Oświata oświęcimska - reaktywacja.
Scrable - sport dla kontuzjowanych - odsłona trzecia.
Tatry. Po dwóch miesiącach znów w Piątce. Tym razem z ręką w jednym kawałku, tylko ukochanych, zimowych zwierzątek brak. Poza tym nic się nie zmieniło, góry jak stały, stoją, słońce tak samo świeci, tylko śniegu sporo mniej. A na krokusy, to może trzeba się było do Chochołowskiej wybierać, ale w zasadzie, to nie o nie tu chodziło tak naprawdę.
Jak mi nic nie wolno, to przynajmniej chodzić mi wolno po Łodzi rankiem bladym przez dziwne dwie godziny i po Krakowie wczesnym popołudniem.
A wieczorem panowie WesołoSmutni zagrali kawał dobrej muzyki!
W związku z tym stwierdzam, że: skakać - mogę, podnosić rączki do góry - mogę, klaskać - nie mogę. I mam już dwa zielone, gumowe jeżyki do ściskania!
A na koniec apel taki: Ludki wszystkie, co się po Tatrach zimą włóczycie! Nie ruszjacie się nigdzie bez trójcy lawinowej!
Zdjęli mi gips! Ale...
...o turach w tym sezonie mogę zapomnieć... do zobaczenia w listopadowym puchu!
...na rowerek w teren dopiero w maju...
...wspin i siatkówka dopiero w wakacje...
...wynegocjowałam na teraz basen i rower miejski...
ale mam takiego fajnego, zielonego, gumowego jeżyka do ściskania...
...o turach w tym sezonie mogę zapomnieć... do zobaczenia w listopadowym puchu!
...na rowerek w teren dopiero w maju...
...wspin i siatkówka dopiero w wakacje...
...wynegocjowałam na teraz basen i rower miejski...
ale mam takiego fajnego, zielonego, gumowego jeżyka do ściskania...
No tak... od kopalni złota, przez Jałowiec i Tatry można dotrzeć na Jurę Północną. W pielgrzymce tam, gdzie swój początek polskie, zorganizowane krajoznawstwo miało (w dużym skrócie - w efekcie powstało PTTK) udać się przez przypadek trzeba było. A za miedzą mekka wspinu północnojurajskiego jakaś taka pusta dziwnie białą skałą świeciła.
Dla niezorientowanych - chodzi o Ogrodzieniec i Podzamcze.
A przy okazji jeszcze Birów, Pustynię Błędowską i Rabsztyn się odwiedziło.
Każdy powód, żeby zrobić imprezę jest dobry. Jak się chce, żeby się ktoś na gipsie podpisał, co by był jeszcze bardziej wyjątkowy, to też można zrobić imprezę. Wystarczy kupić opakowanie kolorowych pisaczków, trochę pączków, trochę wiśniówki i jest!
Zauważyłam taką dziwną prawidłowość, że zdecydowana większość moich podróży na Chatę wiązała się z jakimś lizaniem ran po moich dziwacznych przygodach. I tak:
- listopad 2009 - naderwane ścięgno prawego kolana...
- maj 2010 - 523 porysowe siniaki...
- wrzesień 2010 - opad sił po wściekłej szczepionce...
- luty 2011 - ręka w gipsie...
Równocześnie, zupełnie nie wiem czemu, zawsze to leczenie wiązało się z dość ciekawą imprezą...
Tym razem Gocha skończyła 2 lata! I godnie ten jubileusz uczciliśmy! ;) Kielona, i to pełnego, zagipsowaną ręką trzymać się da!
A na gorcowych włościach biała cisza i spokój...
A na gorcowych włościach biała cisza i spokój...
- dwadzieścia pięć godzin snu
- jedno muzeum
- trzy rozpusty
- jeden Kraków
- pierwszy weekend od trzech miesięcy stacjonarnie.
Muzeum Fabryka Schindlera
wystawa "Kraków – czas okupacji 1939–1945"
Zarezerwować sobie cały dzień i migiem pomykać!
Rewelacja!
- jedno muzeum
- trzy rozpusty
- jeden Kraków
- pierwszy weekend od trzech miesięcy stacjonarnie.
Muzeum Fabryka Schindlera
wystawa "Kraków – czas okupacji 1939–1945"
Zarezerwować sobie cały dzień i migiem pomykać!
Rewelacja!
To się nazywa miłość do roweru...
Łancuch rowerowy stał się moją integralną częścią...

Jeszcze trzy tygodnie gipsu...
Łancuch rowerowy stał się moją integralną częścią...

Jeszcze trzy tygodnie gipsu...
No i dlaczego zachwycam się kobietą?!
W ramach bycia kuter-ręką miał być szybki wypad w "Góry dla zabieganych" na Babkę. Rano jakoś dziwnie nikt mi nie chciał wierzyć, że będzie lampa...
Zaczęło się od małego wypadku, więc z poszkodowaną trzeba było zawrócić. Gdy oddałam ją w dobre ręce, w południe znów wylądowałam na Krowiarkach - zatem szybkie bieganie na Babkę :)
To znaczy najpierw rozsądnie pomyślałam: babo! masz rękę w gipsie - tylko spacer do schroniska na spotkanie reszty ekipy.
Potem pomyślałam: e, tak ładnie, szkoda by było, tylko na Sokolicę, potem odwrót, jak będzie kichowato, bo babo! masz rękę w gipsie.
Na Sokolicy pomyślałam: e, tam, lecim!
No i wyleciałam :) Cud pogoda, lekki, babski zefirek, jak zawsze, ach! Zbieg na Bronę, choć bez kijów było czujnie, w rakach byłoby milej. A z Brony tyłko-zjad do schroniska, pycha-żurek i na dół.
Dobrze, że nie postanowiłam "być kaleką" i siedzieć w domu - to będę robić jutro ;)
Powiedziałabym nawet wręcz przeciwnie - miła i sympatyczna. W zasadzie pierwszy raz miałam doczynienia ze szpitalem tak na poważnie. W zeszłą niedzielę, gdzieś koło 23.00 zameldowałam się ze spuchniętą, fioletową ręką na SORze w szpitalu na Galla, nastawiona na spędzenie tam połowy nocy. Wchodzę, czytam informacje na okienku, rozglądam się, miły portier mówi, że zaraz ktoś podejdzie. Podeszła miła pielęgniarka, spytała o co chodzi, spisała i kazała chwilę poczekać. Po 10 min (!) wyszła pani z SORu i poprosiła mnie, 20 minut później miałam zrobioną fotę ręki, stwierdzone podwójne złamanie i byłam w trakcie gipsowania. Dostałam skierowanie na konsultacje w tymże szpitalu na piątek.
W piątek stawiłam się w wyznaczonym czasie. 4 osoby przede mną. Pół godziny później już odbierałam kontrolnego rentgena. Weszłam do gabinetu wg poprzedniej kolejki. 10 minut później wędrowałam do rejestracji ze skierowaniem do szpitala na krojenie ręki.
W południe w niedzielę zameldowałam się na oddziale ortopedyczno-urazowym, ślicznym z resztą, przedwczoraj wyremontowanym. Miły pan doktor, też jeżdżący na nartach, wywiad ze mną zrobił i położył do łóżka. Przemiłe panie pielęgniarki i panie salowe ganiały w te i nazad, pomagały wszystkim jak mogły. Nawet głupio człowiekowi było, że mu łóżko ścielą. A jeszcze zakręcony anestezjolog przyszedł na ploty. Obiecał, że jeśli jeszcze raz połamię się poza trasą, to będę składana bez znieczulenia.
W poniedziałek zdarto mnie z łóżka i wypucowano mi rączkę. Zaprowadzono na blok operacyjny, podano ćpuńską dawkę morfiny i wstrzyknięto w pachę coś co sprawiło, że rączka przestała być moja. Wylądowałam w zielonym pokoju, a za zielonym parawanikiem panowie chirurdzy zabrali się za rzeź mojej dłoni. Cosik im to długo szło, narzekali trochę - wniosek, że proste te moje kostki do poskładania nie były. W efekcie moje wnętrze wzbogaciło się o kilka kawałków tytanu. Potem chwilę jeszcze poleżałam, fote z żelastwem kontrolnie zrobili, odwieźli na salę i w końcu dali jeść, a jak trzeba było to i przecibólowe świństwo zapodali.
Dziś przedpołudniowe czekanie, wypis i do domu. W piątek kolejna kontrola.
Naprawdę wszyscy dla wszystkich byli mili i sypatyczni, odwalali kawał porządnej i ciężkiej roboty praktycznie na każde wezwanie. Jak się już musi mieć coś ze służbą zdrowia wspólnego, to taka wersja jest jak nabardziej ok :)
Regionalne Forum Oddziałów Małopolskich PTTK - brzmi potwornie. Jak była łapanka na tą imprezę, to szybko stwierdziłam: ja mam nowe narty, na pewno będzie śnieg - nie ma mnie! Jak widać bywa przewrotnie. W poniedziałek najperw się na de mną szczerze użalono na widok gipsu, a potem z szyderczym uśmiechem padło: jedziesz! No to pojechałam. Zwiedziłam skansen w Wygiezłowie, zjadłam dwa obiady i przy pysznych pączkach po raz sto pięćdziesiąty ósmy przekonałam się dlaczego nasze Szanowne Towarzystwo działa jak działa - no sympatycznie...
A na jutro przygoda nowa: szpital.
Prognozy na weekend były więcej niż wspaniałe, śniegu w Tatrach coś dopadało, no nic, tylko foczyć! A tu weekend przeznaczony na Bal Przewodnika i jak tu to wszystko połączyć?
Pierwszy plan: szybki Kasprowy w sobotę i na bal z powrotem do Kraka. Plan szybko się zmienił i stanęło na przejściu od Kasprowego do Piątki w towarzystwie świetnej ekipy. W takich okolicznościach przyrody powrót był bezsensu. Wyszła przepiękna, dwudniowa, tatrzańska tura. Dla mnie prawdziwa szkoła foczego życia :) Spora naukowa droga jeszcze przede mną. A, i testowanie nowych nartek było i pierwsze rysy na ślizgach też.
Pierwszy plan: szybki Kasprowy w sobotę i na bal z powrotem do Kraka. Plan szybko się zmienił i stanęło na przejściu od Kasprowego do Piątki w towarzystwie świetnej ekipy. W takich okolicznościach przyrody powrót był bezsensu. Wyszła przepiękna, dwudniowa, tatrzańska tura. Dla mnie prawdziwa szkoła foczego życia :) Spora naukowa droga jeszcze przede mną. A, i testowanie nowych nartek było i pierwsze rysy na ślizgach też.
Ja chce więcej!!! Ale...
Wróciłam z niezłą pamiątką: złamane dwie kości śródręcza lewej dłoni, jedna lekko przemieszczona - tylko się ręką podparłam na pierwszym nietrudnym zjeździe, potem jeszcze dwa dni tury z tą ręką zrobiłam... Fota dłoni nie wygląda najlepiej... Gips na 6 tygodni...
No ale zawsze można kijek narciarski do gipsu srebrną taśmą przylepić ;)
Patrzeć, jak było niesamowicie pięknie!
Wróciłam z niezłą pamiątką: złamane dwie kości śródręcza lewej dłoni, jedna lekko przemieszczona - tylko się ręką podparłam na pierwszym nietrudnym zjeździe, potem jeszcze dwa dni tury z tą ręką zrobiłam... Fota dłoni nie wygląda najlepiej... Gips na 6 tygodni...
No ale zawsze można kijek narciarski do gipsu srebrną taśmą przylepić ;)
Patrzeć, jak było niesamowicie pięknie!
Sie trzeba pochwalić! A co! Druga inwestycja życia zakończona sukcesem. Pół roku myślenia, trzy miesiące kupowania, dwa wieczory składania i jest. Teraz testy. Oczywiście chodzi o nowe narciochy, a dokładniej cały zestaw turowy. Generlanie przesiadka na Dynafita - ma być lekko! Największy zamot był z butami, bo warunków do dokonywania wyborów w naszej wspaniałej okolicy sklepowej nie ma. A jeszcze doktorat z pasowania by się przydał, bo jak się okazało to nauka wielka i wiedza tajemna. W końcu stanęło na nowej Scarpie. Po zczajeniu wszelkich możliwych promocji i źródeł tańszego kupowania, przelewy poszły, zaczęło się czekanie i zastanawianie czy aby na pewno dokonane wybory są słuszne, zwłaszcza, że konto troche odchudziły. Zamiast wiązań dostałam kubek termiczny, a narty chwilę jechały przez zaśnieżoną Europę, ale już wszystko jest.
Z całym tym szpejstwem w pudełkach i folijkach jeszcze stawiłam się w serwisie: buty wygrzane, wiązania przykręcone, foki sama przycięłam (aż się spociłam przy tym, ale nie wyszło tak bardzo krzywo ;).
Jakie to szerokie! Jakie to lekkie! Jak się w to wpiąć?! - to takie pierwsze wrażenia, testy w sobotę na Kasprowym :)
Oczywiście, jak tylko kupiłam, to się na pewnym forum dowiedziałam, że:
- TE buty są za duże...
- TO wiązanie pęka...
- klej spływa z TYCH fok...
- TE narty są rachityczne, nietrwałe, zaraz się złamią, ślizgi znikną, krawędzie odpadną i jazda na nich to żadna przyjemność...
No chyba przestanę to czytać ;)
Aha, no teraz to ja się już MUSZĘ nauczyć na tym jeździć!
Z całym tym szpejstwem w pudełkach i folijkach jeszcze stawiłam się w serwisie: buty wygrzane, wiązania przykręcone, foki sama przycięłam (aż się spociłam przy tym, ale nie wyszło tak bardzo krzywo ;).
Jakie to szerokie! Jakie to lekkie! Jak się w to wpiąć?! - to takie pierwsze wrażenia, testy w sobotę na Kasprowym :)
Oczywiście, jak tylko kupiłam, to się na pewnym forum dowiedziałam, że:
- TE buty są za duże...
- TO wiązanie pęka...
- klej spływa z TYCH fok...
- TE narty są rachityczne, nietrwałe, zaraz się złamią, ślizgi znikną, krawędzie odpadną i jazda na nich to żadna przyjemność...
No chyba przestanę to czytać ;)
Aha, no teraz to ja się już MUSZĘ nauczyć na tym jeździć!
Po sobotnim zjazdowym Szczyrku przyszła pora na niedzielny foczy Kasprowy! To druga próba w tym sezonie. Przed świętami nas wywiało z kotła, teraz pełnia szczęścia. Ale w końcu pojawił się jakiś śnieg! I to w najlepszym wydaniu - PUCH!!! Świeżutki, cudowny puszek! Wszędzie indziej jeszcze mało, więc Goryczką na Kasprowy, jeden zjazd Gąsienicą i potem fantastyczny zjazd Goryczką!
Puch jest cudowny, fantastyczny, po prostu wspaniały! I choć jeszcze nie umiem za bardzo po nim jeździć, to już uwielbiam! Udało się poczuć plywanie! :)
Sypie!!!! Dla niedowiarków obrazki.
A tak tylko wspomnę cicho, że następne puchowe zabawy będa już na nowych, i co ważne, szerszych dechach! Juhu!
W styczniu zeszłego roku, po powrocie z alpejsko-narciarskeigo wyjazdu sylwestrowego siadłam przed kompem i mnie zamurowało... Kaśka Goncerz, koleżanka z koła miała wypadek lawinowy, w Tatrach, pod Kończystą, na zwykłej wycieczce, przy ładnej pogodzie, przy lawinowej jedynce...
Kaśka jest przewodnikiem, była u mnie na kursie, sporo się wspinała, foczyła, ciągle w górach.
Minął już ponad rok, Kaśka ma uszkodzony kręgosłup, nie chodzi, ale walczy!
No to teraz POMAGAMY! Co i jak szczegółowo robić napisane jest tu.
Co ja będę ukrywać! Powiem wprost, na samym wstępie: uwielbiam tury i foki! To moje ukochane zwierzątka! Foki mają takie fajne futerko i piskają, wcale nie tak cicho, jak tylko pojawi się pierwszy śnieg. A tury, które, jak twierdzą niektórzy wyginęły, żyją sobie czasem spokojnie, czasem całkiem ekstremalnie. Ich populacja wbrew pogłoskom z sezonu na sezon powiększa się coraz bardziej.
No tak, ten uroczy zwierzyniec zabieramy ze sobą w góry w zimie. Tylko po co? Żeby pojeździć na nartach! Ale nie na stoku, zamarzając w kolejce do wyciągu lub na ślamazarnym krzesełku, narzekając na źle wyratrakowaną trasę i lód, omijając hałaśliwe szkółki narciarskie, wdychając zapach przypalanej kiełbaski z grila i słuchając kiepskiej jakości, głośnej muzyki lecącej z głośników. O nie! Bierzemy narty na plecy i idziemy z nimi poza trasę...
Turystyka narciarska, skitouring, skitur, skialpinizm, narciarstwo wysokogórskie, frirajd, turowanie, foczenie – w sumie każde z tych określeń opisuje odrobinę coś innego, ale wszystko to łączą dwie rzeczy: narty i pozatrasowość zagadnienia! Czyli w zasadzie wracamy do początku narciarstwa w ogóle, do początku zimowej eksploracji gór. Tylko w międzyczasie ultralekkie włókna wszelakie zastąpiły drewniane deski bez krawędzi, skomplikowane konstrukcje z kosmicznych stopów metali zastąpiły skórzane rzemienie i metalowe sprężyny, plastikowe skorupy z termoformowalnymi botkami zastąpiły wiązane trzewiki. Trochę się zmieniło, ale góry w zasadzie te same, stoki tak samo nachylone i śnieg pada też w ten sam sposób.
Zatem wypuszczamy foki na wolność! Niech sobie pobiegaj! Tylko w skiturowej euforii i zachwycie proszę uważać, żeby sobie jakiejś lawiny na głowę nie spuścić...
Co w ósmym numerze Gazety Górskiej można sprawdzić tu.
Co w ósmym numerze Gazety Górskiej można sprawdzić tu.
Połowa stycznia, środek zimy, powinien leżeć metr świeżego śniegu, powinno być -10 stopni i powinno lekko pruszyć z nieba, do tego ładne słonko... w marzeniach jakiś niedorzecznych... Zatem jak się nie da z foki to się da na rowerze :) Też cudnie! A jak się okazało podkrakowska okolica super na śródzimowy rozjazd rowerowy się nadaje. Muszę swoją miejscówkę bardziej wykorzystywać i na północny-zachód dwa kólka ruszać, bo kawał fajnego lasu, a i zjazdu też się tu znajdzie.
I nawet zimno nie było, błota też nie jakoś strasznie. Ot, zupelnie miłe, niedzielne rowerowanie, co tam, że w styczniu... W maju będziemy na nartach jeździć!
Jak nie spadnie śnieg, to się za tydzień trzeba będzie gdzieś w góry dwukołowo ruszyć. Choć w sumie wolałabym śnieg, śnieg, duuuużo śniegu...
A tak wygląda styczeń bez śniegu.
To nieprawda, że Trzej Królowie przybyli na wielbłądach! To były foki!
Długi weekend styczniowy podarowano nam z zaskoczenia, więc jakiś fajerwerków wyjazdowych nie udało się szybko zorganizować. Zresztą i tak wszędzie kiepsko ze śniegiem. Nic to! Z foki trzeba było zapodać.
Pierwszy dzień foczo-zjazowy w Szczawnicy z wieczornym przeczłapem na Durbaszkę. Drugiego dnia mała walka pozatrasowa nad Jaworkami, co doprowadziło do tego, że jeden uczestnik imprezy od nas uciekł i we dwie z Anią podreptałyśmy dalej na Niemcową, we mgle i po ciemku, gubiąc się w lesie kilka razy. Ale zjazd spod Rogacza do chaty ciemną nocą był ciekawy. Rankiem sobotnim miały być zjazdy po łące przed chałupą, jako to drzewiej bywało, ale śniegu niedobór znaczny. Zjechałyśmy do Piwnicznej połowicznie, a potem się zaczęło czołganie w Pasmo Jaworzyny. Narty trzeba było sporo wytargać, mgła się szybko zasnuła, szlak oczywiście zgubił, a i padać zaczęło! W styczniu deszcz?! Dokulałyśmy się mokre, ale nawet niezmaltretowane na Cylre - miejsce cudne i urocze - gdzie nas nakarmiono pierogami, upieczono w piekarniku i rudymi kotami sympatycznie poszczuto. Ranek niedzielny, a tu słońce! Na Jaworzynę zatem! Kawał drogi w dobrym czasie, a po drodze: Tatr i morza mgieł kątemplucie, obiad na Łabowskiej, ratowanie dżdżownicy, trzy sarenki i trzy duże, jelenie zady, sprint na Runek, wywieszony jęzor na Jaworzynę, mglisty zjazd i fuks transportowy - jednym słowem wielka nagroda za trudy wcześniejsze.
Śniegu już nie ma :( Chwilami wydawało nam się, że ktoś specjalnie dla nas rozłożyl biały dywanik szerokości metra, który jak tylko przejedziemy zostanie zwinięty.
Refleksja tury: stworzeń tatrzański beskidzkiego nie pojmie ;)
Obrazków kilka charakteru w żaden sposób nieoddających.
Długi weekend styczniowy podarowano nam z zaskoczenia, więc jakiś fajerwerków wyjazdowych nie udało się szybko zorganizować. Zresztą i tak wszędzie kiepsko ze śniegiem. Nic to! Z foki trzeba było zapodać.
Pierwszy dzień foczo-zjazowy w Szczawnicy z wieczornym przeczłapem na Durbaszkę. Drugiego dnia mała walka pozatrasowa nad Jaworkami, co doprowadziło do tego, że jeden uczestnik imprezy od nas uciekł i we dwie z Anią podreptałyśmy dalej na Niemcową, we mgle i po ciemku, gubiąc się w lesie kilka razy. Ale zjazd spod Rogacza do chaty ciemną nocą był ciekawy. Rankiem sobotnim miały być zjazdy po łące przed chałupą, jako to drzewiej bywało, ale śniegu niedobór znaczny. Zjechałyśmy do Piwnicznej połowicznie, a potem się zaczęło czołganie w Pasmo Jaworzyny. Narty trzeba było sporo wytargać, mgła się szybko zasnuła, szlak oczywiście zgubił, a i padać zaczęło! W styczniu deszcz?! Dokulałyśmy się mokre, ale nawet niezmaltretowane na Cylre - miejsce cudne i urocze - gdzie nas nakarmiono pierogami, upieczono w piekarniku i rudymi kotami sympatycznie poszczuto. Ranek niedzielny, a tu słońce! Na Jaworzynę zatem! Kawał drogi w dobrym czasie, a po drodze: Tatr i morza mgieł kątemplucie, obiad na Łabowskiej, ratowanie dżdżownicy, trzy sarenki i trzy duże, jelenie zady, sprint na Runek, wywieszony jęzor na Jaworzynę, mglisty zjazd i fuks transportowy - jednym słowem wielka nagroda za trudy wcześniejsze.
Śniegu już nie ma :( Chwilami wydawało nam się, że ktoś specjalnie dla nas rozłożyl biały dywanik szerokości metra, który jak tylko przejedziemy zostanie zwinięty.
Refleksja tury: stworzeń tatrzański beskidzkiego nie pojmie ;)
Obrazków kilka charakteru w żaden sposób nieoddających.
Trzy okołosylwestrowe dni w leśniczówce w Zubrzycy. Organizator nic nie zapewnia, bo nie ma organizatora, czyli jak NIE zorganizować imprezy sylwestrowej, żeby wyszła fantastycznie. Dużo ludzi, niskie i wysokie temperatury, śnieg i lód, narciochy i tępe krawędzie, wino i wiśniówka w drewutni, dziwne klimaty, pomieszane towarzystwo i chropowate dźwięki starego gramofonu.
Ot, nowego roku witanie!
Wszystkiego górskiego w Nowym Roku tym!
