Główna i najładniejsza część naszego człapania miała miejce w dolinie Burhi Ghandaki zlokalizowanej na wschód od masywu Manaslu.Wystartowaliśmy z wysokości 500 m n.p.m., dotarliśmy na 5200 m n.p.m. Zaczynaliśmy w tropikalnych klimatach w otoczeniu bananowców, bambusów i pól ryżowych, a kończyliśmy w surowym krajobrazie wysokogórkim. Były wszystkie piętra roślinne, klimatyczne i krajobrazowe, jaki można spotkać w takich górach, w tej części świata. A prócz przyrody niesamowite wioski, w których czas zatrzymał się kilkaset lat temu i droga, na której toczyło się życie - odbywał się transport. Na ludzkich plecach niesiono wszystko - od koszyków z małymi dziećmi, po sześćdziesięcio kilogramowe zwoje blachy falistej i telewizory. W tym wszytskim my - turyści, trochę od czapy, bo ta trasa jest chyba ostatnim niecywilizowanym trekkingiem, gdzie można sobie jeszcze pooglądać prawdziwy, górski Nepal. Spotkaliśmy tylko trzy grupy i biegaczy, to bardzo mało, ale to też nie sezon - więcej ludzi wędruje tu jesienią.
A krajobraz zmieniał nam się po drodze tak.
0 komentarze