No i dobiegliśmy do Darapani, gdzie spotykają się trasy dwóch trekkingów - zejściowa wokół Manaslu, czyli nasza i wyjściowa wokół Annapurny. Tu zaczyna się cywilizacja. Widać, jak bardzo komercyjne są te najpopularniejsze trekkingi. Wioski składają się z samych hoteli i lodży, w każdej biała pościel i prysznic. Niewiele prawdziwego Nepalu tam zostało, który tak intensywnie podziwialiśmy w dolinie Burhi Ghandhaki. I choć pierwszy zachwyt noclegiem na łóżku i ciepłym prysznicem był jak najbardziej szczery, to potem podobało nam się jakby mniej. Zwłaszcza, że towarzyszyły nam dzikie tłumy turystów podążających pod Annapurnę i niesamowity hałas z budowy drogi jezdnej po przeciwnej stronie doliny. No, nie powaliło nas to. I tak się skończyły nasze górskie spacery. Po dwóch dniach dotarliśmy do miejsca, gdzie można było upchnąć się do samochodu i pojechać na spotkanie z resztą ekipy.
daleki świat,
góry,
góry wysokie
Małe zdobywanie, czyli jak wyłaziliśmy na Larke Pass 5200 m n.p.m.
14:31Doszliśmy do Samdo 3800 m n.p.m., ostatniej wioski w górnej części doliny Burhi Ghandhaki, już prawie pod granicą tybetańską. Tu znów miał być aklimatyzacyjny dzień przerwy, a potem właściwe zdobywanie Larke Pass. Niestety okazalo się, że Aga ma objawy choroby wysokogórskiej i jedynym sensownym dla niej rozwiązaniem był powrót. Zatem podzieliliśmy się na pół. Ola, Michał i ja wraz z Ramsingiem i Kamansingiem poszliśmy do góry, reszta zeszła w dół. W takim okrojonym składzie po dwóch dniach w cudnych okolicznościach przyrody zdobyliśmy Larke Pass 5200 m n.p.m! Zaskakująca bardzo była wyjątkowa mizeria śniegowa, raki to sobie tylko podźwigaliśmy bezsensu. Ale jak było pięknie! Jakie góry!
Dzień baaardzo dlugi. Zgodnie stwierdziliśmy, że zdobycie przełęczy to pikuś, zejście do Bimthangu 3800 m n.p.m. to wyzwanie! najbardziej znienawidzona i wyczekana wiosna całej imprezy. Na koniec naszego zdobywania, jako nagroda dodatkowa, były gaje rododenrowe z ostatnimi widokami na białe szczyty.
daleki świat,
góry,
góry wysokie
Samotny spacer aklimatyzacyjny, czyli Base Camp Manaslu 4850 m n.p.m.
14:16W Sama Gompie mieliśmy pierwszy nocleg powyżej 3000 m n.p.m. W celu dobrej aklimatyzacji mieliśmy tutaj dzień restu. A że z takim dniem coś miłego zrobić należy, to wymyśliłam, że sobie skoczę do bazy pod Manaslu. Reszta ekipy postanowiła się polenić, więc wybrałam się sama. Nic to, że zaspałam solidnie. No ale mimo to wybrać trzeba się było. A nuż widelec da radę dotrzeć w sensownym czasie. Zatem przy cudnej pogodzie z widokiem na Ducha Gór wystartowałam z Sama 3500 m n.p.m. Trochę mi się nie chciało, więc plener fotograficzny nad jeziorkiem pod lodowcem Manaslu sporo się wydłużył, potem już tylko do góry. Pogoda zbyt łaskawa nie była i się zachmurzyla, ale co tam. W towarzystwie pękającego po lewej mega lodowca Manaslu wlazłam do zamglonej i sennej Base Camp Manaslu 4850 m n.p.m. Dostałam kubek straszliwie słodkiej herbaty, pogadałam chwilę i pomknęłam z powrotem. Całość imprezy 8 godzin. Zmęczyłam się ciut.
Główna i najładniejsza część naszego człapania miała miejce w dolinie Burhi Ghandaki zlokalizowanej na wschód od masywu Manaslu.Wystartowaliśmy z wysokości 500 m n.p.m., dotarliśmy na 5200 m n.p.m. Zaczynaliśmy w tropikalnych klimatach w otoczeniu bananowców, bambusów i pól ryżowych, a kończyliśmy w surowym krajobrazie wysokogórkim. Były wszystkie piętra roślinne, klimatyczne i krajobrazowe, jaki można spotkać w takich górach, w tej części świata. A prócz przyrody niesamowite wioski, w których czas zatrzymał się kilkaset lat temu i droga, na której toczyło się życie - odbywał się transport. Na ludzkich plecach niesiono wszystko - od koszyków z małymi dziećmi, po sześćdziesięcio kilogramowe zwoje blachy falistej i telewizory. W tym wszytskim my - turyści, trochę od czapy, bo ta trasa jest chyba ostatnim niecywilizowanym trekkingiem, gdzie można sobie jeszcze pooglądać prawdziwy, górski Nepal. Spotkaliśmy tylko trzy grupy i biegaczy, to bardzo mało, ale to też nie sezon - więcej ludzi wędruje tu jesienią.
A krajobraz zmieniał nam się po drodze tak.
Takie małe zboczenie zawodowe ;) Musiałam himalajskie znakowanie obfotografować. No nie mogłam się powstrzymać - takie foty musiały się pojawić. Znakowaniem zajmują się parki narodowe. W tym rejonie Manaslu i Annapurna. Tabliczki są prawie w każdej wiosce z informacja gdzie się jest, gdzie się docelowo idzie, ile do nastepnej i czasem wysokość. Wyżej, poza wioskami pojawiają się tyczki.
Inna część świata, inna kultura, to też inni ludzie. Jak inni, to ciekawi dla nas i ciekawi nas.
Trochę ludzkiego koloru i ludzkiej pracy w obiektywie tu.
Trochę ludzkiego koloru i ludzkiej pracy w obiektywie tu.
Dzieciaki są rewelacyjne! Rozbrykane, brudne straszliwie, wyciorane we wszelkim syfie, ale super radosne, puszczone samopas, teoretycznie opiekują się sobą nawzajem i robią co im się żywnie podoba, rozwijając swoje talenty wszelakie. Ani razu nie słyszałam, żeby jakiekolwiek dziecko płakało.
A bieda niesamowita, perspektywy marne, nawet ze zwykłą podstawówka kiepsko...
Mimo to odrobinę uśmiechu udało się uchwycić.
Jak się jedzie w daleki świat, to trzeba od razu miejscowego jedzenia popróbować. Podstawą kuchni nepalskiej jest ryż z soczewicą, czyli dal-bath. Jedzą to na śniadanie, obied i kolację przez cały rok na okragło. My jedliśmy to prawie trzy tygodnie i mieliśmy trochę dość. Dobre, ale ileż można? Na drugim miejscu było Mo:Mo: - coś na kształt pierogów, a jeszcze troche zasmarzanych ziemniaków i pieczone na głębokim tłuszczu somosy i pakora. Wszystko z ulicznych straganików lub gotowane na glinianym piecu. Zamiast chleba ciapaty, czyli zwykłe podpłomyki. A! i jajka sadzone do upadu. Generlanie mało urozmaicone kulinarne klimaty. Na osłode ciężkiego, żywieniowego losu turysty piwo o dumnej nazwie Everest i Gorka.
Poza tym wszlekie plotki o intensywnych kłopotach żołądkowych w Nepulu i Indiach są nieprawdziwe pod warunkiem, że dość często, profilaktycznie stosuje się odpowiednie lekarstwo ;)
Do nepalskiej kuchni można zaglądnąć tutaj.
Drugiego dnia pobytu w Kathmandu powędrowaliśmy do górującej nad miastem Świątyni Małp.Trochę buddyjskiej, trochę hinduistycznej, z ogromną, białą stupą na środku, z której groźne oczy Buddy spoglądają na katmandzki świat. No robi wrażenie! A jak jeszcze jakaś małpa w międzyczasie przebiegnie pod nogami albo przeskoczy nad głową wcinając kawałek pomarańczy, to robi się zupełnie irracjonalnie. Mocno wyluzowane podejście do kultu świętości. Ciekawe.
Cóż można napisać o tym mieście? Nadużywanie przymiotników: wspaniały, cudowny, niesamowity jest niezdrowe, zresztą to nie do końca byłaby prawda. Pierwsze wrażenie po wyjściu z lotniska było piorunujące. Choć w sumie już wygląd samego terminala był osobliwy. Potem przejazd przez miasto na Thamel - dzielnicę turystyczną. I próby pierwszych porównań z tym, co się już widziało gdzieś w świecie. Nie da się porównać do niczego! Uderza kolor i chaos wbrew pozorom sprawnie funkcjonującej miejskiej rzeczywistości. Wszystko trąbi, wszystko chce Cię rozjechać, wszyscy chcą Ci wszystko sprzedać. Ale człowiek w tym zamieszaniu, a dokładniej turysta, czuje się zupełnie bezpiecznie i dobrze, jakoś tak bezstresowo. No bo cóż poradzić na wszechobecny, beztroski nieład? Można się tylko do niego dopasować.
Mała próbka tego nieuporządkowanego koloru do podpatrzenia tu.
daleki świat,
góry,
góry wysokie,
krajoznawstwo
Nepalskie życie obozowe, czyli co myśmy tam tak naprawdę robili
11:42Prócz gór niesamowitych, pięknych widoków, cudnych miejsc, ważnych zabytków, kosmicznych klimatów i wspanialych ludzi na wyjeździe byliśmy my: Ola, Aga, Michał, Artur, Blondi (szanowny sprawca zamieszania), Ramsing (nasz nepalski superprzewodnik), Kamansing, Ram i Maila (nasi tragarze) oarz ja. Między kolejnymi zachwytami po prostu prowadzilismy sobie zwykłe życie obozowe, czyli jedliśmy, piliśmy, spaliśmy, myliśmy się i robiliśmy różne głupawe rzeczy.
Co jak wygladało zobaczyć można tutaj.
Tu, czyli w rzeczywistości zielonej, czystej, cichej i poukładanej. Znaczy się wróciłam z Nepalu do domu. Prawie miesiąc szwędania się po górach, dolinach i innych fascynujących miejscach wziął się i skończył szczęśliwie, tylko szkoda, że już. Były góry prawdziwie Hamalajami zwane, wioski niesamowite, krajobrazy nieziemskie i ludzie z innej, chyba lepszej planety. Na dokładkę Kathmandu i Delhi. Świat zupełnie inny i piękny.
Opiszę bardziej i pokażę szczegółowo, ale powoli, w odcinkach zapewne.
No to jedziem! I długo nam to zejdzie. Nepal. Z widokiem na Manaslu. Piękne miejsca i wysokie góry. Co będzie? Jak będzie? Będzie dużo chodzenia, dużo patrzenia i dużo myślenia. Opowiem i pokażę, jak wrócę. Już w maju...
Niech wcale nie będą wesołe, radosne i spokojne! Nie!
Niech będą prawdziwe, przemyślane, rozważne i mądre, nowe, odczute i uwierzone!
Wielkie! Zmartwychwstałe Święta!
Niech będą prawdziwe, przemyślane, rozważne i mądre, nowe, odczute i uwierzone!
Wielkie! Zmartwychwstałe Święta!
No niby wiosna, a zima w końcu przyszła! W końcu! Słońce za oknem, zielona trawa już rośnie, bazie się wykluwają, a w górach leży ponad pół metra świeżutkiego, wymarzonego i wyczekanego przez co poniektórych puchu. Hmm..., a może to nie zima, tylko wiosna właśnie taka niekonwencjonalna, na nowo zdefiniowana w naszych górach? Jakby na sprawę nie spojrzeć w najbliższym czasie będziemy widzami rewelacyjnego pojedynku między srogim, zimnym, silnym a ciepłym, słonecznym i entuzjastycznym, co da zapewne wiele radości tym, którzy znów wywędrują szukać swojego miejsca w górach.Trzeba zaczerpnąć świeżego powietrza przywianego gdzieś z południa, wystawić twarz do słońca i popatrzeć na góry. To już druga wiosna nowej Gazety Górskiej, zatem przymiotnik „nowa” przestaje pasować do sytuacji. Mam nadzieję, że obecna forma zdołała już do siebie Czytelników przekonać i przyzwyczaić. Chodzenie po górach wychodzi nam całkiem nieźle, są kolejne, coraz wyższe pomysły – w pisaniu o górach cały czas się rozkręcamy. Jak to wychodzi w tej odsłonie? Zobaczcie sami! Już po raz piąty. Tym razem spotkanie trochę na ludowo, trochę językowe i literackie, a i cykl sudecki zaczynamy.
Zatem niech to będzie górska pobudka dla tych, co w zimowy letarg zapadli i od gór abstynencje w tym czasie zachowali, a dla tych, którzy sezonu górskiego nigdy nie kończą i nie zaczynają, niech to będzie zastrzyk energii do kolejnych działań wysoko nad poziomem morza.
Aha! Wiosna w klasycznej postaci walkę wygrała!
W górach też!
Idealny przykład, jak można wyjazdowo zdezorganizować weekend. No, ale może nawet z pewnych względów dobrze tak bardzo czasem pobyć sobie chwilę normalnym człowiekiem, normalnie spędzającym dwa urocze, wolne, wiosenne dni - byle nie za często. W każdym razie było poważnie, było muzycznie, było snobistycznie, a i nauki o pomarańczowych rajstopach do myślenia dały.
W ramach kręgosłupowej rekonwalescencji weekend z założenia mało ambitny, choć pokus wszelakich od metra. Że niby wspinanie na gnata najmniej szkodliwe (ciekawe z której strony?), to stanęło na tej formie aktywności. A że w piątek wiosną mocno i ciepło powiało, zatem siedzenie na panelu i wdychanie magnezji nie wchodziło w grę - w skały trzeba było się ruszyć, sezon rozpocząć. Chochołowe na celowniku, ale tam "teren prywatny" się nagle zrobił :( Więc sąsiednie Witkowe zostały oblężone. Dalej nie napiszę wiele, bo podsumować można słowem jednym: porażka... Ale dzionek wiosenny, miły, a następną razą może lepiej wspinowo będzie, miejmy nadzieję...
Mała sesyjka zdjęciowa niebieskiej liny tutaj.
Znów miał być solidny wypad tatrzański, ale kilka czynników w tym przeszkodziło. Zamiast tego wylądowałam w Małym Cichym. Z nie do końca sprecyzowanymi planami, z nartami pod pachą zapakowałam się w piątkowy wieczór do autobusu. A na miejcu śnieg, śnieg, dużo śniegu, dużo sypiącego, walącego śniegu. Z racji pogody i kawałka lenia weekend minął na bezstresowym narciarstwie wyciągowym. A przy okazji można było dwudniowe ciele pooglądać, drewniany kościółek na górce zobaczyć, spontanicznie na chwilę zakopiańskie progi nawiedzić i ciut sobie odpocząć.
Dwie nowe sprawności zdobyte: zakładanie łańcuchów samochodowych po ciemku oraz sprawność bardzo skutecznego instruktora narciarskiego ;)
Zdjęć nie ma, bo ani weny specjalnie nie było, ani potrzeby by focić.
Ale puch! Takiego świeżutkiego puchu moje narty jeszcze nie widziały, a ja po czymś takim jeszcze nie jeździłam! Cudo! Ale od początku. W piątek rano coś nieśmiało zaczęło w końcu sypać, zatem spontanicznie, jak zwykle, w piątek wieczór wylądowałam w moich dawno niewidzianych, kochanych, zakopiańskich progach :) Mieliśmy z foki Kopę Kondracką zdobywać, ale że przysypało mało bezpiecznie, a i mgła totalna, to plan został zmodyfikowany do okolic Kasprowego, zatem rańcem sobotnim szybki atak na górę narciarzy. Cały czas sypało cudnie, mróz niemożebny, a na górze słonko wyszło na chwilę. Warunki niesamowite, no więc poza trasę nas poniosło. Trzeba przynać, że jazda spod Pośredniego, jak na Goryczce odbywały się zawody skiturowe TPN, podniosła nam adrenalinę - takiego zagęszczenia parkowców na metrze kwadratowym trasy to rzadko można doświadczyć ;) Mój pierwszy prawdziwy ślad w zupełnie dziewiczym śniegu wyglądał całkiem ładnie! Jednak to ciężka praca jest. Popołudnie nam zeszło na uroczym nicnierobieniu. Po drodze zdobyłam sprawność: "superniania małego supersłodziaka" ;) Dzień zakończyliśmy zasypiając nad planszą Talismana. W niedzielę puchowa powtórka z Kasprowego w jeszcze większym i fajniejszym śniegu! No chyba sobie kupię freeridowe łopaty ;) Taka jazda jest niesamowita! Wprost nieziemska! W nagrodę był krupówkowo-knajpiany lans wzorcowy - czasem trzeba ;)
A tu kilka fociszczy z przedsmaku kaspro-puchu właściwego i z zakopiańskich, kuchennych posiadów. Tego co działo się na samej górze żadne zdjęcia nie oddadzą ;)
Kolejny zimowy wypad w Taterki. Mimo że już tradycyjnie cały tydzień prognozy były kiepskie, wiał halny, a lawinowa trójka nie chciała stać się dwójką, podjęliśmy wyzwanie.
Tak więc ulubiony, sobotni autobus o 5.35 do Zakopaca, a tam leje, potem na Palenicę, a tam sypie, potem do Piątki, a tam już nie sypie. Podjęliśmy próbę dotarcia na Krzyżne z planem zejścia do Murowańca. Zrobiliśmy testy lawinowe, ale ich interpretacja była co najmniej dziwna - próbujemy! Nie dało rady - śniegu sporo, późna godzina i uroczo pęknięty śnieg po wejściu w niezbyt fajne miejsce - trzeba się było szybko zwijąć. W międzyczasie zaliczyłam mało miły, niespodziewany, kilkumetrowy zjazd - dobrze, że stok nie był stromy, a moja reakcja szybka i dobra, nawet się zestresować nie zdążyłam - hamowanie czekanem przećwiczone. Naszym zabawom, ze stoickim spokojem przyglądała się niestrachliwa kozica. Odwrót, żeby nie było za prosto, zapodaliśmy z ominięciem schroniska, w dół do doliny Roztoki. Migusiem na Palenicę, fuksiarski stop do Zakopca i jeszcze cudny spacerek do Murowańca w świetle księżyca, gwiazd i podhalańskich stoków narciarskich - coś pięknego! Zwieńczeniem dnia była spora porcja wiśniówki ;) Rano - wiatr, mega wiatr, ale i słoneczko i dziwaczne chmury, więc lajtowy pomysł na Żółtą Turnie, którego lajtowość skończyła się po pierwszych kilku krokach w śniegu do pół uda, kosówce, przy wietrze wiejącym w twarz z prędkością 100 km/h... Nie było opcji, znów odwrót... Na otarcie łez była szarlotka w schronisku i Kasprowy o zachodzie słońca - tak, żeby cokolwiek zdobyć w ten weekend ;) W ogóle to świat się kończy - w ciągu dwóch tygodni dwa razy wylądowałam na Kasprowym i ani razu nie miała ze sobą nart...
I znów wyszedł naprawdę mocny, wykańczający, tatrzański wypad. Oby więcej! A Krówka mówi: To Twój szczęśliwy dzień!
Straty wyjazdu: pozbyłam się skóry na piętach - chodzenie w innych butach niż klapki, to chwilowo wyzwanie.
Zdjęć trochę tu. Można popatrzeć na niesamowitości pogodowe, jakie nam były dane. Tym razem lustro zostało w domu, testowałam zdolności małego idioty bojowego.
Tak więc ulubiony, sobotni autobus o 5.35 do Zakopaca, a tam leje, potem na Palenicę, a tam sypie, potem do Piątki, a tam już nie sypie. Podjęliśmy próbę dotarcia na Krzyżne z planem zejścia do Murowańca. Zrobiliśmy testy lawinowe, ale ich interpretacja była co najmniej dziwna - próbujemy! Nie dało rady - śniegu sporo, późna godzina i uroczo pęknięty śnieg po wejściu w niezbyt fajne miejsce - trzeba się było szybko zwijąć. W międzyczasie zaliczyłam mało miły, niespodziewany, kilkumetrowy zjazd - dobrze, że stok nie był stromy, a moja reakcja szybka i dobra, nawet się zestresować nie zdążyłam - hamowanie czekanem przećwiczone. Naszym zabawom, ze stoickim spokojem przyglądała się niestrachliwa kozica. Odwrót, żeby nie było za prosto, zapodaliśmy z ominięciem schroniska, w dół do doliny Roztoki. Migusiem na Palenicę, fuksiarski stop do Zakopca i jeszcze cudny spacerek do Murowańca w świetle księżyca, gwiazd i podhalańskich stoków narciarskich - coś pięknego! Zwieńczeniem dnia była spora porcja wiśniówki ;) Rano - wiatr, mega wiatr, ale i słoneczko i dziwaczne chmury, więc lajtowy pomysł na Żółtą Turnie, którego lajtowość skończyła się po pierwszych kilku krokach w śniegu do pół uda, kosówce, przy wietrze wiejącym w twarz z prędkością 100 km/h... Nie było opcji, znów odwrót... Na otarcie łez była szarlotka w schronisku i Kasprowy o zachodzie słońca - tak, żeby cokolwiek zdobyć w ten weekend ;) W ogóle to świat się kończy - w ciągu dwóch tygodni dwa razy wylądowałam na Kasprowym i ani razu nie miała ze sobą nart...
I znów wyszedł naprawdę mocny, wykańczający, tatrzański wypad. Oby więcej! A Krówka mówi: To Twój szczęśliwy dzień!
Straty wyjazdu: pozbyłam się skóry na piętach - chodzenie w innych butach niż klapki, to chwilowo wyzwanie.
Zdjęć trochę tu. Można popatrzeć na niesamowitości pogodowe, jakie nam były dane. Tym razem lustro zostało w domu, testowałam zdolności małego idioty bojowego.