XC i siatkówkowe finały. Medali naszych brak... Włoszczowska połamana jeszcze przed rozpoczęciem IO, siatkarze nasi wspaniali też już nie walczą, ale popatrzeć było miło i ekscytująco. Zwłasza jak Rosjanie z Brazylijczykami tkłukli się nawzajem w pięknym, przewrotnym, siatkarskim pojedynku....
W ramach weekendu domowego wyrosła mi na podłodze mięciutka, zielona trawa! I jest już ultra zielono-czerwono! Nawet okładka ostatniego bB wpisuje się idealnie w dezajn mojej przestrzeni ;)
Aaa, wydawało mi się, że mam czyste okno, ale to złudne było...
12 sierpnia miałam tu wklejać takie samo zdjęcie, jak 8 lipca po finale Ligi Światowej. Nie wkleję. Naprawdę wierzyłam, że jest to możliwe, że chłopaki dadzą radę to wygrać, naprawdę. Nie dali. Tym razem, teraz, nie. Rosjanie w ćwierćfinale turnieju olimpijskiego byli dużo lepsi. Przypomniał mi się mecz z Memoriału Wagnera w 2011 roku, choć ranga zupełnie inna. Przypakowani, ogromni siatkarze rosyjscy i nasze chłopaki. Wtedy dostali tak samo...
Szkoda mi ich, bo teraz psy na nich powieszą, że beznadziejni, że nie umieją grać, że bezsensu, że miał być medal, że co to ma być, że wstyd, że żenada, że porażka, że...
NIEEEE!!! Odczepić się od nich! Kawał ciężkiej, dobrej roboty! I za to cały czas należy uwielbiać naszych siatkarzy! Ja uwielbiam! Zawsze!
Panowie, mimo wszystko gracie piękną siatkówkę! Dzięki!
Gorce mam objeżdżone na dziesiąta stronę. Wiadomo, nie wszystkie szlaki jeszcze zjechane, ale te w zasięgu koleji, już tak. No ale co tu zrobić, jak na lubański Dzień NaLeśnika trzeba się dostać, a towarzystwo rowerowo-samochodowe się akurat w świat rozjechało. Nie ma, że boli - znów do Pyzówki, przez błonta na Stare Wierchy i Turbolot. Potem było arcymiło przez chwilę z Kiczory na Knurowską i arcydługaśnie Pasmem Lubania. Na konkurs naleśnikowy się spóźniłam, ale porcje naleśników dostałam :) Nocleg na Lubaniu był ekperymentalny - testowałam nowy patent namiotowo-rowerowy, czyli wpaniałą, ultrakompaktową płachtę biwakową - patent rowerowo ma przyszłość, nawet w deszczu ;)
Po porannym, niedzielnym deszczu przystawiłam się do zjazdu z Lubania. Od dawna chciałam w końcu spróbować pokonać ten najstromszy odcinek ze szczytu. No prawie się udało, ale czysto i ładnie zdecydowanienie nie było - jeszcze kilka razy... Fajny, różnorodny zjazd niebieskim do Ochotnicy i do Gorcowego asfaltem do końca, a potem dobijający wypych na Gorc (ech, szałas na polance przy skrócie się posypał). Znów na Gorcu! Jak ja lubię tam być! No i właśnie z tego lubienia szanse na złapanie pociągu do Kraka spadły do zera. Kilka pomysłów się pojawiło, jak tu z rowerem do domu wrócić, włącznie z powrotem w poniedziałkowy, blady poranek - wówczas załadownie rowerka do PKSu jest bardziej realne niż w niedzielny wieczór. Jednak rozsądek zwyciężył i z bólem serca bazę trzeba było opuścić i na sporym spidzie do Nowego Targu przez Turbolot się pokulać. Zjazd zielonym do Kowańca, zwłaszcza na ostatnim odcinku, jest całkiem ekscytujący. Pozostało tylko wcisnąć się do jakiegoś Szwagra, co z baaardzo ubłoconym rowerem nie jest proste. Pierwszy kierowca wysłał mnie na drzewo, ale za to serdecznie pozdrawiam przesympatycznego pana kierowcę ze Szwagra o 19.00 z NT, który na widok mojego totalnie ucioranego rowerka powiedział: nie ma problemu i z uśmiechem otworzył bagażnik :)
Po porannym, niedzielnym deszczu przystawiłam się do zjazdu z Lubania. Od dawna chciałam w końcu spróbować pokonać ten najstromszy odcinek ze szczytu. No prawie się udało, ale czysto i ładnie zdecydowanienie nie było - jeszcze kilka razy... Fajny, różnorodny zjazd niebieskim do Ochotnicy i do Gorcowego asfaltem do końca, a potem dobijający wypych na Gorc (ech, szałas na polance przy skrócie się posypał). Znów na Gorcu! Jak ja lubię tam być! No i właśnie z tego lubienia szanse na złapanie pociągu do Kraka spadły do zera. Kilka pomysłów się pojawiło, jak tu z rowerem do domu wrócić, włącznie z powrotem w poniedziałkowy, blady poranek - wówczas załadownie rowerka do PKSu jest bardziej realne niż w niedzielny wieczór. Jednak rozsądek zwyciężył i z bólem serca bazę trzeba było opuścić i na sporym spidzie do Nowego Targu przez Turbolot się pokulać. Zjazd zielonym do Kowańca, zwłaszcza na ostatnim odcinku, jest całkiem ekscytujący. Pozostało tylko wcisnąć się do jakiegoś Szwagra, co z baaardzo ubłoconym rowerem nie jest proste. Pierwszy kierowca wysłał mnie na drzewo, ale za to serdecznie pozdrawiam przesympatycznego pana kierowcę ze Szwagra o 19.00 z NT, który na widok mojego totalnie ucioranego rowerka powiedział: nie ma problemu i z uśmiechem otworzył bagażnik :)
Cóż za emocje! Bo Góry po Robocie rozpoczęły się na Przełęczy Spytkowickiej dokładnie z pierwszym gwizdkiem meczu Polska - Argentyna (w siatkówkę na Olimpiadzie). Lapidarna relacja czytana z ekranu telefonu w takich okolicznościach przyrody była niezwykle emocjonująca - nasi siatkarze pięknie wygrali oczywiście! A my pięknie się przespacerowaliśmy przez ostępy Pasma Podhalańskiego, rekord długości wycieczki pobijając. Miły wieczór i poranek w bazie namiotowej "Madejowe Łoże" w Podwilku i powrót do roboty ze słonecznym widokiem na Babiszcze. Lubię to! ;)
